Bieg Rzeźnika Ambasadora - ultrasztuka biegania w parach


Bieganie społeczne to tradycja, która na stałe wpisała się w moje starty na dystansach ultra. Pozornie kilkanaście godzin na trasie spędzone w samotności mogłaby być dobrą odskocznią od codziennej tłocznej rzeczywistości miejskiej. Jednak przystępując do pokonania ultramaratonu, zwłaszcza w trudnych warunkach górskich, warto podjąć wyzwanie w większym gronie.

Tegoroczna piętnasta już edycja Biegu Rzeźnika była doskonałą okazją by pobiegać w parach i zmierzyć się na blisko 82 kilometrowej trasie z przewyższeniami ok 4000 metrów. Dla mnie i Roberta był to już trzeci wspólny bieg ultramaratoński. Posiadaliśmy solidne podstawy do takiego biegu gdyż ukończyliśmy Bieg 7 Dolin na dystansie 64 kilometrów, a także mierzyliśmy się z trasami tatrzańskimi – przy okazji pozdrawiam wszystkich uczestników jak i supporterów tegorocznej edycji Hardej Suki.

Bieg Rzeźnika stawia przed uczestnikami szczególne wymogi. Biegnie się w parach od S do M, czyli od startu do mety, i to w odległości nie większej niż 100 m. Co to oznacza na trasie biegu, w którym na linii startu staje około 750 par biegaczy ? Ano właśnie – pierwszym przelicznikiem ilości startujących nie jest liczba biegaczy jako jednostek lecz dwuosobowych teamów. Każdy X ma swojego Y, i dzielą trud pokonywania trasy we dwoje. To szczególnie ważne już na etapie dobierania partnerów (-ek) biegowych.

Teoretycznie głównym kryterium wydają się być zbliżone parametry fizyczne – tj. szybkość, wytrzymałość, siła biegowa. Jeśli to zawodnicy elity to jest to praktycznie najistotniejszy parametr obok wspólnego doświadczenia, zgrania zespołu i „obiegania” gór. W przypadku amatorów, którzy zapragną po prostu ukończyć zawody w określonym limicie czasowym, zwłaszcza ta druga grupa parametrów „społecznych” zdaje się być najbardziej kluczowa.

Najważniejszy jest zespół i w nim tkwi siła. Bowiem w trakcie kilkunastoosobowego wysiłku mogą mieć miejsce różne sytuacje. Nie zawsze są to miłe okoliczności, zwłaszcza, kiedy organizm odmawia posłuszeństwa, czy np. chwilowo wkradły się czarne myśli. Wówczas potrzebne, a nawet konieczne okazuje się wsparcie od partnera biegowego. Najlepiej w taki sposób, aby dotarło to w odpowiedni sposób oraz przyniosło określony skutek. Nie zawsze emanowanie nadmiernym optymizmem okaże się skuteczne zwłaszcza, gdy druga strona ma mocniejszy kryzys, a do mety nadal daleko. Nie zawsze konieczne są wielkie słowa czy magiczne cytaty – bo być może w prostocie tkwi siła. Trzeba wyczuć sytuację i odróżnić chwilowe marudzenie od prawdziwego kryzysu - skąd my wszyscy to znamy, samo życie.

Kolejnym elementem jest strategia „prowadzenia”. Jeśli taką funkcję obejmuje osoba, która z założenia jest mniej wytrenowana lub np. nie miała możliwości przepracowania sezonu przygotowawczego jak drugi z partnerów, wówczas także należy zachować zdrowy rozsądek. Biegacz podążający za prowadzącym, nawet jeśli momentami czuje się mocniejszy, powinien mieć świadomość, że zdecydował się na rajd w parach i bierze za to współodpowiedzialność. Na wyścig indywidualny będzie jeszcze niejedna okazja! W trakcie ponad osiemdziesiesięciokilometrowego biegu można napotkać różne sytuacje…. I zarazem całą gamę towarzyszących im emocji.

Z pozycji kanapy czy fotela formuła biegu zdaje się być całkiem prosta. Ale tak nie jest. Tegoroczna edycja biegu w trudnych upalnych warunkach udowodniła, że nawet mniej wytrenowana lecz zgrana drużyna może ukończyć bieg w regulaminowym czasie przy zastosowaniu odpowiedniej strategii. Równe tempo marszobiegu, ograniczenie czasu na przepaku do minimum, dialog motywujący i spokój. Tak niewiele, a jednak działa. Trud tegorocznego biegu tkwił właśnie w wysokiej temperaturze. Zapasy wody ubywały w zawrotnym tempie. W takich warunkach nietrudno o odwodnienie. W puntach odżywczych korzystałem wyłącznie ze słonych przekąsek. Zaś w trackie biegu uzupełniałem utracone kalorie sprawdzonymi żelami energetycznymi popijając wodą. Dzięki temu uniknąłem jakichkolwiek nudności ani tzw. „odcięcia prądu”, a tym bardziej skrajnego wyczerpania – ten etap doświadczeń mam już dawno za sobą.

Bieg górski w pięknej scenerii Bieszczad z założenia obfituje w walory widokowe. Aparaty telefonów komórkowych oraz kamerki typu Go Pro poszły w ruch szczególnie w okolicach Jasła, Okrąglika, Hyrlatej. A i fotoreporterzy mieli ręce pełne baaardzo przyjemnej roboty. Najprzyjemniejsze momenty z trasy – to światło ponad tysiąca latarek czołówek na linii startu w jednym ciągu poruszających się w żwawym tempie w kierunku Duszatyna, wspomniane Bieszczadzkie szczyty oraz magiczna linia mety w Cisnej.

Z pewnością wielu biegaczy na długo zapamięta ostatni etap trasy. Od ostatniego punktu odżywczego do mety miało to być ok 12 kilometrów. Jak jednak się okazało później, przelicznik zmieniał się dynamicznie. Wielokrotnie wolontariusze i okoliczni kibice informowali nas, że już naprawdę niedaleko – może 3 kilometry, a na pewno nie więcej niż 5 kilometrów. Mojej naiwności nie stało się zadość nawet po analizie wskazań zegarka z GPSem. Dlaczego? Gdyż zmęczony biegacz łudzi się rychłym przekroczeniem linii mety. Wiadomo już od dawna, iż „kto wierzy snom jest jako chcący pojmać wiatr lub cień uchwycić”...

W natłoku emocji, oczekiwania na ten najpiękniejszy moment wyścigu, czekających splendorów (czytaj: medal i zimne piwo) żaden racjonalny przelicznik nie działa. Finalnie okazało się, że ów odcinek mierzył blisko 8 kilometrów ze znacznymi różnicami wysokości, tj. stromych spadków i wzniesień terenu. To właśnie ten moment, w którym biegacz zdaje siebie sprawę, iż nazwa tego biegu nie jest przypadkowa… Przypadkowa nie powinna być także strategia pracy w zespole, czego wszystkim biegowym rzeźnikom życzę.

Rafał Ławski, Ambasador Festiwalu Biegów

Polecamy również:


Podziel się: