Jan Nartowski pobiegł w Rzymie. „Słabo, bo nie mogłem odmówić sobie zwiedzania”


Opublikowane w czw., 27/03/2014 - 09:38

Ponieważ wszystkie drogi prowadzą do Rzymu w końcu i ja tam dotarłem – pisze Jan Nartowski, warszawski Ambasador Festiwalu Biegowego.

Wyjechaliśmy z Januszem i naszymi żonami Kaśką i Magdą we wtorek 18 marca. Wylot z Modlina tanimi liniami. Na miejscu byliśmy około godz. 15. Wynajęliśmy budżetowy hotel Novemila kwadrans drogi od Colosseum. Naszym celem było oczywiście przebiegnięcie 20. Maratona di Roma, ale żeby uśpić czujność naszych małżonek, postanowiliśmy przy okazji zwiedzić Wieczne Miasto.

Pierwsze wrażenie to niesamowity tłok w metrze, szczególnie na stacji Termini. Zdziwiło nas, że nikt nie przepuszcza wychodzących z wagonu, tylko od razu następuje zmasowany, dość brutalny atak na wejście. Jakoś to przeżyliśmy, ale po wyjściu z metra okazało się, że ktoś w międzyczasie przeszukał Januszowi plecak. Na szczęście wiedzieliśmy, że to standard i nic wartościowego nie zginęło. Później jeszcze kilkakrotnie widzieliśmy, raczej bezczelne, działania złodziei, włącznie z próbą zerwania swetra z przebierającego się po maratonie zawodnika. 

Ponieważ na zwiedzanie miasta mieliśmy cztery i pół dnia, od razu przystąpiliśmy do systematycznego oglądania zabytków, których jest tu naprawdę dużo. Muzea Watykanu, Bazyliki św. Piotra i św. Pawła, wspaniałe place: Navona, del Popolo i di Spagna, Fontanna di Trevi no i oczywiście nieprawdopodobne zabytki z czasów cesarstwa rzymskiego: Colloseum i Łuk Konstantyna, Forum Romanum, termy Dioklecjana i Caracali, Panteon. To oczywiście obowiązkowy zestaw, pomimo że już tu kiedyś byliśmy. Wszystko zbudowane z niesamowitym przepychem i rozmachem.

I w przytłaczającej skali.

Nie umiem sobie wyobrazić, co musieli czuć barbarzyńcy prowadzeni w pochodach triumfalnych wchodząc w mury Wiecznego Miasta.

Do tego specyficzna atmosfera starej zabudowy centrum z tysiącami eleganckich sklepów, restauracji i restauracyjek, gdzie można zjeść wykwintne dania, ale nikt się nie obrazi jeśli posiedzi się przy małej espresso za 4 Euro.

Zwiedzanie zajmuje nam po prostu cały dzień, tak, że wracamy wieczorem na ostatnich nogach. Wiemy, czym to się skończy, ale nie możemy sobie odmówić tej przyjemności.

W piątek, aby uniknąć tłoku pojechaliśmy do Palacco della Sport odebrać zestawy startowe. Oczywiście zaraz spotkaliśmy kilkanaście osób z Polski, między innymi Paulę z Michałem, Bartka, Agnieszkę i niestrudzoną Kaśkę. Ku naszemu zaskoczeniu pakiety startowe bardzo bogate: oprócz numeru z chipem jest ładna koszulka techniczna, bardzo przyzwoity mały plecak i torba na zakupy od NewBalance’a. Targi i expo bardzo rozległe i trafiają się dość okazyjne ceny, jest też kilka nieznanych w Polsce marek. 

Zapisanych jest w sumie ponad 19 000 zawodników z tym, że równolegle odbywa się bieg na 5 km i jakiś mały dystans dla najmłodszych.

W sobotę nieco odpuszczamy spacery i wracamy do hotelu o przyzwoitej porze. W międzyczasie w hotelu cały czas trwają targi o wcześniejsze śniadanie w niedzielę. Dopiero w sobotę, gdy do hotelu zjechała większa grupa maratończyków z Włoch, udało się przeforsować śniadanie na 6:45.

W niedzielę pobudka o 6. Szykujemy się i o ustalonej godzinie meldujemy ma śniadaniu. Okazuje się, że jest nas kilkanaście osób z różnych krajów. Około 7:30 wychodzimy z hotelu. Do miejsca startu na Via del Fori Imperiali u stóp Colloseum mamy kwadrans spokojnego marszu.

Niestety pogoda zaczyna się psuć, nadciągnęły ciemne chmury. Gdy docieramy na miejsce zaczyna siąpić deszcz. Na szczęście ktoś podaje mi worek foliowy, co znacznie podnosi komfort oczekiwania na start.

Depozyty zorganizowano w ciężarówkach z przebieraniem na wolnym powietrzu. Niestety przyjmują tylko plecaczki New Balance’a z pakietu startowego, nie widziałem, aby ktoś oddawał większy bagaż.

Pół godziny przed startem wchodzimy do stref startowych wg deklarowanego czasu biegu. Organizatorzy skrupulatnie sprawdzają numery startowe. Stąd już nie ma powrotu, stoimy upchani jak śledzie w beczce w dość wąskiej strefie, widzę, że niektórzy zawodnicy załatwiają swoje potrzeby w tłumie, bo nie mogą się już wydostać do toalet.

Zaczyna padać rzęsisty deszcz, część osób już pozbyła się dresów i foli, więc trzęsą się mokrzy na zimnym wietrze. Tuż przed startem wychodzi na chwilę słońce, co zostaje powitane gromką owacją.

O godzinie 8:50 następuje długo oczekiwany start. Jak zwykle najpierw idziemy wolnym krokiem, linię startu przekraczamy ze stratą 1:28 minuty. Zaczynamy wolny bieg. Trasa jest kręta, miejscami zwęża się nieprzyjemnie a na dodatek na jezdni są kałuże, co zmusza do wykonywania karkołomnych ewolucji w tłoku. Większość trasy jest brukowana i ma nierówną nawierzchnię, co nieco utrudnia bieg. Na gładkiej kostce jest ślisko.

Polecamy również:


Podziel się: