Ambasador został Karkonoszman'em [ZDJĘCIA]


Opublikowane w pt., 27/06/2014 - 12:38

Już przeddzień zawodów zwiastował niezwykle trudny i ekstremalny charakter Triathlonu Karkonoskiego, zaś niezwykła sceneria zamku Czocha dopełniła nutki tajemniczości. W Sali Rycerskiej oraz sąsiednich salach odbyły się pasta party wraz z odprawami dla zawodników i oddzielnie dla suportu. Tam można było się jeszcze bardziej utwierdzić się w przekonaniu, że nawet będąc doświadczonym triathlonistom podejmuje się wyjątkowego wyzwania na pograniczu szaleństwa i zdrowego rozsądku. Takiego malowanego w mrocznych, zimnych i ponurych barwach. Mistyczna aura całej imprezy została dopełniona przez kapryśną i zmienną pogodę. Lepszych warunków dla tego typu imprezy chyba nie można sobie wymarzyć.

W dniu samych zawodów dużym zaskoczeniem był etap pływacki, który okazał się dłuższy od standardowych 1900 metrów o ponad 600 m. Około godziny 6.00 rano przy wstawianiu rowerów do strefy T1 temperatura nie rozpieszczała zawodników i wynosiła wówczas nie więcej niż 5-6 stopni. Dość nietypowa pogoda jak na pierwszy dzień lata. A to dopiero początek.

Punktualnie o godzinie 7 rano ponad 70 śmiałków wystartowało w chłodnej wodzie Jeziora Leśniańskiego, którego temperatura sięgała około 16 stopni.

Etap pływacki był dla mnie niezwykle ciekawy – początkowo wąską niecką w kierunku otwartej części akwenu. Następnie dopłynięcie do punktu zwrotnego wyznaczonego przez łódkę. Widoczność utrudniona była przez oślepiające promienie słońca, więc należało obserwować dość spoglądać na punkt zwrotny przy nawigowaniu w pożądanym kierunku. I co dziwne większość z pływaków miała wrażenie, że albo płynie coraz wolniej, albo… łódka się oddala. Cóż nikt nie mówił, że będzie łatwo, prosto i przewidywalnie.

W miejscu nawrotki głębokość jeziora sięga około 30 metrów. Jeszcze przede mną tylko droga powrotna, w końcówce której wyłonił się majestat Zamku Czocha, podkreślając jego okazałość z perspektywy jeziora. Przy samym brzegu czekało dwóch gości, którzy sygnalizowali wyjście z wody mocnymi uderzeniami w coś co przypominało bębny, a brzmiało jak stukanie po garnkach. Nie były to bynajmniej etniczne brzmienia djembe, lecz skojarzyłem to z zaproszeniem do bufetu.

W strefie T1 zameldowałem się tuż przed godz. 8.00. Następnie „przebieralnia”, punkt odżywczy, kilka słów grzecznościowych z moim suportem i rozpoczęcie etapu rowerowego. Tak jak sugerował organizator, większość zawodników zdecydowała się na standardowe „szosówki”. Tylko niektórzy poza standardowym „barankiem” posiadali dodatkowe kierownice czasowe. Najważniejsze jednak były przełożenia z przodu i z tyłu, które miały ułatwić pokonywanie stromych wzniesień. Ja zdecydowałem się na mniejszą zębatkę 39 z przodu oraz maksymalną 26 z tyłu. Ten wariant zapewnił mi pokonywanie stromych podjazdów z prędkością nie spadającą poniżej 12 km/h. Kadencja wówczas nie spadała poniżej 50.

Całą 90-kilometrową trasę, wg wskazań licznika, udało się pokonać w 3:45. Biorąc jednak pod uwagę niefortunną przygodę z przebitą dętką i oczekiwanie na pomoc techniczną, straciłem dodatkowe 20 minut na etapie rowerowym.

Na tym etapie należało także zwrócić uwagę na spory ruch uliczny, związany z przemieszczaniem się tłumów w kulminacyjnym momencie długiego weekendu. Nie zawsze kierowcy pozwalali się jednak wyprzedzać, szczególnie na zjazdach gdzie rower rozpędzał się do prędkości blisko 70 km/h. To stanowiło dodatkowe utrudnienie pokonywania najszybszych odcinków trasy. Tam także zdradliwa okazać się mogła nagła zmiana jakości nawierzchni, która pomimo oznakowania poziomego, mogła być nadal niebezpieczna i prowadzić do przykrego zdarzenia.

Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce