6. Półmaraton Komandosa: Z plecakiem i oficerkach brnęli przez śnieżny poligon [ZDJĘCIA]



W sobotę na poligonie Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie zauważono intensywne ruchy wojsk. Pragniemy wszystkich uspokoić - to nie manewry czy wojna, tylko 6. Półmaraton Komandosa. W imprezie wystartowało blisko 250 osób, w większości mundurowych.

Zima w pełni

Warunki, w których przyszło zmagać się uczestnikom biegu nie były łatwe. Po ubiegłorocznej, prawie wiosennej, choć błotnistej edycji, pozostało tylko wspomnienie. Tym razem cała trasa pokryta była śniegiem i lodem. Dodatkowo we znaki dawał się powiewający co chwilę zimny wiatr.

Z powodu prac trwających na terenie stadionu WAT, start i meta biegu zostały przeniesione przed budynek Studium Wychowania Fizycznego. O godzinie 11:00, po odliczaniu zawodnicy ruszyli na trasę.

Nie mieli łatwo

Półmaraton Komandosa jet niezwykłą imprezą. Biegacze wyposażeni są tu w plecaki ważące minimum 10 kg. Zamiast najnowszych butów mają obuwie wojskowe, a zamiast odzieży termicznej - mundury. W takim rynsztunku muszą pokonać cztery pętle składające się na półmaratoński dystans.

Najtrudniejszymi fragmentami trasy były dwa spore, choć krótkie wzniesienia, które trzeba było zdobyć. Podczas zawodów trzeba było wdrapywać się na nie aż osiem razy. Oblodzona trasa nie przychodziła z pomocą, także na zbiegach. Zdarzały się upadki. Zawodnicy szukali różnych sposobów, żeby tylko wbiec na szczyt lub bezpiecznie znaleźć się na dole.

Ponieważ na poligonie nie pojawiają się piaskarki, zdarzały się poślizgnięcia na płaskich odcinkach skutych lodem. Jednak nazwa imprezy zobowiązuje - uczestnicy szybko otrzepywali się i biegli dalej. Zaśnieżony na całej szerokości i długości poligon był na tyle monotonny, że kilka osób... nie zauważało oznaczeń trasy. Kilka razy słychać było więc krótkie słowo na „k” i komunikat: „Tu powinien stać żołnierz”. Na szczęście właściwy kierunek biegu wskazywali kibice lub fotoreporterzy.

Celuje w komandoskiego szlema

W końcu po 1 godzinie, 31 minutach i 25 sekundach na mecie zameldował się porucznik Piotr Szpigiel – zwycięzca dzisiejszej rywalizacji. To nie pierwszy taki bieg i sukces w jego dorobku, bo zwyciężał też w dwóch ostatnich edycjach Maratonu Komandosa w Lublińcu. W komandoskiej połówce wystartował po raz pierwszy, od razu z przytupem. W historii warszawskiej imprezy lepszy wynik od Szpigla notował tylko szeregowy… Błażej Brzeziński, który zwyciężył tu w 2012 roku z czasem 1:26.44.

– Próbuje się specjalizować w bieganiu z plecakiem. W przyszłym roku chciałbym zdobyć całego „Wielkiego Szlema”, czyli pobiec zawody w Czarnem, Warszawie i Lublińcu – relacjonował na mecie porucznik Piotr Szpigiel. – Startowałem tu po raz pierwszy i trasa mimo, że oznaczona była dobrze, to jednak gdy się biegnie i jest się zmęczonym, to można się zagubić. Zabrakło osoby prowadzącej. Początkowo biegła z nami taka pani, jednak po pierwszym kilometrze została wyprzedzona. Później, ale tylko momentami, ciężko było się odnaleźć. Nie było to jednak jakiś skandal, trasa była taka sama dla wszystkich, czyli jedno wielkie lodowisko. Mało to miało wspólnego z bieganiem, bo nogi się rozjeżdżały na boki. Ciężko było utrzymać rytm – analizował zwycięzca.

Polecamy również:


Podziel się: