10/10! Cross Dziewicza Góra Ambasadora


Opublikowane w wt., 02/07/2019 - 13:40

W ostatni weekend czerwca za sprawą Centrum Rozwoju Kultury Fizycznej AKWEN i Stowarzyszenia Biegaczy „Mens Sana in Corpore Sano” odbył się niecodzienny bieg przełajowy czyli CROSS DZIEWICZA GÓRA im. Januarego. Była to już jego dziesiąta edycja i przyznam nieskromnie udało mi się ukończyć wszystkie.

Skąd jego niecodzienność? A choćby stąd, że odbywa się w przepięknej scenerii Puszczy Zielonki z blisko 13-kilometrową crossową trasą o zróżnicowanym profilu, ze stromym podbiegiem pod Dziewiczą Górę oraz niespotykaną formułą startu.

Na czym ona polega? już wyjaśniam: zawodnicy puszczani są na trasę co 10 sekund, lista startowa „poukładana” jest od najwolniejszego do najszybszego biegacza/ki wg czasów jakie podali w formularzu zgłoszeniowym i tak ostatni zawodnik wybiegający z linii startu goni całą stawkę.

Do niewątpliwych zalet tych zawodów należy też fakt jego kameralności i atmosfery oraz usytuowanie startu i mety tuż przy kąpielisku AKWEN Tropicana gdzie po biegu można zażyć kąpieli.

Przejdźmy do samego biegu.

Standardowo zacząłem rozgrzewką, po niej kilka krzepiących słów od mojej żony Karolci i ustawiam się w końcówce stawki, będę startował około 13 min po pierwszym zawodniku. Zgodnie z tym co zapowiadali synoptycy w niedzielą nastąpiła prawdziwa kumulacja ciepła, Czomolungma czerwcowych temperatur, a termometry gotowały się wskazując w słońcu 37 stopni Celsjusza i mimo, że lubię ciepło i wyższą temperaturę, która jest mi raczej obojętna, to ta niedzielna była ponadto. Wiedziałem, że na trasie lekko nie będzie i początkowe założenia utrzymania szybkiego tempa mogą nie wypalić.

W końcu moja kolej, starter wyczytuje numer i nazwisko, ruszam. Na początek długa prosta w pełnym słońcu, po około 1 km wbiegam w zacieniony teren. Znam dobrze trasę i wiem, że za chwilę będzie ostry zakręt w prawo i zacznie się prawdziwa crossowa trasa z wieloma podbiegami i zbiegami. Wcześniejsze informacje o piachu na trasie sprawdzają się, mimo to udaje mi się wyprzedać koleje osoby. Oddech już mocno przyspieszony, jedno szczęście, że jest cień. Dzięki tej formule do samego końca nie wiadomo którym się jest w stawce więc trzeba cisnąć do końca.

Po siódmym kilometrze zaczyna się mocny podbieg pod sam szczyt Dziewiczej Góry. Tutaj mogę zaczerpnąć łyka wody, która jest dla mnie prawdziwym zbawieniem. Po obiegnięciu wieży widokowej, przy akompaniamencie bębniarzy, rozpoczynam zbieg. Stawka jakby się przerzedziła i coraz mniej biegaczy, ale i tak trzeba mocno się pilnować ponieważ ostry zbieg pozwala rozwinąć znaczne szybkości i o zderzenie nie trudno. Zaraz potem kilka kilometrów łagodniejszego zbiegania, mogłem więc unormować tempo w międzyczasie doganiając jeszcze jednego zawodnika.

Na około dziesiątym kilometrze kończy się cień i zaczyna szutrowa droga pomiędzy polami tu dowiaduję się, że przede mną nie ma już żadnego biegacza, to pozwala myśleć o sukcesie i dodaje mi sił. Przed ostatnimi kilometrami łapię butelkę wody od strażaków, którzy chyba nie spodziewali się tak szybko zawodnika, bo nie do końca byli przygotowani na moją wizytę i musiałem zwolnić zanim podali mi buteleczkę ze zbawiennym płynem. Mijam uczestników nordic walking, oni wystartowali jeszcze przed nami.

Na horyzoncie podbieg mocno go atakuję, zakręt w prawo i już widać metę, zamykam oczy zlane potem i finiszuję. Słyszę z oddali spikera, który mnie rozpoznał i dopinguje. Wbiegam, zatrzymuję stoper i zerkam na czas, jest całkiem przyzwoity biorąc pod uwagę panujące warunki oraz fakt, że jestem w cyklu treningowym i w ostatnich tygodniach kilometraż znacznie się zwiększył. Chwila na nabranie oddechu i napojenie się. Najlepszy na świecie kibic, moja Karolcia gratuluje, jak ja uwielbiam to uczucie. Linię mety zaczynają przekraczać kolejni zawodnicy, a my czekamy, aż firma pomiarowa poda wyniki. Nieoficjalnie komentator podaje czasy pierwszej trójki, okazuje się, że uzyskałem najlepszy. Po paru minutach już wszystko wiadomo, wcześniejsze doniesienie potwierdziły moje zwycięstwo i oficjalnie mogę nazwać siebie zwycięzcą biegu. To nie często się zdarza, więc tym bardziej cieszy mnie ta wygrana.

Teraz czas na relaks i dekorację oraz losowanie nagród, których jest tutaj naprawdę sporo. W międzyczasie udaję się pomiędzy oczekujących zawodników i kibiców, i rozdaję im ulotki reklamujące wrześniowe wielkie święto biegania czyli 10. TAURON Festiwal Biegowy w Krynicy.

To było bardzo emocjonujące i mile spędzone przedpołudnie!

Piotr Kotkowski, Ambasador Festiwalu Biegów


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce