„Dama na wybiegu”. OWM Ambasadorki


Opublikowane w śr., 17/04/2019 - 11:23

Pierwszy dzień po maratonie to zawsze czas, kiedy pozwalam sobie na bycie prawdziwą damą. Potrzebuję podania dłoni przy wyjściu z samochodu i ramienia do oparcia, by z gracją Lindy Evans z Dynastii zejść po schodach. Jestem natomiast nieelegancko głodna i zmiatam z zasięgu wzroku wszystko to, czego zwykle nie tknęłabym w związku z treningową dietą, a co cechuje się dużą zawartością węglowodanów.

Zanim jednak pozwolę sobie na tę ekstrawagancję, czeka mnie kilka godzin na maratońskim wybiegu i sporo słabości do pokonania. Tym razem była to jedna z moich ulubionych imprez – siódma edycja ORLEN Warsaw Marathon.

Parafrazując klasyka polskiej muzyki estradowej, „lubię wracać tam gdzie biegłam już”. Dlatego z przyjemnością wróciłam do Warszawy jako Ambasadorka Festiwalu Biegów.

Wedle osobistej tradycji, we włosy wplotłam biało-czerwone kwiaty, warkocz ozdobiłam kokardą i i punktualnie o 9 rano wmieszałam się w barwny tłum biegaczy u stóp Stadionu Narodowego.

Niebo tego dnia było bezchmurne, ale niska temperatura (idealna pod kątem biegu długodystansowego) pozwalała sądzić, że to będzie dobry dzień dla wielu śmiałków nerwowo przebierających nogami w strefie startu.

Co działo się przez następne kilka godzin to już kwestia na tyle indywidualna, że próżno opisywać emocje towarzyszące pokonywaniu kolejnych kilometrów trasy prowadzącej przez rozmaite zakątki stolicy kraju. Jestem pewna, że każdy z blisko pięciu tysięcy uczestników zapamiętał je na swój wyjątkowy sposób.

Trasa była szybka i idealnie dobrana pod kątem rozgrywanych tu Mistrzostw Polski w maratonie mężczyzn. Serdeczni wolontariusze pozwolili poczuć się każdemu zawodnikowi jak biegacz elity, a oprawa organizatora sprawiła, że przekroczenie linii mety na długo zapisze się w moich wspomnieniach.

Ponoć na mojej twarzy nigdy nie widać zmęczenia po pokonanym dystansie dlatego tylko nieliczni wiedzieli, że tego dnia mimo uśmiechu walczyłam o ukończenie biegu. Dyspozycja nie pozwoliła mi na walkę o poprawę czasu, ale wrodzony upór i obecność niezastąpionej mamy sprawiła, że kolejny medal dołączył do mojej kolekcji.

Tempo ostatniego odcinka do mety pozwala mi natomiast sądzić, że mimo setek przebiegniętych kilometrów organizm nadal trzyma dla mnie asy w rękawie, których jeszcze nie odkryłam. Nie mogę się doczekać by to zrobić!

Było mi niesamowicie miło spotkać na trasie znajomych z całej Polski, być rozpoznaną przez kibiców maratonu we Florencji i wreszcie siedząc na betonie w złotej, termicznej pelerynie superbohatera z bukietem kwiatów, usłyszeć od jednego z uczestników, że byłam motywacją do ukończenia biegu.

Bądźmy dla siebie motywacją. Spotykajmy się na linii startu i ściskajmy serdecznie za linią mety. Pamiętajmy, że wśród kolejnych medali na szyi i terminów w kalendarzu łączy nas coś więcej niż kilometry!

Pozdrawiam,

Ania Sołtysik, Ambasadorka Festiwalu Biegów


Polecamy również:


Podziel się: