Granice skyrunningu i „Bieg Śmierci”. Rozmawiamy z Shane'em Ohlym, dyrektorem Salomon Skyline Scotland


Opublikowane w wt., 15/10/2019 - 08:46

Kinlochleven, 20 września, wczesne popołudnie. Zwycięzcy Ben Nevis Ultra za chwilę dobiegną do mety, a uczestnicy Mamores Vertical Kilometre właśnie wyruszają na trasę. Udało nam się porozmawiać z Shane'em Ohlym, dyrektorem festiwalu biegów górskich Salomon Skyline Scotland i właścielem firmy Ourea Events, który sam jest wyczynowym wspinaczem i biegaczem górskim.

Glen Coe Skyline był pierwszym z Waszych biegów tutaj i wciąż jest flagowym biegiem festiwalu, chociaż Ben Nevis Ultra, a szczególnie Ring of Steall obecnie przyciągają większą liczbę uczestników. Shane, czy Skyline był całkowicie Twoim pomysłem?

Shane Ohly: - Inspiracja pochodziła z pomysłów wielu ludzi. Nie byłoby w porządku, gdybym stwierdził, że to w stu procentach mój pomysł. Tylko złożyłem to wszystko w całość. Ja chyba tylko wymyśliłem, żeby trasa zawierała najbardziej techniczne odcinki, jak Curved Ridge czy Aonach Eagach.

Tu dochodzi do głosu Twoja sportowa przeszłość... Czujesz się bardziej biegaczem, czy wspinaczem?

Jako nastolatek i po dwudziestce wspinałem się zawodowo. Więc tak, przede wszystkim jestem wspinaczem, a później zostałem biegaczem górskim.

Cofnijmy się nieco w historii ekstremalnego skyrunningu. Najpierw było Trofeo Kima, a co było dalej?

Kima jest najstarszym z tych najbardziej ekstremalnych biegów, jego historia rozpoczyna się w 1995 roku. Hamperokken Skyrace w Tromsø wystartował rok przed nami, w 2014 roku, ale Glen Coe Skyline już był wtedy na etapie powstawania. Nie widzieliśmy Tromsø na własne oczy, kiedy zdecydowaliśmy się wystartować z naszym biegiem. To ciekawe, że historia obu tych wyścigów rozpoczęła się w odstępie niecałego roku.

Jakich zawodników oczekujecie na Waszym najbardziej ekstremalnym biegu?

Dokładnie sprawdzamy wszystkich chętnych. Musimy odmówić tym, którzy nie spełniają naszych kryteriów i nie robimy wyjątków. Uczestnicy muszą być odpowiednio doświadczeni. Oczekujemy, że będą sobie radzić w górach i posiadać doświadczenie w bieganiu górskim i wspinaczce. Powinni być prawdziwymi ludźmi gór.

Czy ten proces sprawdzania jak dotąd zdawał egzamin?

Chyba tak. Odrzucamy 30-40 procent zgłoszeń, więc niestety musimy rozczarować znaczną ilość chętnych. Czasem nie możemy przyjąć kogoś, kto może i ukończyłby bieg, ale jego zgłoszenie nie spełnia wymagań. Nie jesteśmy w stanie prowadzić ludzi za rękę przez procedurę zgłaszania się na bieg. Mamy jasne i proste kryteria, wystarczy odpowiedzieć tak albo nie na postawione pytania. Czasem ktoś nie potrafi dać na nie jasnej odpowiedzi. Lepiej takiej osoby nie dopuścić do biegu, niż pozwolić wystartować komuś, kto nie powinien – dla bezpieczeństwa.

Czynnik przygody jest dla mnie ważny. Myślę, że w przygodzie potrzebna jest niepewność końcowego wyniku. Jak dodamy do tego odrobinę ryzyka, to mamy wspaniały wyścig, prawdziwy i autentyczny. Jeśli ktoś się poślizgnie na Curved Ridge albo na Aonach Eagach, to może zrobić krzywdę sobie albo współzawodnikowi. Z tego powodu tak dokładnie wszystkich sprawdzamy. Jak ktoś sam się uszkodzi, to źle. Jednak jeśli uszkodzi przy tym kogoś innego, to bardzo źle! Dlatego właśnie nie możemy robić wyjątków przy zapisach.

Czy były w historii Glen Coe Skyline jakieś większe wypadki?

Nie (uśmiech). Ale muszę być realistą, pewnego dnia wypadek może się zdarzyć. Zdarzały się na Tromsø i na Trofeo Kima. Przy takiej liczbie ludzi w tak trudnym terenie, w końcu coś może się stać. Jako organizator zawodów chcę się upewnić, że zrobiłem co w mojej mocy, by ograniczyć niebezpieczeństwo, jednak bez odbierania zawodnikom przygody i ryzyka, które są nierozerwalnie związane z tym sportem.

Co sądzisz o umieszczaniu poręczówek w skalnym terenie na niektórych biegach?

Myślę, że organizatorzy każdego biegu muszą sami zdecydować, co jest właściwe. W brytyjskich górach, w przeciwieństwie do Alp, jest znikoma ilość sztucznych ułatwień. A my od samego początku nie chcieliśmy ich mieć, nawet tymczasowych. Na tym polega nasze podejście i uczestnicy muszą to zrozumieć.

Z brytyjskich ekstremalnych biegów, na Lakes Sky Ultra i Pinnacle Ridge Extreme zakładają liny poręczowe. Robi to również Tromsø, czyż nie?

Tak, to ich decyzja i to jest w porządku. Ukończyłem Tromsø i wiem, że to również ekstremalny bieg. Jednak osobiście lubię wyzwania w najczystszym stylu, w naturalnym środowisku górskim, i nie chcę ułatwiać zawodnikom życia. Muszą się sami zmierzyć z tym wyzwaniem. Nie chcemy obniżać im standardów.

Słyszałeś o wyzwaniu Els 2900 w Andorze? Oni w pewnym momencie poszli jeszcze o krok dalej i zrezygnowali z jakichkolwiek oznaczeń trasy. Co o tym myślisz?

Słyszałem o tych zawodach i chciałbym się kiedyś w nich sprawdzić. Mam znajomych, którzy je skończyli, to wspaniały bieg. Ale zupełnie innego typu. Jedną z zasad skyrunningu jest oznaczenie trasy. W Zjednoczonym Królestwie organizujemy wiele biegów i niektóre z nich wymagają nawigacji, jednak to inna konkurencja. Na Glen Coe Skyline nie dodajemy wyzwania nawigacyjnego. Dobrą stroną oznaczenia trasy jest danie równych szans zagranicznym uczestnikom.

Zanim wystartowaliście z Glen Coe Skyline, spotkaliście się z krytyką ludzi, którzy nie wierzyli, że wszystko pójdzie dobrze?

Tak... przez pierwszy tydzień albo dwa po ogłoszeniu Glen Coe Skyline, prawie wszystkie brytyjskie gazety pisały o Biegu Śmierci Glen Coe! (śmiech) Taka była medialna narracja. Spotkała nas ogromna krytyka przed biegiem, a i teraz ludzie twierdzą, że te zawody są niebezpieczne. Uważam jednak, że dorosły człowiek z odpowiednim doświadczeniem ma prawo wybrać dla siebie poziom przygody i ryzyka, który sam akceptuje. A jest grupka osób, które tylko czekają na okazję udziału właśnie w takich zawodach, które oferujemy. Dla nich to jest afirmacja życia, wysoce pozytywne doświadczenie, którego nie można ich pozbawiać.

Jak widzisz przyszłość ekstremalnego skyrunningu? Czy na światowej mapie najtrudniejszych biegów może się pokazać coś jeszcze trudniejszego?

Zawsze można zrobić coś trudniejszego. My też możemy, tu w Szkocji również. Trzeba to jednak przemyśleć z punktu widzenia opłacalności. Glen Coe Skyline tak naprawdę nie jest biegiem komercyjnym. Startuje w nim zbyt mało osób, logistyka jest zbyt skomplikowana i kosztowna. Robimy go jednak z miłości, a koszty się zwracają dzięki Ring of Steall i pozostałym biegom podczas weekendu ze Skyline Scotland. Myślę, że największym wyzwaniem przy organizacji najtrudniejszych technicznie biegów jest ich opłacalność finansowa.

Czyli coś jeszcze trudniejszego musiałoby być zupełnie niszową imprezą dla nielicznych wybrańców?

Zdecydowanie tak. Moglibyśmy urządzić elitarny bieg dla 20 zawodników w jakimś niesamowitym terenie, ale kto by za to zapłacił? Może Red Bull! (śmiech) Jednak nie chodzi nam o wodotryski. Glen Coe Skyline stał się sławny, ponieważ wielu ludzi patrzy na niego z zachwytem i stwierdza, że kiedyś chcieliby go ukończyć.

Który z tej trójki uważasz za najtrudniejszy: Kima, Tromsø, czy Glen Coe?

Wszystkie trzy ukończyłem. (uśmiech) Każdy to innego rodzaju wyzwanie. Jeśli chodzi o trudności techniczne, to Glen Coe jest zdecydowanie najbardziej wymagający, bez żadnych wątpliwości. Ale żaden z nich nie jest prosty. Wszystkie to są bardzo ciężkie biegi.

Festiwal Salomon Glen Coe Skyline składa się z następujących biegów: Ben Nevis Ultra (54 km, 4000 m+), Mamores Vertical Kilometre (5 km, 1000 m+), Ring of Steall (29 km, 2500 m+) i Glen Coe Skyline (52 km, 4750 m+), a od 2019 roku również trzech krótszych biegów górskich: Three Mealls (18 km), Loch Eilde Mòr (10 km) and Grey Mare's (5 km).

Strona festiwalu: http://www.skylinescotland.com/

Rozmawiał Kamil Weinberg


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce