"Jak usłyszałem strzelnicę, byłem wniebowzięty!" III Maraton Selekcja im. płk. Berdychowskiego w Bieszczadach


Opublikowane w pon., 14/10/2019 - 20:24

Maraton Selekcja po raz trzeci zwieńczył październikowy weekend biegania w Bieszczadach, organizowany przez Fundację Bieg Rzeźnika. W sobotę – ultraMaraton Bieszczadzki na czterech dystansach (17-90 km), a w niedzielę wojskowe zmagania w Maratonie Selekcja dla uczczenia pamięci pułkownika Sławomira Berdychowskiego, twórcy i pierwszego dowódcy jednostki specjalnej AGAT w Gliwicach, powołanej do życia w 2011 r. na - jak się mówi - wzór amerykańckich „rangersów”.

„Niektórzy cywile mają zadatki na żołnierzy jednostek specjalnych”. Maraton-Selekcja po rzeźnicku w Bieszczadach

Niedziela w Bieszczadach była ciepła i słoneczna, już bez porywistego wiatru, który dzień wcześniej poniewierał biegaczami na Hyrlatej, Jaśle, a zwłaszcza Smereku. Uczestnicy Maratonu Selekcja wystartowali o 6 rano w Cisnej, po kontroli umundurowania i zważeniu plecaków, obowiązkowego wyposażenia w kategoriach „mundurowi” (żołnierze czynni) i „mundurowi-cywil”.

"Wiało tak, że trudno bylo utrzymać pion". VII Hyundai ultraMaraton Bieszczadzki

Była jeszcze kategoria trzecia - „sportowa”, której uczestnicy biegli w stroju sportowym, bez wspomnianego wyżej obciążenia. I to, oczywiście, oni pokonali najszybciej trasę z Cisnej do Nowego Łupkowa koło Komańczy, gdzie przy strzelnicy usytuowano metę zawodów.

Jako pierwszy dotarł tam, po 4 godzinach i 30 minutach, Bartłomiej Jachymek, za nim finiszowali Andrzej Kochaniak i Robert Koliński.

Kolejny był już żołnierz w pełnym umundurowaniu, kapral podchorąży Karol Lach z Akademii Wojsk Lądowych we Wrocławiu. Wygrał Maraton Selekcja podobnie jak rok temu i też jak przed rokiem wbiegł na metę razem z jednym z konkurentów. W niedzielę pokonał metę wespół z Sebastianem Sołtysem, o kolejności w klasyfikacji i zwycięstwie Karola Lacha przesądziła kara dla rywala na jednej z przeszkód.

– Długo prowadziłem, ale w pewnym momencie kolega mnie dogonił i od tej pory nie ścigaliśmy się już, wbiegliśmy na metę ramię w ramię, prawie że za rączkę – powiedział nam zwycięzca. – Gdyby nie on, w pewnym momencie byłoby ze mną chyba kiepsko. Jak z oddali usłyszałem strzały ze strzelnicy byłem wniebowzięty, bo wiedziałem, że meta jest tuż, tuż. Zostało jeszcze tylko przeczołgać się pod zasiekami, postrzelać oraz kilka metrów przed końcem biegu wspiąć się na linę i dotknąć zawieszonego dzwonka.


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce