Bieg dla Słonia: Rekord frekwencji dla polskiego himalaisty! „To historia, bo to marzenia” [ZDJĘCIA]


Opublikowane w czw., 20/06/2019 - 08:28

To już tradycja – co roku biegacze i wspinacze spotykają się, by biegiem uczcić pamięć Artura Hajzera. Biegną w wielu miastach, niektórzy także indywidualnie, za polską granicą. Jednak największe biegi odbywają się w Warszawie i Chorzowie. Na Ursynowie dla Słonia pobiegło w tym roku ponad 200 osób. W Parku Śląskim… kilka razy więcej! Takich tłumów jeszcze nie było!

Nie szkodzi, że jest noc, komary tną jak szalone, w prognozie zapowiadano burzę… Stadion treningowy na Śląskim dosłownie wypełnia się ludźmi. Trudno znaleźć wolną przestrzeń. Kolejki do toalet ciągną się kilkadziesiąt minut jak przed dużym maratonem. Są biegacze, himalaiści (nawet w strojach!), rowerzyści, rolkarze, kijkarze a nawet ludzie, którzy na co dzień nie utożsamiają się z żadną z tych grup. Przybyli, żeby uczcić pamięć niezwykłego człowieka swoją obecnością. Trasę planują przejść, bez pośpiechu. Bo przecież o to tutaj chodzi – o bycie razem, gest jedności i pamięci. Dlatego ta noc, dlatego nieco ponad 7 kilometrów trasy. Przecież tyle ośmiotysięczników zdobył Hajzer.

Punktualnie o 22:00 rozlega się tradycyjne wołanie: „Słoniu! Słoniu!” skanduje wielu. Stadion wypełnia się światłem setek czołówek skierowanych w niebo, rozlegają się oklaski na cześć Hajzera. – Rok temu, kiedy zaczęliśmy mu bić brawo, Słoniu dał nam deszcz. Ciekawe, co przygotował w tym roku – mówi prowadzący. Wszyscy się uśmiechają. Start. Na alejki Parku Śląskiego rusza kilkaset osób.

Pierwszy, najbardziej emocjonujący punkt na trasie, to oczywiście Stadion Śląski. Kocioł Czarownic już drugi raz zaprosił uczestników wydarzenia w swoje progi. Każdy może przebiec albo przejść słynną bieżnię. Na telebimach zdjęcie Słonia a rozświetlony stadion wypełnia muzyka: „Bo to historia, bo to marzenia”. Emocje są niepowtarzalne. Biegacze zatrzymują się, nagrywają filmy, robią zdjęcia. Wielu zatrzymuje się i po prostu patrzy. Taka okazja i takie emocje zdarzają się tylko raz do roku.

Za Stadionem jeszcze ponad 6 km parkowych alejek. Są podbiegi, nierówności, ale nikt nie narzeka. Trasa jest oznakowana i zabezpieczona przez wolontariuszy. Na mecie czekają na wszystkich. I każdy może liczyć na ręczni robiony, unikatowy medal. Nawet czworonożni uczestnicy wydarzenia, dla których przygotowano medale w kształcie kości.

Wśród biegaczy jest bardzo dużo rodzin. Ola i Andrzej Jasińscy przyjechali z dziećmi, jedenastoletnim Jasiem i ośmioletnim Kubusiem: – Chłopcy pokonali na własnych nogach całą trasę – mówi dumna mama. – Postanowiliśmy w ten sposób uczcić nie tylko pamięć Słonia, ale też koniec roku szkolnego. Bardzo się nam podobało i myślę, że to będzie nasza nowa tradycja. Choć łatwo nie było, bo ja od dwudziestu lat nie byłam na WFie, ale dzisiaj udało mi się dotrzymać kroku chłopakom.

Na starcie Biegu dla Słonia po raz trzeci stanął Bartek Woźniak, organizator Biegu o Złotą Kaczkę w Toszku: – Jesteśmy tutaj rodzinnie, czyli cztery osoby plus pies. Dla mnie to trzeci Bieg dla Słonia, dla nich pierwszy. To jedyna w swoim rodzaju impreza, gdzie biegacze, kijkarze, rolkarze i rowerzyści są razem. My akurat z synem w tym roku jechaliśmy rowerami, żoną i córka pobiegły z psem. Było bardzo sympatycznie. Byłem tutaj cztery lata temu i muszę powiedzieć, że ten bieg poszedł mocno do przodu. To znaczy atmosfera zawsze była świetna, ale teraz też organizacyjnie jest perfekcyjnie. I można dla Słonia puścić światło w górę – mówi.

Nasz rozmówca dziwi się pytaniem o to, kim był Słoń: – Serio pytasz? Choć faktycznie, jeśli ktoś nie miał nic wspólnego z górskimi tematami, to może nie wiedzieć. Artur to był człowiek legenda, himalaista, zdobywca ośmiotysięczników, bardzo szanowany w społeczeństwie wspinaczy. Bardzo dobrze, że pozostał po nim taki ślad, który pozwala ludziom się jednoczyć.

KM


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce