Cypr i Limassol – maraton nie do końca idealny


Opublikowane w wt., 21/03/2017 - 13:08

Marzy Wam się maraton na rajskiej wyspie? Taki, który biegnie się w cieniu palm a na mecie moczy się zmęczone nogi w morzu? Tak właśnie wygląda Limassol Marathon na Cyprze. No prawie tak… Bo zanim się w nim wystartuje, trzeba się uzbroić w cierpliwość i wykazać pomysłowością.

Relacja Kasi Marondel

Cypr to piękna i całkiem duża wyspa, na której znajdują się trzy lotniska. Na dwa z nich można dotrzeć z Polski bez problemu. W sezonie. A połowa marca to na Cyprze nieśmiały początek sezonu, bezpośrednich lotów właściwie brak. W tym roku był jeden z Warszawy, jednak lądował w Paphos w sobotę późnym wieczorem, co uniemożliwiało odebranie pakietu startowego (poza tym żadna przyjemność lądować na wyspie zaledwie kilka godzin przed startem maratonu). Dzięki temu udało mi po drodze odwiedzić Ateny a wracając pobić rekord szybkości przesiadki na londyńskim Stansted.

Jeśli wybieracie się pobiegać na Cypr na jeden z maratonów (Cyprus Marathon startuje dwa tygodnie wcześniej niż Limassol) i chcecie przy okazji zwiedzić wyspę, warto wypożyczyć samochód. Lewostronny ruch i swobodny styl jazdy tubylców są pewnym wyzwaniem, ale z pewnością mniejszym niż poruszanie się po wyspie komunikacją publiczną. Ona istnieje, ale po pierwsze na żadnym przystanku nie znajdziemy rozkładu a ten z Internetu często nijak ma się do rzeczywistości, po drugie spora część autobusów kończy pracę w godzinach popołudniowych, nawet o 16, po trzecie: wiele atrakcji znajduje się poza zasięgiem transportu publicznego (słone jezioro Akrotiri, urokliwe półwyspy, stare klasztory czy najsłynniejsza Skała Afrodyty).

Z zakwaterowaniem nie ma problemu, bo baza noclegowa jest bardzo rozbudowana, zwłaszcza w samym Limassol. Nie ma nachalnych sprzedawców pamiątek i otoczki kurortów. Pełno jest za to malutkich sklepików (w większości określonych jako supermarkety) oferujących niemal wyłącznie żywność azjatycką i… polską. W co drugim sklepie można kupić polskie ptasie mleczko, buraczki w słowiku albo kaszę jęczmienną. Po miejscowe wyroby warto się udać do większego sklepu w głębi wyspy, choć są one ukryte w małych uliczkach trudno dostępnych dla turystów.

Sam maraton startuje w urokliwym miejscu, na początku nadmorskiej promenady o nazwie Molos. Kawałek dalej można w piątek i sobotę odebrać pakiety startowe. W sobotę startuje też pięciokilometrowy bieg Prime Tel Corporate Race, przeznaczony na drużyn i firm. Jego start jest huczny a obsada bardzo liczna. Ulice w pobliżu promenady są niemal wytapetowane plakatami reklamującymi ten bieg. Plakatu informującego o maratonie nie widzę ani jednego… Kiedy w hotelowej recepcji w sobotnie popołudnie wspominam, że idę odebrać pakiet startowy, słyszę: – Ale ten maraton już przecież był dzisiaj rano…

Podobne wrażenie odnoszę, kiedy docieram do portu. Opustoszałe stoiska sponsorów i firm produkujących odzież czy odżywki dla biegaczy. Scena z głośną muzyką, wokół której jest niemal pusto. Przez kilka minut kręcę się, bezskutecznie szukając jakiejś strzałki kierującej do biura zawodów. Nic. Pytam w końcu na stoisku jakiegoś klubu biegowego. – Przecież trzeba tam wejść – informuje mnie kobieta, wskazując kompletnie nieoznakowane drzwi do niskiego budynku. Wewnątrz znajduje się stół i wyznaczone stanowiska do odbioru pakietów na poszczególne dystanse: maraton, półmaraton, 10 km, 5 km. Martwię się trochę, bo nie dostałam mailem żadnego potwierdzenia rejestracji, jak to zawsze bywa… Okazuje się niepotrzebne. Wystarczy, że podam swoje nazwisko. Dokumenty? Nie trzeba.

W pakiecie startowym znajdują się: numer (imienny tylko dla maratończyków), mapa Cypru, żele energetyczne, mały pojemniczek domowego masła orzechowego, próbki kremu do opalania i żelu chłodzącego, baton proteinowy, papierowa opaska do odbioru darmowego piwa na mecie, czapeczka i plecak-worek z logo sponsora, linii lotniczych Aegan Airliness oraz sporo ulotek. Koszulki biegu są dostępne w biurze zawodów, w cenie 20 euro (białe z małym logo, unisex). Później okazuje się, że w pakiecie powinnam mieć jeszcze opaskę uprawniającą do wejścia na pasta party, które mnie w ten sposób ominęło.

Start wszystkich biegów zaplanowano na 7:00. To dobry wybór, biorąc pod uwagę fakt, że temperatura w południe wynosi 20 stopni. Jednak trudno zwlec się z łóżka odpowiednio wcześnie, żeby zjeść śniadanie przed biegiem, zwłaszcza, że w Polsce jest jeszcze o godzinę wcześniej. W efekcie na start wstaję o 4:00 polskiego czasu.

Przed linią startu kolejne zaskoczenie: organizator zadbał o oddzielenie stref startowych dla poszczególnych dystansów, ale wejście do strefy startu przygotował jedno, akurat w miejscu dla uczestników biegu na 10 km, których było najwięcej. Maratończycy i półmaratończycy muszą więc przedrzeć się przez wąska bramkę i tłumy biegaczy (oraz spacerowiczów), maratończycy aż do pierwszych rzędów. Docieram wreszcie we właściwe miejsce. O strefach dla poszczególnych czasów albo pacemakerach nawet nie ma mowy. Czekamy więc na start… I czekamy. Wybija 7:00 a my stoimy dalej. Organizator wita nas entuzjastycznie po grecku, później po angielsku. Przemawiają lokalni włodarze i przedstawiciele sponsorów biegu. Strzał startowy dla maratonu pada wreszcie o 7:18, dla półmaratonu 5 minut później.

Pierwszy kilometr trasy prowadzi po nadmorskiej promenadzie, pod palmami i idealnie niebieskim niebem. Później wbiegamy pomiędzy budynki… i tak pozostaje niemal do końca trasy. Morze jest tuż obok, jednak przesłaniają je liczne hotele. Na początku nie jest zbyt gorąco, choć słońce wstało bardzo wcześnie. Dopiero w połowie biegu zaczyna dawać się we znaki. Na szczęście organizatorzy zadbali o odpowiednią liczbę stacji nawadniających. Na większości z nich można dostać półlitrową butelkę wody, czasem z zakrętką, czasem bez. Aż trudno patrzeć na marnotrawstwo, kiedy większość upija z niej kilka łyków i wyrzuca. Na niektórych stacjach są też gąbki z wodą i izotonik, a w dalszej części trasy żele energetyczne.

Oznaczenia kilometrowe przewidziano tylko dla maratończyków, dla półmaratonu tabliczki rozmieszczono co 2,5 km, dla krótszych dystansów oznaczono tylko miejsca nawrotu. Pilnują ich wolontariusze. Wszystkie trasy są typu „tam i z powrotem”, poprowadzone liniowo wzdłuż brzegu. Jedynie maraton wykonuje dwie dodatkowe pętle – jedną na początku, drugą około 32 km. Kilkukrotne nawroty i powtarzające się odcinki trasy są uciążliwe. Jednak poza tym jest prosto i płasko. No prawie. Górki pojawiają się po kilkunastu kilometrach maratonu, w okolicach nawrotu półmaratończyków, i zaskakują większość biegaczy, którzy spodziewali się idealnie płaskiej trasy.

Pod palmy i nadmorskie widoki wracamy właściwie dopiero na kilometr przed metą. Tam jest też sporo kibiców. Zdecydowaną większość stanowią biegacze z krótszych dystansów, którzy już dotarli do mety, rodziny zawodników albo turyści, którzy przypadkiem trafili na finisz maratonu. Zainteresowanie biegiem wśród miejscowych jest raczej niewielkie.

Uczestnicy biegów na dłuższych dystansach to głównie obcokrajowcy. Spotykam też kilkoro Polaków. Nie jest ich jednak tak wielu jak na Malcie, Wyspach Kanaryjskich czy we Włoszech.

– Zorganizowaliśmy sobie wyjazd rodzinny połączony z urlopem. Przyjechaliśmy w trzy rodziny, z dziećmi w wieku od 3 do 18 lat. Maraton wynalazł kolega. Pobiegliśmy w cztery osoby – mówi Andrzej Szczepański zwany Kaktusem. – Maraton mi się podobał, chociaż trasa mnie zaskoczyła. Spodziewałem się, że promenadą wzdłuż morza będzie płasko a jednak nie było. Organizacyjnie w porządku. Nie zdążyliśmy po odbiór pakietów, ale organizator przywiózł nam je do hotelu, za co jesteśmy bardzo wdzięczni. Udało mi się dzisiaj pobiec życiówkę, 2:28:59. Warunki pogodowe nie były najgorsze, ale gdyby było chłodniej, urwałbym jeszcze z pół minuty. Za to jeśli ktoś nie był wytrenowany, z pewnością odczuł tutejszy klimat.

– Było fajnie, ale dla mnie trochę za ciepło – przyznała Martyna Krawczyk, która biegłą półmaraton. – To mój najsłabszy wynik jak dotąd. Nie oczekiwałam jednak życiówki. Liczyłam, że będzie fajna atmosfera i tak było. Trasa też była ok, ale zdecydowanie za ciepło na dobre wyniki. Bieg poleciłabym zwłaszcza w kontekście rodzinnego wyjazdu połączonego z urlopem.

To trafne spostrzeżenie i w pełni się z nim zgadzam. Samotny wyjazd na maraton nie jest opłacalny ani ekonomicznie, ani logistycznie. Jednak warto. Mimo kilku niedociągnięć organizacyjnych biegło się naprawdę dobrze. Atmosfera była międzynarodowa, choć nie tak świąteczna jak na innych maratonach. Cypr nie żyje atmosferą biegu, jak to bywa w Rzymie, Kolonii czy Warszawie. Niemniej warto się wybrać do Limassol. Zwłaszcza, jeśli potraktuje się wyjazd jako krótki urlop i wybierze na niego w gronie przyjaciół albo z rodziną.

KM


Polecamy również:


Podziel się: