Dycha po ultra? „To chyba parcie na szkło”


Niedziela 18 lutego. Rozpoczęcie sezonu biegowego w Gdyni, podczas biegu urodzinowego na dystansie 10 km. Jako że dzień wcześniej pokonałem 68 km...

Dyszka za dyszką. Trójmiejski Ultra Track na urodziny 

.... niedzielny start był wyzwaniem, a jak większość z was wie, byłem pacemakerem (zającem) na czas 40 min. To było czyste szaleństwo, czyste szaleństwo. Nikt normalny tego nie robi – pisze Tomasz Szczykutowicz, Ambasador Festiwalu Biegów.

W Gdyni melduję się przed 9, przebieram się i czekam na oficjalną koszulkę z czasem i balony. Atmosfera Gdyńskich biegów jak zawsze znakomita, spotykam pełno znajomych, którzy nie wierzą, że tu jestem i będę prowadził ludzi na konkretny czas.

Przed startem zaliczam delikatną rozgrzewkę, wiem, że muszę się rozgrzać. Organizm tego potrzebował, ale nie tak jak zawsze. Na pewno odczuł trudy wcześniejszego biegu. Ustawiam się w strefę, z której będę prowadził wszystkich chętnych. Większość pyta mnie o to, jaki jest plan na bieg. Znałem trasę i wiedziałem, że początek jest z górki, wiec będzie trochę szybciej. Później trochę zwolnimy, bo zrobimy nawrotkę i będzie pod górkę. Taki był plan. Czekam, aż ruszy pierwsza strefa, czerwona i żółta, a moja 2 minuty po. Dużo osób podchodzi i gratuluję dobrego wyniku podczas TUTA.

Ostanie sekundy na zegarze i lecę. Cały czas myślałem, jak zareaguje mój organizm, iż oddechowo dam radę, ale nogi nie były już takie jak zawsze. Wiedziałem, że nie będzie łatwo, ale zrobię wszystko, by doprowadzić ludzi na zakładany czas. Musiałem, przecież oni wierzą we mnie, kto nie jak ja. Pierwszy kilometr wyszedł zaskakująco łatwo, czas 3:55, czyli 5 s zapasu, jest dobrze. Drugi kilometr to lekkie zwolnienie, niby tego nie odczuwałem, a jednak 4:00 czas odcinka. Trzeci kilometr to przyspieszenie, zegarek pokazał 3:49, a więc najszybszy kilometr na trasie. Zapas cały czas jest. Kontroluje wszystko, jak należy, kolega, z którym prowadzę, motywuje innych, wspiera ich. Ja tego dnia nie maiłem do tego głowy, bardziej myślałem, by się nie zatrzymać, bo jak to zrobię, będzie źle. A tego nie chciałem.

Czwarty kilometr i zbliżam się do bulwaru Gdyni, biegnących ze mną jest nadal sporo, to był znak, że jest bardzo dobrze. Czas odcinka 3:55. Cały czas w głowie myśli, czy dam radę, czy ciało wytrzyma. Nierówna nawierzchnia daje o sobie znać. Nogi coraz cięższe, zmęczone, ale robię to by pomóc innym, nie dla siebie. W pewnym momencie myślałem, by odpuścić, zrezygnować, a drugiej strony nie mogę zawieść innych nie dziś. Dam radę zrobię to.Płowa dystansu, w pewnym momencie myślałem, by uzupełnić płyny, a z drugiej strony to tylko 10 km i nie ma takiej potrzeby. No, chyba iż byłoby ciepło, ale to był luty. Wiadomo podczas każdego wysiłku, trzeba pić, nawet jak jest chłodno. Czas odcinka 3:52.

Szósty kilometr to lekki podbieg i tempo spada 4:05. Wiem ,że teraz będzie najtrudniejsza część trasy. Niby tego nie widać, ale Świętojańska jest dość pod górę. Każdy, kto biegał podczas Gdyńskich, biegów wie o tym.Coraz bliżej meta, cały czas umyśle, by tylko ukończyć. Coś, co mnie napędza do tego to ludzi, z którymi biegnę i punkty kibicowania. Utworzone przez różne szkoły, to coś wspaniałego, tego nie da się opisać słowami. Po prostu trzeba tam być i to zobaczyć a dodam, nie było najcieplej. Dzieciaki dopingowały każdego zawodnika , to wspaniałe uczucie. Myślę ,że to dawało kopa , każdemu , kto miał kryzys.

W moim przypadku to dalsza walka z własnymi słabościami. Teraz wiem ,że więcej tego nie zrobię. Biegnę dalej, staram się wspierać innych ,ale nie wchodzi mi , nie dziś. Dobrze ,że był drugi zajączek, pomagał tego dnia mi. To dużo dla mnie znaczyło, wykonał kawał świetnej roboty, za co mu dziękuję. Bez niego myślę ,że nie dałbym rady. Siódmy kilometr 4:00, więc nie było jeszcze najgorzej. Osmy kilometr wyszedł najgorzej na całej trasie, zmęczenie dawało o sobie znać. Ten bieg mnie wiele nauczył. W końcu potrzebuje pokory ,a nie wciąż cały czas na wysokich obrotach , coś się musi dziać. Trzeba robić wszystko z głową, a tego nie zrobiłem, nie odpuściłem.  Dziewiąty kilometr i słychać spikera, muzykę,to oznaczało jedno, do mety został kilometr, ktoś z biegnących zapytał, czy uda nam się pokonać granicę 40 min, ja już wtedy wiedziałem ,że tak , gdyż zegarek był ustawiony na wyścig i dystans, miałem swojego wirtualnego zająca.

To sprawiło ,że chce się biegać, jestem bliżej celu. Ostatkiem sił dopinguje innych i sam walczę o granice. Fajnie jest z kimś pokonywać zakładane czasy. To daje kopa na do dalszej pracy. Cieszę się, że mogę uczestniczyć w takich wydarzeniach, tworzyć czyjąś historię. To wspaniałe uczucie. Już widzę metę i robię to, robimy, pokonujemy 40 min na 10 km. Coś nie do opisania.

Po samym biegu dostałem tyle ciepłych słów , to bardzo miłe , cieszę się ,że ktoś docenia to, co starałem się robić. Czas odcinka 3:54, a całość zamknęła w czasie 39:49. Wszystko według założeń.

Na koniec, podchodzą do mnie ludzie, którzy organizują bieg , proszą o kilka słów do kamery. Nie mam z tym problemu. To chyba parcie na szkło.

Tak kończę szalony biegowy weekend, na liczniku 78 km, to czyste szaleństwo. Kolejny start, Onico Gdynia półmaraton 18 marca.

Tomasz Szczykutowicz, Ambasador Festiwalu Biegów

Polecamy również:


Podziel się: