7. Maraton Lubelski dla Rafała Czarneckiego. Jak zwykle nie było łatwo [WYNIKI, ZDJĘCIA]


Opublikowane w pon., 13/05/2019 - 09:09

W niedzielę zakończyła się jedna z największych imprez biegowych we wschodniej Polsce, a zarazem jedna nielicznych z rund Ligi Festiwalu Biegowego w tej części kraju - 7. Maraton Lubelski. Towarzyszył mu 4. Bieg Koziołka na dystansie około 11 km. Frekwencja tegorocznej edycji była nieco niższa niż w roku ubiegłym. Na starcie stanęło 660 osób, z których równo 500 zmieściło się w limicie czasu wynoszącym 6 godzin.

Nowością była w tym roku trasa. Prowadziła ze stadionu lekkoatletycznego na ulicy Piłsudskiego, najpierw po centrum miasta, gdzie maratończycy biegli wspólnie z uczestnikami Biegu Koziołka. Gdy biegacze z dystansu krótszego kierowali się w stronę mety, maratończycy skręcali na południowe obrzeża Lublina, w kierunku Zalewu Zemborzyckiego, który obiegali jeden raz, a następnie wracali do centrum, do mety.

Stare elementy pozostały dwa. Pierwszy - dosyć pagórkowata trasa oddająca charakter Lublina. W tym roku teren pofałdowany występował do 30 kilometra. Ostatnie 10 kilometrów, po ścieżce rowerowej wzdłuż cieku Bystrzyca były już w miarę płaskie. W sumie zegarek z GPS-em wskazał na mecie 284 metry przewyższenia.

Drugim starym - lub lepiej powiedzieć tradycyjnym - elementem był upał. Piszący te słowa, który również biegł i przybiegł na 11. miejscu, jeszcze kilka dni przed startem miał nadzieję na wyjątkową chłodną edycje, lub choćby na zachmurzone niebo. A guzik. Chłodny i mokry był tydzień poprzedzający maraton, chłodny i mokry zapowiada się też tydzień po maratonie. W dniu biegu pogoda postanowiła jednak, że biegaczom nie odpuści. Na jeden dzień przypomniała sobie o… lecie!

Przez większość dystansu maratończyków smaliło słońce szczerzące złośliwie zęby z bezchmurnego nieba. Temperatura wynosiła przypuszczalnie około 22-24 stopni. Sprawiło to, że wielu rozsądnych biegaczy musiało skorygować ambitne plany dotyczące tempa biegu i wyniku na mecie. Ci mniej rozsądni przeżywali kryzysy i katorgę. W takich warunkach tylko pierwsze 9 osób, które wbiegło na metę, „złamało trójkę”.

Jeden z doświadczonych biegaczy, Jerzy Wysokiński reprezentujący Klub Biegacza Biała Biega oraz Klub Biegacza Orange Polska tak komentował na mecie tegoroczną edycję:

- Trasa dzisiejsza wyglądała, że będzie łatwiejsza niż rok temu, ale jednak zostało to zweryfikowane podczas pokonywania maratonu. Pomimo, że nie przebiegaliśmy 2 razy wokół zalewu to odcinki miejskie również miały swoją trudność. Ponadto jak to w Lublinie co roku, bez względu na to który to jest weekend maja, jest bardzo gorąco, jest parno, i to jest takie dodatkowe utrudnienie, które powoduje, że nie jest to zbyt liczny maraton pod względem liczby uczestników.

Jerzy, pomimo niełatwych warunków bardzo lubi biegać w Lublinie. Przebiegł wszystkie edycje maratonu łącznie z tą nieoficjalną „zerową”, z 2012 roku. Swoje przywiązanie tłumaczył następująco:

- Często startuję w Lublinie bo podoba mi się przepiękne miasto, znam Lublin z lat studiowania i z kilkunastu lat pracy, Jest tu multum zieleni, teren jest urozmaicony, tu nie można się nudzić podczas biegu. Ponadto mam sentyment do tego biegu bo organizacyjnie pomagałem przy pierwszym i drugim maratonie lubelskim. W tym mieście zaczynałem swoją przygodę biegową 9 lat temu i teraz sobie nie wyobrażam, żeby w maju Lublin nie był w moim kalendarzu biegowym.

Zwycięzca OPEN mężczyzn nie zaskoczył. Po raz piąty maraton w Lublinie wygrał Rafał Czarnecki z Bliżyna. Jego czas 2:42:40. Zapytany na mecie o wrażenia odpowiadał:

- Trasa była podobna do tej z zeszłego roku, dwa lata temu było naprawdę trudno, teraz jest troszkę łatwiej ale nadal jest to umiarkowanie trudna trasa; nie jest ani trudna ani łatwa. Ale to upał robił dzisiaj „robotę”. Tak, że rywale odpadali i praktycznie od 25 kilometra już się nic nie działo. Biegłem sam, kontrolowałem tempo, żeby się nie zarżnąć. Skoro biegam dużo maratonów to muszę to jakoś robić z głową, a nie „wyrąbać się” na każdym. Biegłem na miejsce a nie na czas. Czas czym gorszy - tym lepszy: takie było założenie, i tak je zrealizowałem. O 15 sekund wyprzedziłem drugiego [Artur Jendrych ze Świdnika – red]. Uzyskany czas był moim najgorszym z tych wszystkich edycji, ale pogoda dzisiaj była naprawdę trudna i nie było sensu walczyć z czasem, z samym sobą, tylko z rywalami. Wygrałem, udało się, pomimo 40 lat. Pewnie za parę lat ciężko będzie w ogóle wejść w trójkę tak, że muszę się cieszyć.

„Etatowy zwycięzca” lubelskich maratonów zdradził, że w najbliższym czasie myśli o starcie w maratonie szczecińskim, maratonie Solidarności w Trójmieście, oraz w Koral Maratonie na Festiwalu Biegowym w Krynicy, który wygrywał już dwukrotnie. Wszystko jednak zależy od tego, jak szybko będzie się regenerował.

Wśród Pań zdecydowanie wygrała faworytka, znakomita biegaczka z Ukrainy od niedawna mieszkająca i próbująca żyć w Polsce, Iryna Masnyk. Czas 2:56:29 dał Jej nie tylko zwycięstwo w kategorii kobiecej ale też 7 miejsce OPEN. Wynik Iryny Masnyk to nowy, kobiecy rekord trasy lubelskiego maratonu. Jest on godny podziwu tym bardziej, że Iryna ledwie tydzień temu pobiegła maraton w Moguncji, gdzie z wynikiem 2:51:46 była piąta wśród Pań.

Pełne wyniki 7. Maratonu Lubelskiego znajdziemy TUTAJ

Paweł Pakuła


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce