Iwona Januszyk rekordzistką Czantorii Wielkiej! Z Krzysztofem Bodurką wyELIMINATORowali konkurencję


Opublikowane w pon., 26/11/2018 - 13:17

Eliminator - Górska Masakra na stoku Czantorii Wielkiej w Beskidzie Śląskim, został rozegrany w Ustroniu już po raz trzeci. Nietypowa formuła rywalizacji jest jednakże dość prosta. Wszyscy uczestnicy biegu startują razem przy dolnej stacji wyciągu i wbiegają, a raczej (przynajmniej ich zdecydowana większość) wspinają się pod szczyt Czantorii Wielkiej, do stacji górnej. Dystans 1700 metrów, 450 metrów przewyższenia, nachylenie około 30 procent. Daje popalić. Na ostatniej stromiźnie, jakieś 300 m przed celem, płuca palą, a serce z wysiłku wyskakuje z klatki piersiowej.

To jest „Eliminator”, a zatem – po każdej serii odpada 25 procent uczestników. Gdy trzy czwarte awansujących osiągnie linie mety, stojący na niej potężni kaci topór opada i symbolicznie „odcina głowy” tym, którym się nie powiodło. To sport, rywalizacja, ściganie, w których chodzi, oczywiście, o to, by wyprzedzić jak najwięcej rywali. A jednak… niejeden marzy o tym, by topór opadł, a on nie musiał za kilkadziesiąt  minut wspinać się na szczyt ponownie.

„Szczęśliwcy” zbiegają do dolnej stacji (to zadanie wcale nie jest dużo łatwiejsze, bo błotko i trawa pod wyciągiem śliskie i tym razem solidnie w kość dostają czworogłowe mięśnie ud) i 50 minut po starcie pierwszej dla mężczyzn, a 60 minut dla kobiet, rozpoczyna się seria druga. Zasada ta sama – 25 procent zawodników odpada. Potem jeszcze seria trzecia, aż wreszcie czwarta, finałowa, decydująca o kolejności.

Ważna jest taktyka – jeśli zależy ci na wysokim miejscu w Eliminatorze, warto zrobić jak trzeci na mecie Piotr Biernawski. Pytanie tylko, na ile było to przemyślane i zaplanowane, bo Piotr trochę zmieniał "zeznania"... W każdym razie, zaczął jakby tylko „na zaliczenie”, tak by awansować. W pierwszej serii był dopiero trzynasty. Obserwatorom (i ponoć samemu Piotrowi też) się wydawało, że nie ma mocy. Tymczasem… w dwóch kolejnych seriach Biernawski dobiegał na czwartej pozycji, by w finałowej postawić wszystko na jedną kartę i wskoczyć na podium! Ukończył Eliminatora na trzeciej pozycji!

– To moja stała taktyka w tych zawodach – przyznał na mecie Biernawski. – Co roku zaczynam od dalekiej pozycji, a potem się przesuwam, choć tak znacząco jak teraz jeszcze się nie przesunąłem nigdy. Na podium jeszcze nie byłem – powiedział i dodał: – Szczerze mówiąc , nie wiem, skąd miałem dziś aż tyle mocy. Wczoraj jeszcze byłem na Turbaczu, myślałem, że zawody tylko zaliczę, a tymczasem… nieźle, zupełnie nieźle – mówił z uśmiechem. – Moja taktyka znów się sprawdziła. Kilku chłopaków, którzy mocno zaczęli, na przykład Tomka Skupnia, Marcina Kubicę czy Bartka Gorczycę, na końcu solidnie „pozamiatało” – analizował.

Biernawskiemu bardzo podoba się formuła rywalizacji w Eliminatorze. Ba, chętnie by ja nawet utrudnił! – Ja bym chętnie zrobił nawet 6 serii i tak, żeby odpadało nie po 25, a po 50 procent uczestników. To byłby ostry hardcore, ale w finale rywalizowałaby już ścisła, nieliczna elita, a w poszczególnych seriach trudno byłoby pozwolić sobie na ostrożny bieg tylko „na zaliczenie”, bo o awans byłoby znacznie trudniej – mówi Piotr Biernawski, trzeci zawodnik Eliminatora 2018.

Klasą dla siebie na stoku Czantorii był Krzysztof Bodurka, któremu raz tylko udało się wspiąć na szczyt szybciej niż w 16 minut (ubiegłoroczny czempion Eliminatora, Bartłomiej Przedwojewski, robił to wtedy 4 razy poniżej kwadransa!). Bodurka, który niedawno wrócił do biegania po poważnej kontuzji nogi odniesionej podczas czerwcowych MŚ w długodystansowym biegu górskim w Karpaczu, wygrał wszystkie 4 serie, choć w finałowej jego zwycięstwo wydawało się do końca zagrożone.

– W żadnej serii nie szarżowałem, bo mało kto poważniej naciskał, nawet w finale, choć wydawało się, że Zbyszek Jaworski był blisko. Ale kontrolowałem sytuację, nie było raczej szans, żeby mnie dogonił. 300 metrów przed metą oglądałem się i widziałem, że nie muszę specjalnie przyspieszać – mówił z uśmiechem zwycięzca. – Biegaliśmy dużo wolniej niż przed rokiem, bo troszkę gorsze warunki, a i mało kto jest tutaj w optymalnej formie. To taki okres, że jesteśmy tuż przed, w trakcie albo zaraz po roztrenowaniu. Ja też dopiero wchodzę w nowy cykl treningowy, siły biegowej jeszcze nie robię, więc dosyć mocno poczułem w udach.

Na tle tej wypowiedzi tym większe wrażenie robi wyczyn zwyciężczyni Eliminatora. Iwona Januszyk w każdej serii nie tylko deklasowała wręcz rywalki (najmniejszą przewagę nad Mirosławą Witowską miała w serii drugiej, to była minuta i 12 sekund), ale jeszcze dwukrotnie pobiła rekord trasy, łąmiąc barierę 18 minut. „Na świeżości”, w serii 1, uzyskała czas 17:59, ale wielki szacunek budzi fakt, że w biegu finałowym, wspinając się na Czantorię Wielką po raz czwarty, urwała z tego wyniku jeszcze 6 sekund (17:53)!

– Chciałam przycisnąć na końcu, tak mi się wydawało, że mogę jeszcze odrobinę poprawić najlepszy wynik – skomentowała krótko na mecie swój wyczyn. – Mnie to wcale nie dziwi – skomentował jej wyczyn Krzysztof Bodurka. – Iwona jest alpinistką, więc musi być już „w gazie”, jest sezon już za pasem. A druga na mecie Miśka Witowska przyznała: – Iwonka była absolutnie poza zasięgiem, startowała z całkiem innej kategorii niż my wszystkie! Cieszę się, że przed zima jest w tak świetniej formie, bo jej głównym priorytetem są skitury.

Januszyk była na mecie zmęczona solidnie, co jednak nie ma prawa budzić zdziwienia. Zakopiankę Witowską wyprzedziła w finale o prawie 3 minuty! Kolejność czołowej trójki była w każdej serii identyczna: Januszyk z Attiq ALE Teamu, a za nią dwie biegaczki z ekipy Salco Garmin: Witowska i trzecia na mecie Paulina Wywłoka.

Do rywalizacji w trzecim wydaniu Eliminatora przystąpiło 258 mężczyzn i 55 kobiet. Do finału dostało się 66 panów i 15 zawodniczek. Stawkę biegu kobiet zamknęła Beata Lange. Choć ostatnia, ze sporą stratą do rywalek (ponad 2,5 minuty do czternastej na szczycie Bogusławy Garczyńskiej-Wąs), promieniała szczęściem.

– Myślałam, że są za mną jeszcze dwie dziewczyny, jednak się pomyliłam. Ale to bez znaczenia: być w finale z tak mocnymi dziewczynami, tak świetnymi zawodniczkami, to dla mnie ogromna przyjemność – cieszyła się biegaczka z Zamojszczyzny. – Okazuje się, że fizyczna praca na co dzień procentuje: sprzedaję świeże bułeczki w piekarni i przerzucam kosze z chlebami – śmiała się dziewczyna z Biłgoraja.

WYNIKI

Piotr Falkowski

zdj. Piotr Falkowski, Mirosław Bortel (Ambasador Festiwalu Biegów)


Polecamy również:


Podziel się: