Jaszczur – opowieść o tułaczce po poleskich bagnach

Jaszczur – opowieść o tułaczce po poleskich bagnach



Zakończona wczoraj trzydniowa impreza o nazwie „Jaszczur – Kresowe Bagna” dla przeciętnego biegacza ulicznego pewnie nie jest znana. Także jej zasady mogą wydać się tajemnicze dlatego zanim przejdę do relacji z „wyścigu” jeszcze kilka zdań ogólnego wprowadzenia w temat – pisze Paweł Pakuła, uczestnik imprezy w Woli Wereszczyńskiej k.Lublina

„Jaszczury” – czym są?

Oprócz bardzo popularnych biegów ulicznych na różnych dystansach mamy na przykład biegi górskie, biegi na stadionie, biegi po schodach, biegi przeszkodowe i biegi na orientację. Wśród tej ostatniej grupy, oprócz klasycznych, dosyć krótkich z punktu widzenia maratończyka biegów z kompasem są też piesze maratony na orientację. Ich dystans to najczęściej 50 lub 100 km. Zabawa polega na odnalezieniu kilkunastu – dwudziestu kilku punktów kontrolnych (PK) rozmieszczonych przez budowniczego trasy w terenie a następnie jak najszybszym powrocie do bazy.

Posługujemy się mapą dostarczoną przez organizatora i kompasem. Droga dojścia do punktów a czasem i kolejność pozostaje w gestii inwencji zawodnika. Limit czasu w przypadku setki wynosi zwykle dobę a zatem pozwala na ukończenie zawodów również piechurom. Oczywiście aby takie zawody wygrać, z reguły w czasie o około połowę krótszym niż wynosi limit, trzeba cały dystans przebiec. Najlepsi zawodnicy w tej dyscyplinie charakteryzują się wytrzymałością biegową ultrasa oraz świetnym opanowaniem mapy i kompasu, także w warunkach nocnych.

Piesze maratony na orientację są w Polsce niszowe; największe z nich: górski Kierat czy pomorski Harpagan to zawody z wieloletnią tradycją, które gromadzą po kilkuset uczestników. Dlaczego tak mało? Przypuszczam, że ludzie boją się błądzenia po nieznanym terenie, po lesie, zwłaszcza nocą i samotnie. Potrafią się wtedy przypomnieć wszystkie, oglądane za życia horrory a każdy trzask gałązki grozi uzyskaniem trwałej fryzury przypominającej noszoną przez detektywa Rutkowskiego. Dla początkujących pierwsze takie zawody, wielokrotne gubienie się a potem odnajdywanie może być rzeczywiście zniechęcające. Satysfakcja przychodzi zwykle dopiero po iluś startach, po zebraniu odpowiedniego doświadczenia. A to wymaga cierpliwości. Być może dystans pieszych maratonów też odstrasza choć przecież limit jest tak łagodny, że wcale nie trzeba biec.

W światku pieszych maratonów na orientację mieszczą się jeszcze bardziej niszowe „Jaszczury”. Stanowią zatem jakby niszę w niszy gromadząc – jak w przypadku omawianej poniżej imprezy – 85 uczestników.

Dla mnie piesze maratony na 50 czy 100 km nie są nowością gdyż uczestniczyłem w nich wielokrotnie a niektóre nawet wygrywałem. Tym razem po raz pierwszy wybrałem się na „Jaszczura”. Wiedziałem, że jest to maraton na orientację trochę nietypowy bo rozgrywany czterokrotnie w ciągu roku, w różnych zakątkach Polski. Spodziewałem się trudniejszej nawigacji i nastawiłem przede wszystkim na dokładne odnajdywanie punktów kontrolnych. Nie wczytywałem się jednak w relacje z poprzednich imprez i przez to pewne rzeczy jednak mnie zaskoczyły. Jak wyglądało pierwsze spotkanie z „Jaszczurem”? O tym poniżej.

Przebieg zmagań

„Jaszczur - Kresowe Bagna” to pieszy maraton na orientację rozgrywany tym razem na Polesiu Lubelskim, na terenie i w pobliżu Poleskiego Parku Narodowego. Baza zawodów to malutka, wiejska szkółka w Woli Wereszczyńskiej. Rywalizować można było w czterech podstawowych kategoriach: piesza 13 km, piesza 25 km, piesza 50 km, oraz niepiesza 50 km. Pod tajemniczą ostatnią nazwą kryła się możliwość pokonania trasy na rowerze lub... konno. Nikt z koniem nie zdecydował się przyjechać więc forma niepiesza oznaczała po prostu rowerzystów.

Sam, jako biegacz czujący się najlepiej na dystansie najdłuższym wybrałem trasę pieszą 50 km. Limit czasu wynosił 14 godzin. Start interwałowy w 4-minutowych odstępach, od 7 rano w sobotę. Jadąc na zawody byłem spokojny, że w limicie się zmieszczę. Skoro 100 km na orientację robiłem w 12-16 godzin to tu powinienem się wyrobić w 6-8 godzin. Będzie fajne, długie wybieganie niedaleko od rodzinnych stron. Oczywiście zabrałem i latarkę i apteczkę bo były na liście niezbędnego wyposażenia ale w wersji zminiaturyzowanej. Czołówka to najmniejsza możliwa latarka ratunkowa PETZL E+Lite. Jest czerwiec, skoro wystartuję rano to przecież zaraz po południu będę w bazie. Około 14-tej, 16-tej. Do zmroku zostanie mnóstwo godzin.

O 6:30 rano, podczas odprawy zaczęły mi się trochę otwierać oczy, na co się zapisałem. Najpierw punkty kontrolne. Było ich nie kilkanaście a 41. Dużo. Na pewno pochłoną dodatkowy czas. Mapa w skali 1:25:000, z wycinkami zawierającymi okolice niektórych punktów w powiększeniu, albo w postaci zdjęcia lotniczego albo obrazujących tylko wysokość lub różnice wysokości.

Spojrzałem na opisy punktów a tam zamiast klasycznych opisów gdzie lampionu szukać (np. początek wąwozu, kapliczka na skrzyżowaniu dróg, samotne drzewo itp.) jakieś zagadki i zadania do wykonania. PK 16 – „numer rejestracyjny”, PK 24 - „co robi mewa śmieszka a nie robią rybitwy”, PK 26 – „Ilość Jezusów”. To przykładowe.

„No to pięknie się wpakowałem” – zdałem sobie sprawę. Kilku kolegów na wieść, że będę sam robił trasę wyraziło współczucie i poradziło przyłączyć się do jakiejś drużyny. Będzie łatwiej. Jednak nie skorzystałem. Wolę sobie zawdzięczać sukcesy a w przypadku porażek – siebie tylko ganić.

Nietypowym jak na zawody obrazem z linii startu było to, że nikt się nie śpieszył. Robiąc zdjęcia startujących ze zdumieniem obserwowałem jak ludzie spokojnie, bez pośpiechu brali mapę, planowali kolejność zaliczania poszczególnych punktów gdyż była ona dowolna, ustalali jakie dwa PK pominą (regulamin dopuszczał pominięcie dwóch punktów z mapy), brali jeszcze drożdżówkę na drogę i spokojnie wychodzili z bazy. Startujący byli przynajmniej w części bywalcami klasycznych imprez biegowych o czym świadczyły koszulki z maratonów ulicznych czy wyścigów przeszkodowych ale tu mało kto biegał.

W końcu o 8 rano do wyścigu stanąłem i ja. Mapa składająca się z dwóch kart była niezbyt skomplikowana. Punkty układały się naturalnie w jedną dużą pętlę więc kolejność ich podbijania narzucała się sama. Można było ją co najwyżej robić w jedna lub drugą stronę. Po kilkunastu minutach planowania wyruszyłem w teren.

Pierwszy punkt PK 12 – około 2 km za bazą. Wydawał się prosty lecz dla mnie taki nie był. Według mapy stał on na skrzyżowaniu rowu melioracyjnego i drogi. Sęk w tym, że tego rowu w ogóle nie było. Był inny ale położony inaczej, niż ten na mapie. Znalazłem w pobliżu dwa lampiony lecz wydały mi się punktami stowarzyszonymi czyli fałszywymi lampionami ustawionymi dla zmyłki, za które jest mniej punktów. Przez około 20 minut czesałem uparcie trzciny, pokrzywy i krzaki w pobliżu rowu. Jako, że był wczesny ranek i lekko mżyło to już po kilku minutach byłem od pasa w dół cały mokry. W końcu nie będąc pewnym postanowiłem ten punkt odpuścić i nie podbijać wcale. Poleciałem dalej.

Kolejny punkt podbiłem już bez problemów ale był to mój pierwszy znaleziony PK z 41. Minęło 55 minut od startu. Jeśli w takim tempie będę zaliczał punkty, jeden na blisko godzinę to kiedy dotrę do bazy? „O rany, chyba źle zrobiłem nie biorąc porządnej latarki” – pomyślałem.

Na szczęście dalej aż tak tragicznie nie było choć problemy miałem co rusz Nie zamierzam tu zanudzać czytelnika skrupulatnym opisaniem jak dotarłem do wszystkich kolejnych PK, wybiorę tylko kilka ciekawszych przypadków aby lepiej zobrazować „jaszczurowe klimaty”.

PK 13 – dobiegam w ustalone miejsce i zatrzymuję w szczerym lesie. Zaglądam do opisu a tam: „Wartość aphelium”. Pojawia mi się wtedy nad głową chmurka a w niej wielki znak zapytania. „Czym jest owo aphelium i skąd ja mam to wiedzieć stojąc w środku lasu!?” – myślę. Bez głębszego zastanowienia zrobiłem to, co zwykle robi człowiek XXI wieku w takich sytuacjach. Wyjąłem komórkę i zacząłem „googlać”. Aphelium – jakiś termin astronomiczny, ale wciąż dosyć niejasny. Może po 5 minutach zorientowałem się, że stoję niedaleko tabliczki będącej częścią jakiejś ścieżki edukacyjnej. I na niej jest wszystko napisane. Wystarczyło z tej tabliczki spisać podaną tam wartość aphelium.

PK 14 – jestem w ustalonym miejscu, na grobli okalającej duży zbiornik wodny i zabieram się za wykonanie zadania. A brzmi ono: „Odległość i azymut do plaży”. Pięknie, tylko ja tu widzę, że wszędzie dookoła są trzciny. Żadnej plaży. Traf chce, że dochodzą wtedy do mnie dwaj inni uczestnicy, niepozorni starsi Panowie, przyszli zwycięzcy. Na pytanie o jaką plażę może chodzić skoro tu wszędzie trzcinowisko panowie wskazują pobliski wąski przesmyk pomiędzy trzcinami. Mam trochę wątpliwości czy nawet przy największej ilości dobrej woli można to nazwać plażą gdyż przesmyk w trzcinach ma nie więcej niż metr szerokości, stoi w nim wędkarska łódka a poletko piasku przy wodzie ma może powierzchnię metr na metr. „My znamy tego organizatora, on lubi takie żarciki, i to pewnie dla niego jest właśnie plaża” – rozwiewa moje wątpliwości jeden z Panów. OK, to pewnie tak jest. Ja innej plaży w każdym razie nie widzę. Mierzę azymut, odległość, zapisuję i przyzwyczajony do tego, że na zawodach trzeba szybko, szybko, lecę pośpiesznie dalej. Dopiero na mecie okaże się, że popełniłem tu błąd: plaża była gdzieś, po przeciwnej stronie zbiornika. Panowie podpowiadali mi w dobrej wierze ale mieli to szczęście, że zaraz dobiegł do nich inny zawodnik, który uświadomił, że widział prawdziwą plażę. Niestety, mnie już wtedy nie było, pobiegłem z błędnym zapisem.


Polecamy również:


Podziel się: