"Jeśli chcę, mogę wiele zdziałać". Mateusz Janiszewski - pierwszy Polak, który skompletował "Majorsy" w jeden sezon!


Opublikowane w pt., 07/06/2019 - 07:04

Mateusz Janiszewski zaczął biegać, żeby pozbyć się zbędnych kilomegamów. Dziś jest jednym z niewielu osób na świecie i jedynym Polakiem, który w ciągu roku kalendarzowego skompletowali sześć maratonów zaliczanych do elitarnego cyklu Abott Wold Marathon Majors! A to nie jedyne sukcesy biegacza, który mieszka obecnie w Irlandii.

Zanim przejdę do sedna, czyli skompletowania „Majorsa” w ciągu roku kalendarzowego, chciałbym zapytać o początki biegania...

Mateusz Janiszewski: Wszystko zaczęło się stosunkowo niedawno, bo zaledwie pięć lat temu, w 2014 roku. To właśnie wtedy poznałem trenera Mariusza Olejniczaka, utytułowanego triathlonistę i najlepszego Polaka MŚ Ironman Kona 2018. Jakiś rok - dwa wcześniej, truchtałem po pobliskim parku, ale wyłącznie tylko po to, by zgubić nadprogramowe kilogramy. Uzbierało się ich sporo, bo w pewnym momencie ważyłem około 110 kg. Stwierdziłem, że tak dalej być nie może i najwyższa pora zmienić styl życia.

Dlaczego bieganie?

Bieganie od początku sprawiało mi frajdę. Trener Olejniczak, widząc moją systematyczność, zaproponował, bym sprawdził się w jakiś zawodach. Po to, aby to moje bieganie nie stało się monotonne. Tak wziąłem udział w moich pierwszych zawodach na 5 km. Niemal od pierwszych kroków pokochałem te emocje, buzujące endorfiny, doping kibiców i niesamowite uczucie radości w momencie przekraczania linii mety. Później ruszyła lawina zawodów na 5 i 10 km, potem pierwszy Wings for Life World Run, na którym uciekałem przed goniącym autem przez ponad 31 km.

Kiedy przyszedł czas na pierwszy maraton?

To było jesienią 2015 roku w Dublinie. Ukończyłem go z czasem 3:24:48. Od tego momentu, w ciągu 3,5 roku dzięki regularnym treningom, startom w wielu półmaratonach oraz maratonach, udało mi się zejść do obecnego rekordu 2:47:44, nabieganiego podczas kwietniowego maratonu w Pyongjang. Na tym wyniku nie zamierzam poprzestać.

Pochodzi Pan ze Świdnicy, ale mieszka w Irlandii. Czy widzi Pan jakieś różnice w treningu preferowanym tam, a w Polsce?

Zgadza się, od niemal 15 lat z krótkimi przerwami mieszkam w Irlandii i już będąc tutaj zaczęłem biegać, dlatego ciężko mi wskazać różnice. Na pewno w Irlandii, ze względu na klimat, są dużo lepsze warunki do treningu. Można ćwiczyć na zewnątrz przez okrągły rok. Zimą w dzień raczej nie ma ujemnych temperatur oraz śniegu, a w lato upały są rzadkością. Jedyne co, to trzeba polubić wiatr i deszcz (śmiech) Powietrze jest tutaj czyste, nie ma problemu ze smogiem. Często jak jestem w Polsce, to także codziennie biegam. Przyzam, że pod względem jakości oddychania podczas biegu czuję ogromną różnicę.

Jak wygląda Pana trening?

Trenuję 6-7 dni w tygodniu i jest to trening bardzo zróżnicowany; od luźnego biegu po trawie, poprzez interwały, biegi tempem narastającym, podbiegi, aż do dłuższych wybiegań 20-30 km. Staram się, aby nie było nudno, bo to powoduje, że w pewnym momencie odechciewa się biegania. Zazwyczaj biegam sam, a w okresach przygotowawczych do ważniejszych startów, biegam z planami treningowymi i pod nadzorem Mariusza, który prowadzi w Irlandii swój klub fitness.

Skąd wziął się pomysł na pokonanie „Majorsa” w ciągu jednego roku? A nawet mniej, bo sześć największych maratonów zaliczył Pan od lutego w listopada. Zwykle na medal finishera potrzeba kilku lat.

Wszystko zaczęło się w 2016 roku, gdy przypadkowo w internecie natrafiłem na artykuł o tej wielkiej szóstce maratonów. Zainteresowało mnie to i postanowiłem sprawdzić, czy kiedykolwiek Polak ukończył całe to wyzwanie w ciągu jednego roku. Wtedy, gdy jeszcze była stara wersja serwisu World Marathon Majors i wszystkie dane były publiczne, było to możliwe. Po przewertowaniu finisherów odkryłem, że jeszcze żaden rodak, a zaledwie 30 osób na świecie zrobiło to w tak krótkim czasie. To był ten bodziec.

Przybywa polskich finiszerów Abott World Marathon Majors

I już?

Można tak powiedzieć. Byłem w trakcie przygotowań do maratonu w Sevilli i postanowiłem, że jeżeli uda mi się ukończyć go w czasie kwalifikującym mnie do trzech z sześciu tych maratonów - Boston, Chicago, New York - czyli poniżej 2:55:00, to w 2018 podejmę się tego wyzwania. Wierzyłem, że z dostaniem się na pozostałą trójkę - Tokyo, London, Berlin - jakoś sobie poradzę.

Odbywający się w lutym 2017 r. Sevilla Marathon ukończyłem z czasem 2:54:49 i od tego momentu rozpocząłem żmudne przygotowania logistyczne całego tego przedsięwzięcia.

Co było najtrudniejsze w realizacji tego projektu?

Niewątpliwie największym wyzwaniem było utrzymać siebie w jak najlepszej kondycji fizycznej oraz uniknięcie kontuzji. Grafik szóstki największych maratonów jest bardzo napięty, z sesją 3 wiosennych i 3 jesiennych startów. Między Tokyo a Bostonem miałem rozsądny czas 7 tygodni na regenerację i powrót do formy, jednakże już przed Londynem to było jedynie 6 dni. Do tego dochodziła zmiana stref czasowych, długie loty i pogoda. W Bostonie były 2 stopnie Celsjusza i nieustający deszcz ze śniegiem. Kilka dni później był Londyn i najgorętszy maraton w ostatnich trzech dekadach. Ponadto po moim najszybszym maratonie w Berlinie pojawił się problem przeciążenia ścięgna Achillesa, co mimo świetnej dyspozycji wydolnościowej nie pozwoliło mi ukończyć maratonu w Chicago w podobnym czasie co w Berlinie.

A co z logistyką?

Oczywiście zadanie nie należało do najłatwiejszych. Na Boston, Chicago i Nowy York miejsca miałem zapewnione dzięki limitom czasowym, ale musiałem powalczyć o miejsca w pozostałych trzech maratonach. Po pechu we wszystkich loteriach, do Tokyo poleciałem z tour operatorem Sports Travel International. Do Londynu zakwalifikowałem się dzięki osobom, które wsparły mój projekt charytatywny - zbiórki na Temple Street Hospital w Dublinie. Do Berlina dostałem się dzięki głównemu sponsorowi tego maratonu, firmie BMW Group Sports. To oni, po usłyszeniu mojej historii, zapewnili mi udział w biegu bez żadnych kosztów, za co im serdecznie dziękuję.

Na koniec zostaje cała otoczka większości pobytów; organizacja lotów; miejsc noclegowych; zwiedzania. Bo każdy pobyt postanowiłem wykorzystać także na odkrywanie turystycznych atrakcji danego miejsca. Organizacja czasu wolnego od pracy, gdyż bieganie to tylko moja pasja, a pracuję zawodowo jeżdżąc taksówką, było ogromnym i złożonym wyzwaniem. 

Który z maratonów będzie Pan najdłużej wspominał z serii? I dlaczego?

Często słyszę to pytanie, ale ciężko jest mi na nie jednoznacznie odpowiedzieć. Każdy z tych maratonów jest inny, każdy ma coś w sobie niepowtarzalnego, fascynującego; organizacja każdego z nich jest na najwyższym poziomie i nie bez powodu wszystkie znalazły się w cyklu Abott World Marathon Majors.

Tokio to całkiem inny świat. Wszystko działa jak w szwajcarskim zegarku, na trasie nikt nie wyrzuca na ziemię pustego opakowania np. po żelu czy kubeczka po wodzie. Wszystkie śmieci trafiają do worków wszechobecnych wolontariuszy.

W Bostonie odbywa się najstarszy corocznie organizowany maraton na świecie. Sam start tam to niesamowity prestiż i czuje się niesamowitą dumę z możliwości udziału w nim.

W Londynie każdy z 42 195 metrów trasy obstawiony jest przez tłum kibiców, którzy są mega wsparciem i to dzięki nim biegnie się z uśmiechem na ustach.

Berlin to świetna, szybka trasa, biegnąca przez piękne części miasta, no i ten niesamowity moment przebiegania przez Bramę Brandenburską na ostatnich metrach, przed linią mety.

W Chicago spotkamy wielu rodaków kibicujących z flagami i wykrzykujących twoje imię.

Najlepszy czas uzyskał Pan w Berlinie - 2:50:22). Myślałem więc, że to stolica Niemiec była tym wyjątkowym biegiem...

Chyba raczej Nowy Jork zostanie mi najgłębiej w pamięci, gdyż właśnie tam, na mecie zostałem uhonorowany słynnym medalem Six Stars Finisher. Sam maraton ma niesamowitą trasę przebiegającą przez pięć dzielnic i pięć mostów. Central Park to oaza spokoju w tej wielkiej metropolii, gdzie zlokalizowana jest meta. Ponadto jedynie w Nowym Yorku, w piątek wieczorem, czyli dwa dni przed maratonem, odbywa się parada narodów, podczas której wybrani delegaci z każdego kraju maszerują przez Central Park ubrani w barwy narodowe. Parada kończy sie niesamowitym pokazem fajerwerków. Ja miałem zaszczyt być jednym z reprezentantów Polski!

Czy medal finiszera AWMM ma swoje honorowe miejsce w Pana domu?

Każdy medal jest dla mnie ważny, gdyż jest odzwierciedleniem ciężkiej pracy włożonej w jego zdobycie. Oczywiście, że medale z tej wielkiej szóstki oraz najważniejszy medal finishera całej serii, wraz z dyplomem, mają osobne miejsce na ścianie. Spoglądając na nie, oprócz satysfakcji, czuję jeszcze wiekszą motywację do działania, do dalszego biegania, do nowych wyzwań. Krążki te obrazują, że mogę wiele zdziałać jeśli chcę i będę usilnie dążyć do założonego celu, nawet pomimo przejściowych niepowodzeń.

“Majors”.... i co dalej?

Z większych startów na ten rok mam jedynie zaplanowany ponowny udział w maratonie berlińskim. Chciałbym urwać kolejne minut z życiówki i ukończyc bieg w przedziale 2:40:00 - 2:45:00. A potem zobaczymy. Łączę bieganie z podróżowaniem także raczej chciałbym spróbować swoich sił biegając w różych miejscach, gdzie jeszcze nie byłem. Chodzi mi po głowie pięcioetapowy ultramaraton 220 km w Kambodży, marathon w zatoce Halong Bay w Wietnamie oraz na jeziorze Bajkał.

Ponadto jak co roku będę planował Wings for Life World Run, znowu w innym miejscu. Dotychczas była to Irlandia 2015 – 31 km , USA 2016 – 40 km, Wielka Brytania 2017 – 48 km, Gruzja 2018 – 32 km i Niemcy 2019 – 42 km. Ale to już plany na kolejne lata i ich realizacja będzie zależała od funduszy, zdrowia i czasu wolnego.

Na przełomie sierpnia i września wezmę udział w dwutygodniowym obozie przygotowawczym w mecce biegaczy Iten w Kenii. Mam nadzieję, że tam zdobędę nowe doświadczenia, podpatrzę jak trenują profesjonaliści, nauczę się nowych metod treningowych, co zaprocentuje w przyszłości lepszymi wynikami w zawodach.

A Może World Maraton Challenge? Jeszcze żaden Polak nie ukończył tego wyzwania. Pierwszym chce być w przyszłym roku Miłosz Pasiecznik...

"Najwyżej... wezmę kredyt. Marzenia są warte wielkiej ceny!" Miłosz Pasiecznik, pierwszy Polak w 7/7/7 World Marathon Challenge

Chętnie bym się podjął wyzwania ukończenia tych 7 maratonów, rozgrywanych na 7 kontynentach w 7 dni, jednak ze względu na koszt - 39 tys. Euro – jest to raczej mało prawdopodobne. Przynajmniej w najbliższym czasie. No chyba, że znalazłby się sponsor, wtedy mogę zacząć przygotowania. Choćby zaraz! (śmiech)

Brał Pan udział w HMŚ Masters w Toruniu w biegu na 10 km. Kiedy kolejne starty w Polsce?

MŚ w Toruniu były świetnym doświadczeniem. Fajnie było reprezentować Polskę w wydarzeniu tej rangi, biegnąc 10 km z nienajgorszym czasie 35:43. Był to ostatni mocniejszy bieg w ramach treningu przed wylotem na maraton w Korei Północnej, który odbywał się tydzień poźniej.

W Polsce startuję dosyć często. Mam za sobą maratony w Gdańsku (2016) i Poznaniu (2016), gdzie po raz pierwszy udało mi się złamać magiczną wtedy dla mnie barierę 3 godzin, oraz we Wrocławiu (2017).

Niedługo, bo 15 czerwca startuję w 7. PKO Nocnym Wrocław Półmaratonie. W ubiegłorocznej edycji miałem przyjemność być pacemakerem na czas 1:30. Ponadto jesienią przyjadę do mojego rodzinnego miasta Świdnicy, aby pobiec w 5. RST Półmaratonie Świdnickim, do wzięcia udziału w którym wszystkich serdecznie zapraszam, gdyż trasa jest bardzo fajna, ze startem na pięknym świdnickim rynku i metą na nowym stadionie.

Czego Panu życzyć na kolejne lata biegowej przygody?

Chyba najważniejszego, czyli zdrowia i braku kontuzji. Oraz żeby ta pasja nigdy się nie znudziła. Przyda się także trzymanie kciuków za znalezienie partnera technicznego, gdyż odciążyło by mnie to przynajmniej w kwestii sprzętu.

Powodzenia!

Mateusz Janiszewski w Abott World Marathon Majors 2018:

  • Tokio - 2:53:44
  • Boston – 3:00:00
  • Londyn – 3:20:30
  • Berlin - 2:50:22
  • Chicago - 2:57:54
  • Nowy Jork - 3:02:00

Rozmawiał Robert Zakrzewski


Polecamy również:


Podziel się: