Jestem Królem GUR! Garmin Ultra Race, wersja Challenge-158, wykonanie nasze


Garmin Ultra Race to impreza młoda, pierwsza odbyła się nad zalewem w Radkowie w 2016 roku. Przez 2 lata zawodnicy ścigali się na trasach długości 9, 24 i 53 km. W tym roku organizatorzy ulegli modzie i dołożyli dystans jeszcze dłuższy, 81-kilometrowy. A chwilę później wpadli na genialny pomysł…

Skoro impreza, z powodu narzuconych przez Park Narodowy Gór Stołowych limitów liczby uczestników, musi być rozłożona na 3 dni – wymyślili Challenge: przebiegnięcie 3 dystansów (81, 53 i 24 km) i dla takich śmiałków klasyfikację łączną.

Nigdy jeszcze nie biegałem takiej etapówki i tylu (158) kilometrów niemalże na raz. Mój najdłuższy dystans to setka na CCC, a etapowo – zimowa Triada w Krościenku, ledwie 61 km w trzech biegach. Zapaliłem się, postanowiłem spróbować, ale… mam dużo zdrowego rozsądku i tenże szybko wybił mi z głowy głupi pomysł. Odpuściłem.

Niestety, organizatorzy znaleźli sposób i na mój rozsądek. Wymyślili dodatkowy wabik. Kamień. Nazwiska finiszerów Challenge’u postanowili wyryć na 6,5-tonowej skale z piaskowca, zainstalowanej nad zalewem w Radkowie. Rozszalało się wrodzone „parcie na szkło” i wpadłem jak śliwka w kompot. A poważnie… pomyślałem, że czadersko być uwiecznionym dla potomnych, a raz w życiu można w końcu zrobić coś wariackiego i przy okazji sprawdzić swoje możliwości.

Rozpuściłem więc tu i ówdzie wiadomość, że biegam Challenge, żeby nie móc się już wycofać i zacząłem krótkie przygotowania. Trenejro Łukasz Kurek zadysponował naukę biegania na zmęczeniu: kilka weekendów po 30-50 km w sobotę i 25-30 km w niedzielę. Sprawdziło się idealnie, nie przeszkodziły nawet tygodniowa angina i przerwa w bieganiu (antybiotyk), ani ostre zasuwanie przy organizacji Festiwalu Biegowego. W 3 dni wyspać się po Krynicy nie zdążyłem, odpocząć też, ale nogi dały radę. Lepiej niż myślałem.

W czwartek po południu byliśmy w Radkowie. Spacer nad zalewem, kawa i ciacha ze znajomymi (jeden z kolegów dopiero wtedy przyznał się, że też biegnie Challenge, wcześniej – do tej pory nie wiem dlaczego – milczał jak zaklęty), pakiety startowe i do łóżka.

Piątkowe 81 km miało być kluczowe. Pobiec tak, by w miarę szybko skończyć, ale nie zajechać się przed sobotnią „53”. Ta dla odmiany wydawała mi się etapem najtrudniejszym, bałem się trochę o ponad pół setki na dużym zmęczeniu.

Start w piątek o 6 rano, jeszcze ciemno. Obudził mnie… deszcz. I to solidny. Cholera! Na szczęście potem zelżał, padał, ale nie był uciążliwy, a mokrych skał się nie bałem, bo na nich moje hoka speedgoaty czują się jak ryba w wodzie. Na 81 km przeznaczyłem 12 godzin. Choć nie spieszyłem się zbytnio i starałem nie eksploatować, do półmetka biegłem na 10:30. Druga część była jednak trochę trudniejsza (podejście na Błędne Skały), znacznie bardziej upierdliwa (piękny, ale paskudny do biegania labirynt między skalnymi blokami), no i nie miałem ciśnienia. 11:48 na mecie przyjąłem więc z zadowoleniem. W stawce ogólnej biegu, miejsce w samym środeczku - 56/118, w Challenge’u trochę lepiej, 14/36.

Wieczorem pora na coś równie ważnego jak bieg: akcja „Regeneracja”. Odpocząć tak, by nie cierpieć na sobotnich 53 km. Szybki telefon do eksperta: Rafał Bielawa jak zwykle stanął na wysokości zadania. Któż w te klocki jest lepszy niż gość, który w 4,5 doby, śpiąc po 2-3 godziny, przebiegł 500 km Głównym Szlakiem Beskidzkim? „15-20 minut krio dla mięśni nóg w jeziorze, krótki spacer, bcaa, dobry preparat recovery i dopiero wtedy do łóżka, ze stopami powyżej tułowia” – zarządził Rafał.

Rada okazała się genialna. Rano na schodach stwierdziłem ze zdziwieniem, że nic mnie nie boli! Gdy więc o 8, tym razem w ładnej, słonecznej pogodzie, ruszyliśmy na trasę 53 km, nie miałem żadnych problemów z bieganiem. Podchodziłem swobodnie, na płaskim nogi kręciły się jak trzeba, a na zbiegach… mijałem ludzi tabunami. Szybko zacząłem ścigać się z kolegami opatrzonymi żółtymi numerami (czy jak ktoś „normalny” na trasie podsumował – „żółtymi papierami”) i choć na kamienistym zbiegu z Błędnych Skał boleśnie i dość głęboko rozwaliłem kolano (moja klasyka gatunku), a na finałowym asfalcie napadł nas miliard muszek wdzierających się do ust i oczu i oblepiających całe ciało, na mecie byłem w górnej połowie całej stawki (195/410), zaś wśród „challengerów” zająłem szóste miejsce, w czasie znacznie poniżej założonych 8 godzin (7:21).

Przez cały bieg czułem się rewelacyjnie, a mocy dodawała mi Żona. Jagódka dojechała do nas w piątek wieczorem, cudownie się mną zaopiekowała po „osiemdziesiątce”, a gdy jeszcze zobaczyłem ją i nasze super dziewczyny drące się wniebogłosy na belach siana przed Pasterką (16 km do mety) moje szczęście nie miało granic!

Na mecie – powtórka z „bielawowej” rozrywki: półgodzinne krio w zalewie, krótki spacerek i jedzenie. Tylko chemii już nie brałem, bo przed niedzielnym biegiem na 24 km nie wydawała mi się konieczna. Krótki dystans miał być najłatwiejszy, zlecieć jak z bicza strzelił.

Okazał się najtrudniejszy, zwłaszcza, że Jagódka, z którą chciałem w niedzielę pobiec wspólnie w tempie towarzyskim (miała 3 miesiące przerwy z powodu kontuzji stopy) kazała mi walczyć o dobry wynik i przynajmniej pilnować 10 miejsca, które zajmowałem po dwóch etapach. Zresztą, widok żółtych numerów i tak robił swoje.

Pierwsza połowa dystansu była trudna: nogi, jakby nienaoliwione, tym razem kręciły się z trudem, ciężko biegło mi się po płaskim, nawet na zbiegach jakoś nie miałem energii. Napotykani „żółci” koledzy czuli się jednak jeszcze gorzej (tak przynajmniej mówili), powoli więc siły wracały i druga część biegu była znacznie lepsza, a długi zbieg z Pasterki i czeski asfalt do Radkowa to już było ostre ściganie i cudowne dla duszy wyprzedzanie zmęczonych biegaczy.

Jeszcze tylko mobilizujący wrzask grupy „nessiarzy” kilometr przed metą (Beata Damm, dziękuję! potraficie super kibicować!) i mega radocha na mecie! Biegowe wyzwanie życia (dotychczasowego) – zrobione. Jestem Królem GUR! (świetne hasło promocyjne garminowej imprezy w Radkowie). Czas 2:51, znów lepszy od mojego limitu 3h, siódmy na mecie wśród „żółtych” i nawet w jednej trzeciej całej stawki uczestników (159/482).

Na początku popołudniowej dekoracji, organizatorzy wywołali przed podium wszystkich 26 chłopaków, którzy ukończyli Challenge (wystartowało 36 osób, więc 10 – w tym 3 dziewczyny – zrezygnowało w trakcie). Z łącznym czasem 22:01 zająłem 10 miejsce. Frajda ogromna!

Teraz czekam na wisienkę na torcie, coś, co sprawiło, że podjąłem biegowe wyzwanie: tabliczkę z moim nazwiskiem wyrytym na piaskowcu nad zalewem w Radkowie. To dopiero będzie czad!

Challenge-158 „Garmin Ultra Race” wygrał w czasie równych 18 godzin Michał Drozd, nieco ponad kwadrans (16,5 minuty) przed Michałem Dybolem i ponad pół godziny (37 minut) przed Tomaszem Markowskim.

Piotr Falkowski


W poszczególnych biegach najlepsi byli:

  • 81 km – Piotr Skwarek (8:05:26) i Helle Manvik z Norwegii (10:08:58)
  • 53 km – Mariusz Piekarz (4:32:06) i Anna Korobko (5:25:27)
  • 24 km – Michał Rajca (1:48:24) i Edyta Baluta (2:18:16)
  • 9 km – Krzysztof Chodorowski (46:30) i Ewa Błauciak (53:20)

WYNIKI GARMIN ULTRA RACE 2018

Polecamy również:


Podziel się: