Hunt Run - ekstremalny bieg w mateczniku dinozaurów [FOTO]

Hunt Run - ekstremalny bieg w mateczniku dinozaurów [FOTO]



Taki nasz lokalny, jurajski disneyland – to moja pierwsza myśl, gdy dojechałem do Bałtowa. Oczywiście słyszałem o tej świętokrzyskiej miejscowości, o odkryciu tu śladów prehistorycznych gadów, lecz nigdy w niej nie byłem. Teraz z ciekawością rozglądałem się po otaczającej menażerii plastikowych dinozaurów, miniatur zamków, karuzeli, budek z lodami i placów zabaw.

Relacja Pawła Pakuły

W gąszczu kolorowych reklam dostrzegłem napis „Hunt Run – najdzikszy bieg sezonu”. Po to tu przyjechałem. Spotykając tu i ówdzie ludzi z namalowanymi na policzkach numerami startowymi nie miałem wątpliwości, że są to moi towarzysze przyszłej, biegowej niedoli. Z ich pomocą trafiłem do biura zawodów gdzie zostałem oznaczony podobnym symbolem i obdarowany pakietem startowym.

Sobota, godzina 10. Startuje pierwsza „fala” biegaczy. Dystans 12 km. Grupa „Elite” czyli 100 osób nastawionych na wynik czasowy i ostre ścigańsko. Ci mają trochę trudniej niż startujący później, w 200-osobowych „falach” ludzie z grup „Open”. „Eliciarze” muszą pokonać każdą przeszkodę, inaczej powtarzanie do skutku lub dyskwalifikacja. „Openowcy”, bardziej nastawieni na przygodę i zabawę robią trasę na większym luzie, mogą w zastępstwie kłopotliwej przeszkody wykonać ileś tam pompek. Dawało to pole do kombinacji i kalkulacji, czy przy trudniejszych i bardziej czasochłonnych przeszkodach nie opłaca się bardziej zrobić ćwiczeń zastępczych.

Już przed startem oglądam całe, hut-runowe towarzystwo. Są typowi biegacze, są „husarze”, zespoły ludzi najróżniejszych siłowni, ludzie ustylizowani na wikingów a nawet prehistorycznych barbarzyńców. Na trasie okaże się, że sporo jest też par – chłopak i dziewczyna wspierający się wzajemnie w trudach. Taki mały test, przed prawdziwym życiem we dwoje. Lekko się rozgrzewam, rozciągam o potem jeszcze przysiadam nerwowo nucąc przygrywające z głośników klubowe hity i przykupując w rytm nogą. Mam lekkiego stresa bo dopiero kilka dni przed startem wyczytałem, że trzeba się będzie wspiąć po linie. Tak do wysokości 3,5-4 metrów. Cóż, niby nie wysoko ale mocny w rękach to ja nie jestem.

Pamiętam jak kilka lat temu, podczas dyskusji o korzyściach z używania bądź nie używania kijków podczas górskich ultra Krzysiek, znany w Polsce biegacz i redaktor powiedział mi, że mam posturę tyranozaura. – Groźny i potężny król dinozaurów – pomyślałem dumnie unosząc podbródek i od razu odebrałem jako komplement. Po chwili jednak zwizualizowałem sobie w głowie owego gada: tyłek wielki jak stodoła, grube nogi i malutkie, wręcz skarlałe rączki – to chyba jednak nie był komplement – skonstatowałem po dłuższej chwili.

No i teraz taki tyranozaur jak ja, przyjeżdża właśnie do Bałtowa i każą mu się wspinać po linie. Dam radę? Kilka dni wcześniej, w panice poleciałem na siłownię i wspiąłem ale to było na świeżo. A w połowie wyścigu, gdy będę miał ręce zmęczone dźwiganiem opon, wciąganiem worków z piaskiem, czy na pewno dam radę? A jak dadzą jakieś cienkie, śliskie liny i tam utknę przy przeszkodzie nie mogąc jej pokonać? Będzie wstyd. Postanowiłem na wszelki wypadek odpocząć po dobiegnięciu do przeszkody, złapać oddech i dopiero po chwili spróbować się wspinać.


Polecamy również:


Podziel się: