"Jeszcze nigdy nie miałem tak ogromnej przewagi!" Piotr Łobodziński, 5-krotny zwycięzca La Verticale de la Tour Eiffel


Opublikowane w czw., 14/03/2019 - 11:32

Piotr Łobodziński wygrał w środowy wieczór po raz piąty La Verticale de la Tour Eiffel, jeden z najbardziej znanych biegów po schodach. Polak i Australijka Suzy Walsham to para władców absolutnych symbolu Paryża – od pierwszej imprezy w 2015 roku tylko oni stają na najwyższym stopniu podium.

Polak triumfował bezapelacyjnie, z ponad 50-sekundową przewagą nad Austriakiem Jakobem Mayerem! Jako jedyny (tez zresztą po raz piąty) złamał barierę 8 minut – uzyskał czas 7:53 min.

Piotr V Łobodziński - piąty raz królem Wieży Eiffla. Dominika Wiśniewska-Ulfik znów na podium! Iwona Wicha tuż za nią

Jeszcze nigdy nie wygrałem z tak ogromną przewagą nad rywalami (największa do tej pory wynosiła 21 sek. nad Bułgarem Kiryłem Nikołowem w 2015 r. - red.). Moja dominacja na Wieży Eiffla wynika nie tylko z wysokiej formie, w jakiej teraz jestem. Bardzo pasuje mi klatka schodowa, szczególnie od drugiego tarasu widokowego. Jest tam wąsko i potrafię to technicznie wykorzystać. Po drugie jest tam zawsze zimno, a ja jestem po polskiej zimie, więc mnie ten chłód nie przeszkadza tak jak wielu innym zawodnikom. Istotny jest też czas: w biegach trwających 5-8 minut czuję się najlepiej w stosunku do konkurentów – mówi nam o swoich atutach Piotr Łobodziński.

Z Piotrem Łobodzińskim rozmawialiśmy kilkadziesiąt minut po jego piątym zwycięstwie na Wieży Eiffla, gdy tylko zjechał na dół i odebrał depozyt, w którym miał telefon. Powiedział, że start zawodów opóźnił się o blisko pół godziny.

– Wiał bardzo silny wiatr, organizatorzy brali nawet pod uwagę skrócenie trasy do drugiego tarasu widokowego. Prognozy przewidywały jednak, że podmuchy będą szybko słabły i dlatego czekaliśmy, by wspiąć się na sam szczyt wieży.

Po raz piąty złamałem 8 minut, co jest tu zawsze moim celem minimum. Wynik 7:53 jest nieco gorszy od rekordu (7:48 w 2016 r. – red.), ale wydaje mi się, że… jednak ten rekord pobiłem! Już rok temu trasa została wydłużona, a tegoroczna była chyba jeszcze nieco dłuższa. Poprzednio na drugim tarasie biegliśmy ok. 30 metrów, a teraz nawracaliśmy dwukrotnie w prawo. Gdyby więc odjąć od mojego wyniku około 10 sekund, o które dystans wydłużył się w stosunku do trasy z lat 2015-17, to wyszłoby jakieś 7:43, a więc lepiej od rekordu.

Te trasy są, niestety, nieporównywalne. Ale wydłużenie trasy widać także po wynikach moich głównych rywali Jakoba Mayera i Christiana Riedla. Oni wcześniej tez biegali dużo szybciej, Niemiec Riedl łamał 8 minut, a Austriak schodził poniżej 8:20. Teraz obaj pobiegli około 8:45.

Silny wiatr i zimno specjalnie mi nie przeszkadzały. Oczywiście, w niektórych miejscach, jak zawiało, to przytykało tak, że trudno było złapać oddech. Ale znacznie gorsza była pogoda rok temu, gdy padał deszcz i na mokrych schodach w klatce było ślisko pod nogami i ślisko w rękach, a także przed dwoma laty, gdy było bardzo ciepło i w temperaturze około 20 stopni lekko się zagotowałem. Teraz czułem się bardzo komfortowo. Fakt, że po ostatnich treningach jestem w naprawdę dobrej formie i mimo szybkiego biegu nawet się specjalnie nie „zajechałem”.

Gdybym na końcówce wiedział, że do rekordu brakuje mi sekundy czy dwóch, to w ostatniej minucie spokojnie jeszcze miałbym z  czego „docisnąć”. Niestety, specyfika większości biegów po schodach jest taka, że nie ma punktów odniesienia, ani do trasy, która ciągle, choć nieznacznie, jest modyfikowana, ani do rywali. Nie biegniemy ze startu wspólnego, startujemy interwałowo, czyli każdy rusza oddzielnie. „Masówka” to jedynie jakieś 5 procent biegów.

Nie mamy żadnej informacji o wynikach rywali. Trzeba więc cały czas biec „na maksa”, w nieświadomości, czy się prowadzi i z jaką przewagą, czy ma się stratę i jak wielką. Można się odnieść jedynie do swojego zegarka. Jak spojrzałem na niego po 6 minutach, to pomyślałem „OK, zostały jeszcze niecałe 2  minuty, więc mogę trochę przycisnąć”. Ale gdybym wiedział, że rekord jest tak blisko, to mógłbym jeszcze bardziej.

Dopiero teraz od ciebie się dowiaduję, że do drugiego tarasu zajmowałem drugie miejsce, liderował Mayer, natomiast między drugim i trzecim poziomem dołożyłem mu ponad 20 sekund i wyszedłem na zdecydowane prowadzenie. Wynika z tego, że Austriak źle rozłożył siły, zbyt mocno poszedł pierwszą połowę dystansu. Ale tak właśnie jest na schodach, gdy nie masz punktów odniesienia i od początku ciśniesz jak najmocniej.

Mnie też często się zdarza zacząć za wolno albo za szybko. Najlepiej jest pobiec równo, tak starałem się teraz zrobić i chyba się udało. Na wspomnianym odcinku między drugim i trzecim tarasem wcale nie przyspieszyłem, to raczej Jakob przeholował, „spuchł” i mocno zwolnił. I mimo, że ze zmęczenia ja też zapewne nieco zwolniłem, przewaga nad rywalami rosła. Cóż, takie są schody… (śmiech)

W tym roku w Biegu na Wieżę Eiffla pierwszy raz startowała moja żona Iwona Wicha. Wypadła bardzo fajnie, choć… bardzo szkoda tej niespełna sekundy (0,9 sek. – red.), o którą przegrała podium z Dominiką Wiśniewską-Ulfik i tylko 3 sekund do drugiej na mecie Australijki McNamary. Na miejscach 2-4 było bardzo ciasno i równie dobrze Iwona mogła być nawet wicemistrzynią!

Iwona ma tendencję do zaczynania zbyt szybko, tak samo biega na ulicy, nie potrafi dobrze wyczuć tempa nawet w biegu na 5 km. Jest chyba typem sprinterki (śmiech). Na schodach kobiety, nawet te najlepsze, na początku nie powinny biec, tylko iść równym krokiem co drugi stopień do góry, bo potem i tak przechodzą do marszu. Mówiłem żonie, żeby nie biegła od startu, ale jak ją znam, to ruszyła lekkim biegiem, co nie jest optymalne. Cóż, kolejne doświadczenie…

Iwona powiedziała mi też, że minutę przed końcem, już w bardzo wąskiej klatce, gdzie schody mają może 80 cm szerokości, dogoniła dwie zawodniczki, które na dłuższą chwilę ją zablokowały, nie mogła ich wyprzedzić i pewnie kilka sekund tam straciła. A to mogło zmienić klasyfikację za Suzy Walsham. Gdyby wiedziała, że strata jest tak minimalna, to jeszcze na dwóch-trzech ostatnich piętrach mogła coś docisnąć, to się da nawet mimo ogromnego zmęczenia, wystarczy zrobić sprincik. Bardzo dużo leży w głowie. No, ale może to tylko takie tłumaczenie, może żona była już tak zmęczona, że dlatego nie mogła ich od razu minąć. Generalnie więc – dobry występ Iwony, choć na pewno przeżywa lekkie zawód i rozczarowanie.

z Piotrem Łobodzińskim rozmawiał Piotr Falkowski


Polecamy również:


Podziel się: