„Dzięki tato”. Rzeźniczek Ambasadora [FOTO]


Opublikowane w wt., 09/06/2015 - 09:56

Na Festiwal Rzeźnika przyjechałem już w czwartek. Chciałem wystartować w 27-kilometrowym Rzeźniczku, który odbył się w sobotę – ostatnim dniu imprezy w Bieszczadach. To jednak nie wszystko - przed nami cały piątek i start wariatów w 12. Biegu Rzeźnika, więc wpadliśmy na wspaniały pomysł z „WKURW” ekipą i zaplanowaliśmy ostre kibicowanie na połoninach, czyli tam gdzie piekło dopiero pokazuje swoje oblicze.

Relacja Marka Grunda, Ambasadora Festiwalu Biegów

Około 10:30 podjechaliśmy na Berehy Górne i stamtąd zaczęliśmy maszerować na połoniny. Dowiedzieliśmy się w międzyczasie, że przebiegły już 4 pary. I to sporo przed nami. Doskonale zatem - podopingujemy wszystkich, dosłownie wszystkich…

Pary zbiegały z połonin w mniej lub bardziej regularnych odstępach czasowych, a my walecznie zagrzewaliśmy je do dalszej walki - klaskając, wymachując flagą i zdzierając gardła. Słońce nie miało w ten dzień litości - żar lał z nieba na zawodników, którzy mieli już wystarczająco trudu. Ale cóż - jak to się dziś mówi - „nikt wam nie kazał”.

Kiedy doszliśmy na połoniny, pary zaczęły pojawiać się już coraz częściej, nawet w większych grupach. Niektórzy ultrasi wyglądali już naprawdę tragicznie, ale my w dopingowaniu nie poddawaliśmy się ani na chwile, zarażając wszystkich Rzeźników i przechodzących turystów uśmiechem. Chyba całe połoniny słyszały, że idzie 3 wariatów i krzyczy do zawodników, ale to działało - uwierzcie mi.

Sam ukończyłem Bieg Rzeźnika już 3 razy i wiem jaką wartość ma doping na tej trasie, nie mówiąc już o tym na jakim odcinku dopingowaliśmy zawodników. To około 60. kilometra trasy, tutaj liczy się już każde najmniejsze wsparcie. Najlepszym dowodem na to, że nasz doping działał były szerokie uśmiechy, chwilowe przyśpieszenia, przybijane piątki i inne aspekty o których nie ma jak napisać, gdyż to po prostu trzeba było zobaczyć na własne oczy....

Żal mi było, że dziś nie biegnę z całą bandą, ale musiałem podjąć taką a nie inną decyzję. Z różnych względów, ale to nie ważne. Serce jednak biło mocniej, bo mogłem zobaczyć kolegów jak się męczą, jak leje się z nich pot, jak przeklinają sami na siebie, przekonują, że już nigdy więcej.... ehh ile razy ja już to słyszałem! A ile razy sam już to powiedziałem Ale... Wszystko to jakoś nigdy nie działa! Po biegu zapomina się, że coś takiego przeszło przez garło, baaaaaa, nawet człowiek się zapiera - „stary ja nic takiego nie mówiłem”!

Jakkolwiek źle już zawodnicy nie wyglądali, to szli i biegli dalej. I to jest w tym całym szaleństwie najpiękniejsze. Pasja, pasja bez granic litości do własnego ciała, pasja, która kształtuje charaktery, która czyni z prostych ludzi prawdziwych twardzieli, udowadnia, że nie ma rzeczy niemożliwych, a wytrzymałość ludzka nie zna granic. Ta fizyczna jak i psychiczna, która w tym przypadku została wystawiona na próbę. A nie ma tutaj kół ratunkowych...

Pokibicowaliśmy tak kilka godzin na połoninach i wróciliśmy do auta, po czym przetransportowaliśmy się na metę biegu. Tutaj następne godziny z dopingiem na ostatnim fragmencie rzeźnickiej przygody. Te kilkaset metrów z góry i po płaskim jest najpiękniejsze chyba w całym biegu - wiesz już, że wygrałeś, niezależnie od tego z jakim czasem kończysz i na jakiej pozycji. Wiem to z własnego doświadczenia. Organizator biegu Mirosław Bieniecki zawsze powtarza po kilka razy w ciągu imprezy - zwycięzcami biegu są wszyscy, którzy go ukończyli. Uwierzcie mi, nie są to puste słowa czy słowa otuchy.

A teraz „szołtajm” - Maruś czas na twoje tańce!

Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce