Bratysława - ładne miasto, trasa na wyniki, sprawna organizacja. Ale regulamin... „Sprawa w toku”


Opublikowane w wt., 12/04/2016 - 09:07

Do Bratysławy wybrałem się przez przypadek… Początkowo planowałem wiosenny start w maratonie w Dębnie. Niestety, jak ostatnio coraz częściej można zauważyć , pakiety startowe i na tę imprezę rozeszły się bardzo szybko. I dobrze! Dzięki temu musiałem poszukać innego maratonu w tym terminie.

Relacja Grzegorza Urbańczyka

Padło na 11. CBOS Bratislawa Maraton. Ucieszyłem się z tej lokalizacji. Tak jak w Dębnie już byłem i startowałem w 2007 roku, tak stolicy Słowacji jeszcze nie odwiedzałem. Przeglądając zdjęcia miasta i czytając o jego historii, weekendowy wyjazd zapowiadał się ciekawie.

W tym miejscu warto wspomnieć, że Bratysława jest jedyną stolicą na świecie, która graniczy z dwoma państwami (Austria i Węgry). Nad całym miastem góruje zamek w okolicach którego, znajduje się bardzo ładna starówka, obfitującą w bardzo dużą ilość kawiarenek. Także nowoczesne budownictwo próbuje być atrakcyjne i jego przykładem może być m.in. most Słowackiego Powstania Narodowego, zwieńczony położonym na wysokości ponad 84 metrów "latającym spodkiem".

Możliwe, że brak tłumów wynikał z pory roku, jednak myślę, że większość osób może traktować Bratysławę po macoszemu i udaje się do pobliskiego Wiednia lub nieco dalej oddalonego Budapesztu.

Dla mnie jednak najważniejszy był start w maratonie. Oprócz niego odbywało się jeszcze kilka biegów na krótszych dystansach. Był to m.in. wyścig na dystansie 10 km i półmaraton, rozgrywany na tej samej trasie co maraton, który liczył dwie pętle. Ciekawa propozycją z której niestety nie skorzystałem były rekreacyjne biegi historyczne - History Run - na trasie 6 km, odbywające się w piątek i sobotę.

Do Bratysławy dotarłem popołudniowa porą w piątek, tak więc maiłem całą sobotę na zwiedzanie miasta. Na jednej z uliczek starego miasta można „spotkać„ pomnik Čumila wyłaniającego się z ulicy pracownika - obok którego w niedzielę miałem przebiegać.

Zwiedzając miasto razem z Pauliną, moją żoną, częściowo zapoznaliśmy się z trasą biegu. Momentami zastanawiałem się jak to możliwe byśmy przebiegali między betonowymi słupami lub wbiegali na chodnik... Jak się potem okazało, nie było z tym większego problemu.

W sobotę po południu odebraliśmy pakiety startowe. Biuro zawodów zlokalizowane było w centrum handlowym i było bardzo małe, co mnie bardzo zdziwiło bo liczba osób startujących miała być bliska 6 tys. Pakiet maratoński składał się z numeru startowego, masy ulotek umieszczanych w plecaku z logotypem imprezy. Uczestnicy półmaratonu otrzymali również ulotki tylko, że w solidnym materiałowym worku.

Udaliśmy się jeszcze na pasta party, które było ulokowane w starej fabryce krzeseł – bardzo ciekawe miejsce. Oprócz serwowanego bardzo dobrego - nie rozgotowanego - makaronu z sosem pomidorowym można było wziąć piwo lub napój podobny do coli. Myślę, że makaron był najlepszym makaronem jaki jadłem na imprezie biegowej, po prostu był dobry!


Polecamy również:


Podziel się: