Horror psychiatryczny, Wariat i Kołkosznikow. Zimowy Runmageddon Modlin [ZDJĘCIA]


Opublikowane w pon., 18/02/2019 - 20:00

Pierwsza w tym roku edycja Runmageddonu w Twierdzy Modlin okazała się zimowa tylko według kalendarza. Wysoka jak na luty temperatura, brak śniegu i przeświecające spomiędzy chmur słońce ułatwiały zadanie w sumie ponad 2100 uczestnikom 8-kilometrowego Rekruta i 21-kilometrowego Hardcora. Oprócz nich, biegali też uczestnicy Intro (3 km bez pomiaru czasu) i biegów dziecięcych RMG Kids. Życia nie uprościli im jednak autorzy tras, którzy poprowadzili je terenami Twierdzy i okolic, pełnymi krótkich lecz bardzo stromych, nieraz karkołomnych podejść i zbiegów. Do tego wiele odcinków prowadziło wnętrzami zabudowań i ciemnymi korytarzami. Obecność praktycznie wszystkich najtrudniejszych technicznie przeszkód znanych z RMG gwarantowała wszechstronny sprawdzian siły rąk i sprawności zawodników.

W sobotnim Rekrucie wśród elity najszybsi byli: Białorusin Raman Katolikau z xRunners (50:13), Jewgien Szeretow z Ukrainy (51:39) i Artur Kozłowski z Husarii Race Team (52:43) oraz Katarzyna Baranowska z OCR Team Włocławek (1:06:28), Białorusinka Jekatierina Worobiewa z Power Training (1:15:16) i Magdalena Sobesto z Bravehearts Legionowo (1:17:50). W kategorii Elite Masters męskie podium opanowali na wyłączność przedstawiciele Dziadów OCR: Stanisław Kurach (1:21:31), Michał Hajewski (1:24:41) i Waldemar Greszta (1:27:11), a wśród pań wszystkie przeszkody jako jedyna pokonała Ewa Samulska z Power Training (2:08:39). Drużynowo wygrała Husaria Race Team przed xRunners i Power Training.

– Od roku próbowałam donieść opaskę – powiedziała nam piąta wśród kobiet Katarzyna Kluk ze zwycięskiej Husarii – i w końcu mi się udało dzisiaj. Wszystkie przeszkody, które zawsze zabierały mi skórę, krew, łzy i pot, teraz udało się pokonać. To jest nieopisane szczęście. Najtrudniejsze zawsze dla mnie były Multirig i Killer Plank. Kołkosznikow dziś poszedł za trzecim razem, kiedy wkładałam palce stóp w otwory w desce. Jedyną kontrowersją była Kołkownica, na której część elity straciła opaski, a później ta przeszkoda została wyłączona w trakcie biegu, bo łamały się kołki. Sama przeszłam ją do połowy, po czym dostałam informację, że dalej nie muszę. Z całej trasy ogólnie mam bardzo pozytywne wrażenia. Emocje grzały mnie przez cały czas.

– Naszą zwycięską trójką Dziadów spotkaliśmy się na starcie, najpierw biegliśmy razem, a potem już każdy swoim tempem pokonywał trasę i przeszkody – opowiadał po dekoracji Stanisław Kurach, najlepszy w Masters. – Nasza drużyna rośnie w siłę. Najbardziej cieszy mnie to, że coraz więcej zawodników 40+ zakłada nasze koszulki Dziadów OCR i robimy się coraz bardziej rozpoznawalni. To jest chyba dlatego możliwe, bo jesteśmy po prostu fajni! – zakończył z uśmiechem.

Na niedzielnym dystansie Hardcore dwaj najszybsi w elicie byli zawodnicy Husarii Race Team: Tomasz Krawczyk (1:44:37) i Mateusz Krawiecki (1:46:54). Ten ostatni zaledwie 0.55 sekundy wyprzedził Jewgiena Szeretowa, drugiego w Rekrucie (również 1:46:50). Żadnej z kobiet nie udało się pokonać wszystkich przeszkód. W kategorii Masters na podium stanęli: Łukasz Lorenc z Dziadów OCR (2:03:32), Mariusz Wiktorowicz z Watahy Grupy Treningowej (2:14:07) i Marcin Łytek ze Schmersal-Trening (2:34:53). Drużynowo ponownie zwyciężyła Husaria Race Team, tym razem przed Koniuchami OCR i xRunners.

Pełne wyniki RMG Rekrut i Hardcore można zobaczyć TUTAJ.

* * * * *

Twierdzy Modlin nigdy wcześniej nie zwiedzałem. Teraz nadarzyła się okazja, by zrobić to w sposób ekstremalny. W niedzielę 17 lutego o 10:15 stoję więc na starcie RMG Hardcore. Jak już się sponiewierać, to na dłuższym dystansie.

Formy nie mam żadnej, biegowej ani przeszkodowej. Ta zeszłoroczna sobie gdzieś poszła, a nowej jeszcze nie ma. Od dawna myślałem o spróbowaniu sił w elicie, ale do tego bym musiał się nauczyć latać na małpie (Flying Monkey). Pozostałe przeszkody powinny być w moim zasięgu, ale najpierw trzeba je rozpoznać bojem w biegu zwykłych śmiertelników, czyli serii open.

Po rundzie z workami, przepchnięciu ich pod zasiekami, skoku przez ściankę i bardzo głębokich wilczych dołach trasa prowadzi stromym brzegiem Narwi pod wałem twierdzy. Długi czas jest płasko i biegowo, z gdzieniegdzie wstawionymi przeszkodami. Zmienia się to, kiedy po jednym z przebiegnięć krużgankami pod murem taśmy kierują prosto pod górę na wał ziemny. Gramolimy się wysoko po błotnistym nasypie na czterech łapach, by za chwilę zaliczyć karkołomny dupozjazd do jego podnóża. I tak kilka razy. W niektórych miejscach wiszą liny do pomocy, a jedno z wejść trzeba zrobić czołgając się pod siatką. Po takiej serii dłuższy czas zajmuje mi uregulowanie oddechu i tętna.

Trzymetrową ścianę pokonuję bez pomocy, używając zastrzału – podporowej belki. Takie mam założenie, by w miarę możliwości wszystkie przeszkody robić samodzielnie. Biegowe fragmenty wciąż przeplatają się z szalonymi podejściami i zbiegami, a także odcinkami prowadzonymi korytarzami twierdzy. W jednym z nich jest tak ciemno i nisko, że czołgając się na czworakach łapię tyłek osoby przede mną, nie widząc jej.

Pierwsza z prawdziwie technicznych przeszkód to Weryfikator Marzeń – deski z wyciętymi otworami do przejścia na rękach w zwisie. Trochę walczę na przejściu z jednej na drugą deskę, ale dochodzę do końca. Chwilę później na Kołkownicy jednak pokonuje mnie mój własny żałosny brak techniki. Na każde przełożenie kołka do następnego otworu tracę ze trzy sekundy w zwisie, a przy odrobinie wprawy powinienem to robić ze dwa razy szybciej i większymi „krokami”. Palce rozginają mi się w połowie około pięciometrowej konstrukcji. W tym czasie powinienem już klepnąć w końcowy dzwonek, zużywając tyle samo siły. Drugiej próby już nie podejmuję i przytulam pierwsze 20 karnych burpees. Z obydwiema tymi przeszkodami mam do czynienia na RMG pierwszy raz.

Przed półmetkiem zaliczamy pierwsze z dwóch dzisiejszych zanurzeń. Na chwilę wchodzimy do Narwi, lecz tylko do kolan. Po rundzie z oponami zakładamy uprzęże w asyście wolontariuszy i wbiegamy do jednego z budynków Twierdzy. Z jednego z okien zjeżdżamy tyrolką na długiej stalowej linie nad dziedzińcem – to jedna z atrakcji dnia.

Ze szczytu kolejnego wału ziemnego już z daleka widać następną serię przeszkód. Przejście po sześciu linach Wisielca wchodzi mi gładko, ale zaraz za nim czeka skośna nabiegowa ściana. Tym razem nie jest z chropowatej płyty pilśniowej, lecz zupełnie gładka. Jak zawsze nie próbuję nabiegu, tylko wspinam się odciągiem po krawędzi. Walka jest dłuższa niż zwykle, ale w końcu się udaje. Łapy mam jednak zupełnie wypompowane.

Czekające niedaleko czołganie pod zasiekami jest wyjątkowo długie, nawet jak na runmageddonowe standardy. Na następnej górce wchodzimy po linie i mamy do zaliczenia kolejną siłową przeszkodę – Tarzana. Rozwieszone między drzewami opony są dalej od siebie niż zwykle, a każda następna jest nieco wyżej od poprzedniej. Boczną techniką docieram do przedostatniej. O ostatnią oponę staczam kilkudziesięciosekundową walkę wisząc na rękach, aż wreszcie w trzeciej próbie udaje mi się do niej dosięgnąć i klepnąć dzwonek. Gdzie brakuje siły fizycznej, przydaje się siła woli.

W jednym z zaułków Twierdzy wyprowadzamy na spacer wyjątkowo uparte pieski, czyli betonowe trylinki. Po ich przeciągnięciu trzeba je jeszcze przepchnąć pod zasiekami. Za bramą już czekają kolejne... zasieki pod górę. Bluzgi i przekleństwa zawodników niosą się daleko.

Następny odcinek wewnątrz budynku z obdrapanymi ścianami przypomina horror o opuszczonym szpitalu psychiatrycznym. Coraz mniej światła, upiorne korytarze i... przeszkoda. Spacer farmera z obciążeniem po ciemku. Dalszy korytarz jest już zupełnie ciemny. Staram się biec. Dostaję uderzenie w czoło, aż zwala mnie na glebę. Przydzwoniłem w jakąś belkę pod sufitem. Mogliby ją oświetlić. Czy ja kiedyś skończę jakiś bieg bez żadnych przygód?

To już wewnętrzny dziedziniec. Widać miasteczko biegu. Kilkanaście ostatnich przeszkód. Kiedy się przewijam przez przewieszoną ścianę, łapie mnie skurcz w łydkę. Na ostatniej prostej stoją Komandos, Kombo-Wariat, Kołkosznikow, Multirig, Oponeo i Atak Szczytowy.

Wariat jest obowiązkowy tylko dla elity. To obracająca się stalowa rurka z wypustkami do łapania się rękami. Kiedy wczoraj robiłem zdjęcia na Rekrucie, przeszedłem go dwa razy treningowo, jednak nie w ciągu z całą resztą, tylko z poprzedzającym przechwytem z deski. Teraz muszę przejść tylko dwie pierwsze z trzech części kombinacji, czyli kółka na kołkach i poziomą deskę zwaną Killer Plank. Ręce, choć zmęczone, jakoś dają radę. Wariata już nie próbuję, by zachować siły na resztę przeszkód.

Wspomnianego lotu z drążka na drążek, czyli Flying Monkey, na szczęście zawodnicy z fal open też nie muszą robić. Mógłbym spróbować poza konkurencją, ale nie mam siły. Skośną ścianę z otworami do wejścia za pomocą kołków, czyli Kołkosznikowa, pokonuję bez kłopotów. Ta przeszkoda to też dla mnie nowość.

Teraz czeka mój ulubiony Multirig. Trudna przeszkoda, z którą sobie jednak od dawna bezproblemowo radzę. Wczoraj też go przeszedłem treningowo. Długa konstrukcja do pokonania na rękach, z pięcioma stalowymi kulkami na łańcuchach, bujającym się drągiem i dwunastoma gimnastycznymi kółkami.

Chyba niedobrze, że zaatakowałem z marszu, prawie bez chwili odpoczynku. Kulki przechodzę, ale już na drągu zaczynają mi się rozginać palce i spadam na początku kółek. Przed drugą próbą czekam kilka minut i zdejmuję rękawice. Jest lepiej, jednak wyjechane łapy puszczają o kilka kółek dalej. Już rezygnuję i idę odwalić karniaki, jednak zmieniam zdanie, namówiony przez robiącą zdjęcia Magdę z naszej ekipy Dziady OCR. Następny długi odpoczynek, rozgrzewam ręce nad koksownikiem. Trzecia próba jest najlepsza, ale spadam trzy albo cztery kółka przed końcem. Dziś nie jest mój dzień.

Przez porodówkę z opon na Oponeo przeciskamy się ze wzajemną pomocą kilkorga współzawodników. Dalsza sekwencja bujanych opon jest nawet ciekawa. Atak Szczytowy – ukośna sześciometrowa ściana z linami – bezproblemowo. Całościowe zanurzenie w Lodowej razem z głową pod deską. Na metę wpadamy razem z Dawidem, z którym wcześniej razem pokonaliśmy długie odcinki trasy. Czas 3:38:44.

Miało być bez napinki z rozpoznaniem przeszkód. Biegowo słabo, ale tego się spodziewałem. Szkoda niezaliczonej Kołkownicy i Multiriga. Na tej pierwszej wyszedł brak techniki, na tym drugim brak wytrzymałości siłowej. Krótko mówiąc, braki treningowe. Do nadrobienia, to dopiero początek roku. A na dzisiejszej trasie było wszystko, co się dało wycisnąć z terenu i twierdzowej „infrastruktury”, a także najlepsze runmageddonowe przeszkody w odpowiednim zagęszczeniu. Ręce będą mnie bolały przez najbliższe kilka dni. Szczególnie przy braku formy warto sobie spuścić czasem taki łomot. To powinien być dobry bodziec treningowy.

Kamil Weinberg


Polecamy również:


Podziel się: