11. Dycha Justynów-Janówka: Łaskawa pogoda, faworyt nie zawiódł [ZDJĘCIA]


Opublikowane w ndz., 28/04/2019 - 09:01

Ulubiony przełaj regionu łódzkiego o jedenastoletniej historii rozegrany został kolejny raz w pagórkowatych lasach okolic Justynowa i Janówki w sobotę 27 maja. Zapowiadany deszcz nie spadł. Spadła za to temperatura – aż o kilkanaście stopni w porównaniu z poprzedzającymi dniami. Warunki wydawały się więc być idealnymi do szybkiego biegania. O ile można szybko biegać po tej mocno pofałdowanej, miejscami piaszczystej trasie. Dla najlepszych jednak tradycyjnie nie stanowiło to żadnego problemu.

Trasa na przestrzeni lat kilkakrotnie ulegała drobnym zmianom. Od ubiegłego roku dycha jest nieco przedłużona – dokładnie ma 10,5 km. Stało się tak dzięki włączeniu odcinka specjalnego, czyli siedmiu krótkich, lecz męczących hopek na początku drugiej połowy dystansu. Jednak to one, obok tworzonej przez organizatorów gościnnej atmosfery, stanowią właśnie główną atrakcję Dychy Justynów-Janówka.

Na starcie stanąłem już czwarty raz. Początek pobiegłem zachowawczo. Pierwszy asfaltowy i drugi leśny kilometr to luźne tempo i pogaduszki z licznymi znajomymi. Do półmetka profil trasy jest zresztą zdecydowanie łatwiejszy. Na znaczku pięciu kilometrów miałem średnie tempo równo 5 min./km.

Nie spadło ono zbytnio nawet na 6-7 km ze znanymi mi z zeszłego roku siedmioma górkami – po prostu zwiększyłem intensywność biegu i zacząłem masowo wyprzedzać maszerujących. Bardziej dał mi się we znaki ósmy kilometr z łagodnym, jednostajnym, lecz ciągnacym się w nieskończoność podbiegiem. Nogi jednak wciąż podawały i pokonałem go w 5 min. i kilkanaście sekund. Jeszcze więcej zyskałem na zbiegu. Na końcówce czekała ze wsparciem fotograficznym moja niezastąpiona koleżanka Paulina, dzięki której mamy z dzisjejszego biegu znacznie więcej zdjęć. Tam wyprzedziłem chyba kilkanaście osób, z czego pięć już na płycie stadionu LZS Justynów, gdzie znajdowała się meta.

Czas 52:42 brutto. Netto złapałem sobie o kilkanaście sekund szybciej. Prawie dwie minuty lepiej od ubiegłego roku. Nieźle, choć wtedy był upał. Teraz miał być mocny trening, i taki był.

Najszybszy był debiutujący w tej imprezie zdecydowany faworyt, łodzianin Tomasz Osmulski (34:52), przed Piotrem Wijatą z Przysuchy (35:45) i Łukaszem Wojnickim z Kutna (36:18). Tuż za nim przybiegł weteran zawodów, startujący we wszystkich dotychczasowych edycjach Krzysztof Pietrzyk z pobliskich Koluszek. Warto dodać, że za każdym razem zajmował on miejsce w pierwszej czwórce, a pięć razy zwyciężał. Wśród pań również wygrała łodzianka – Dorota Gapys (43:26), wyprzedzając Martę Bukowską z Tomaszowa Mazowieckiego (43:57) i miejscową biegaczką Magdaleną Pierzchałą z Justynowa (45:32). Bieg ukończyło 366 zawodników. Pełne wyniki można zobaczyć TUTAJ.

W marszu nordic walking na ok. 7,5 km udział wzięło 80 kijkarzy. Najszybsi byli trzej łodzianie. Zwyciężył trzeci przed rokiem Michał Osiński (46:48), przed Romanem Cieślakiem (48:27) i Krzysztofem Czerskim (49:20). Łodzianka Joanna Balcerak-Kolasa tak samo, jak w poprzedniej edycji, wygrała wśród pań (51:45). Damskie podium dopełniły Małgorzata Cyrulewska z Glinnika (53:28) i Karolina Lasota z Justynowa (54:47). Pełne wyniki można zobaczyć TUTAJ.

– Pobiegłem tu pierwszy raz, na zaproszenie Krzysia Pietrzyka – opowiedział nam zwycięzca biegu Tomasz Osmulski. – Organizatorzy zapraszali mnie już we wcześniejszych latach, ale przełom kwietnia i maja to okres startowy na bieżni, więc termin mi specjalnie nie pasował. Tym bardziej jestem więc zadowolony, że wreszcie mogłem pobiec w tej wspaniałej tutejszej okolicy, wymagającym terenie i prawdziwie rodzinnej atmosferze. Na pewno nie był to ostatni raz. Chętnie wrócę znów się pościgać z Krzyśkiem i pozostałymi zawodnikami.

– Początek mieliśmy dziś taki rozpoznawczy wspominał swój bieg Tomek. – Pierwsze kilometry były łatwiejsze. Na późniejszych górkach lata treningów na łódzkiej Rudzie-Popiołach dały mi lekką przewagę i udało mi się uciec. Siedem górek minęło dosyć szybko, natomiast ten późniejszy kilometrowy podbieg działał mocno na psychikę. Tam już się modliłem, żeby się szybciej skończył. Dalej nasza trasa połączyła się z marszem nordic walking, więc napotkani kijkarze mi gratulowali, podobnie jak stojący przy trasie kibice, i to już mnie niosło do samej mety.

– Biegłem tu trzy lata temu i byłem czwarty – wspominał Łukasz Wojnicki. – Dziś się poprawiłem o jedno miejsce, więc jestem zadowolony, tym bardziej, że trasa była wymagająca. Jak się przedobrzy na pierwszej połowie, to potem może człowieka poskładać. Tomek już po czwartym kilometrze zaczął uciekać, pobiegł po prostu swój własny trening. A ja do półmetka biegłem schowany w grupce. Później się urwaliśmy z kolegą, który na mecie był drugi. Bardzo fajny, długi podbieg jest na ósmym kilometrze, nawet trudniejszy od tych wcześniejszych siedmiu hopek. Tam właśnie uciekałem Krzyśkowi Pietrzykowi, nad którym na mecie utrzymałem sto metrów przewagi. Końcówkę już odpuściłem, bo byłem bardzo zmęczony, ale podium cieszy.

– Startuję tu już czwarty raz, ale dopiero dziś udało mi się wygrać – cieszyła się Dorota Gapys. – Rok temu mnie nie było, więc ten odcinek specjalny z górkami trochę mnie zaskoczył, ale biegło mi się po nim całkiem przyjemnie. Na zbiegach można było nieco odpocząć. Trasa była trudna, ale fajna, do tego pogoda wyjątkowo sprzyjająca. Z Martą biegłyśmy razem do około półmetka, później jej stopniowo uciekłam. Bardzo zadowolona jestem też z biegu mojej młodszej siostry Dominiki, która pobiegła tu pierwszy raz i od razu zajęła trzecie miejsce w kategorii wiekowej! Obie chętnie przyjedziemy tu znów za rok.

Organizator Krzysztof Józefowicz ze Stowarzyszenia Rozwoju Justynowa i Janówki przyznał, że bieżąca, pagórkowata trasa jest najciekawsza z dotychczasowych. Myślę, że zostanie ona już na stałe – powiedział nam – nawet kosztem tego, że dycha jest przedłużona o te dodatkowe pół kilometra. Ludzie przybiegają na metę bardziej zmęczeni, ale sami przyznają, że te górki sprawiają im większą frajdę. Jeszcze trzy dni temu wszyscy sprawdzaliśmy prognozy pogody i się modliliśmy, żeby opady się przesunęły na dalsze dni. Na szczęście się udało, no i upał się skończył dzień wcześniej. Dla biegaczy było więc optymalnie. Nam jako organizatorom też było łatwiej, bo całe miasteczko zawodów rozkładaliśmy i teraz składamy na sucho.

KW

Fot. Paulina Borkowska, KW


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce