Karkonoskie tańce Ambasadora przed obliczem Śnieżki


Gorąco, z wiatrem i widokami zapierającymi dech w piersiach biegaczy. Ósma już edycja PZU Maratonu Karkonoskiego przyciągnęła na start 440 osób.

Najszybciej z górską trasą poradził sobie Bartek Gorczyca, który zaledwie tydzień wcześniej triumfował w Sudeckiej Setce. Bartek obronił tytuł sprzed roku i metę przekroczył z czasem 4:07:56.

Z ok. 5-minutową stratą do zwycięzcy na metę przybiegł Maciej Dawidziuk. Historia sprzed roku się powtórzyła. Wtedy również Maciej był drugi, tyle że obaj panowie uzyskali lepsze czasy. Tym razem upał miał swoje przełożenie na wyniki.

Trzecie miejsce z rezultatem 4:18:19 przypadło w udziale Jackowi Sobasowi.

Wśród pań rywalizacja po raz czwarty rozegrała się pomiędzy Anną Arseniuk i Ewą Majer. Dla Anny był to ósmy start w imprezie. Po raz piąty zakończyła bieg na podium, ale po raz pierwszy go wygrała, przekraczając linię mety z czasem 4:42:19. Po raz pierwszy pokonała również Ewę Majer, która odczuwała jeszcze skutki wygranej Sudeckiej Setki.

Mistrzyni Polski z górskim ultra z Krynicy, Maraton Karkonoski wygrywała już trzykrotnie. Tym razem Ewa zajęła drugie miejsce z czasem 4:51:57. Trzecie miejsce należało do Olgi Łyjak (5:02:26).

Pełne wyniki: TUTAJ 

W ramach imprezy, po zmienionej z powodu niedokończonego remontu szlaku trasie, rozegrano również półmaraton. Tu najszybszy okazał się Piotr Holly. Zwycięzca m.in. Półmaratonu w Jedlinie-Zdroju metę MK przekroczył z czasem 1:44:54. Najszybszą półmaratonką została Danuta Piskorowska (1:59:19).

Pełne wyniki: TUTAJ

Jak było na trasie? Poniżej relacja Marka Grunda, Ambasadora Festiwalu Biegów.


Marek Grund: Wybór był trudny. Musiałem zdecydować czy pojechać zrewanżować się za porażkę na Supermaratonie Gór Stołowych do Pasterki czy w końcu wystartować w Karkonoszach. Te dwie fantastyczne imprezy rozdzielał niestety tylko tydzień czasu. Decyzja zapadłą za namową biegowych kompanów. Padło na karkonoskie ultra... oraz połówkę, która odbywa na drugi dzień po ultra.

Na wyprawę wyruszyliśmy w piątek. Ja jak zawsze - na dzika, prosto z pracy. Droga znów zleciała szybko i przyjemnie. Rozłożyliśmy się w naszym pensjonacie i wyruszyliśmy po pakiety startowe. Sądziłem, że numer na połówkę i na ultra będzie ten sam, tymczasem zostały one rozdzielone. Do tego 2 koszulki, 2 chusty i wszystko inne razy dwa - miłe zaskoczenie.

Podpisaliśmy się z Kazikiem Kordzińskim na pamiątkowej tablicy i zrobiliśmy kilka wspólnych fotek.

Później jak to w takim towarzystwie trwało obfite nawadnianie. Nawet bardzo obfite... Nie zabrakło również ciepłej kolacji. Tym razem postawiłem na pizzę, co okazało się idealnym rozwiązaniem. Po powrocie przygotowałem sprzęt, napełniłem bukłak i sprawdziłem, czy wszystko jest na 100% ok. Tak też było. Nie pozostało nic innego jak tylko się położyć spać i nabrać ostatnich sił przed pierwszym startem ultra w tym roku.

Noc minęła trochę nerwowo. Co chwilę się budziłem. To pewnie przez nowe miejsce, bo strachu wyjątkowo nie odczuwałem, co później bardzo mnie zastanawiało. Wstałem o 6:20 i zjadłem makaron z dżemem. „Pamiętaj młody, jedz dżem bo w dżemie siła drzemie”. Porcja taka idealna dla mnie. Do makaronu cola - zaszalejmy !

Wystrojony w sportowe ciuchy wyruszam na start. Jest gooooorrrrrrąco. Ale nie, nie dam się zaskoczyć pogodzie, a tym bardziej nie pozwolę jej popsuć moich przygotowań.

Rozgrzewka i wymiana kilu zdań jeszcze przed startem. Zmierzając na start z daleka słyszałem głos spikera. Był mi tak znany jak budzik o 4:50 do pracy. Kto inny mógłby komentować tak wspaniałą imprezę jak nie Zenek Nowakowski? „Głos” wielu biegowych imprez w Polsce. - Organizator zaleca, aby zabrać na trasę pół litra... Zrobiło się naprawdę luźno. Cały Zenek!

Szoł tajm!

Ustawiony na starcie przybijam piątki znajomym. Zaczynamy odliczanie: 3, 2, 1… i pobiegliśmy.

Najpierw w górę nartostradą, gdzie czołówka się bardzo rozciągła. Zdziwiłem się, że tak szybko. Później przebieg pod wyciągiem krzesełkowym i dalej cały czas w górę, aż do Schroniska pod Łabskim Szczytem. Tu czołówka rozlała się po trasie jeszcze bardziej. Ja trzymałem swoje tempo.

Punkt kontrolny zdobyty, złapałem tylko za kubek z woda i wylałem go na głowę, przepłukałem usta i ruszyłem dalej, szarżując na Śnieżne Kotły. Wskoczyłem po kilku schodkach pośpiewując „hop, hop, hop” i przesunąłem się kilka pozycji do przodu. Zorientowałem się, że „coś pusto z lewej”, jakoś tak wiatr zaciąga. Obracam się, po czym zatrzymuje bez oddechu - to co się dzieje, jest nie do opisania. Zdołałem z siebie wydusić tylko „ja pie…, jak pięknie!”.

Widoki zwalały z nóg. Chciałem tam zostać, usiąść na skale, by z wyciągniętym jęzorem jarać się widokami, śpiewać jakie życie jest piękne. Ale bojowo nastawiony ruszyłem dalej.

Minęło dopiero jakieś 40 minut biegu. Wiedziałem, że dzień będzie piękny! Słońce grzało niemiłosiernie, serce biło mocno, a wiatr ciskał w oczy aż do łez. Czasami wiało tak mocno, że trzymałem się za czapkę aby mi jej nie porwało. Tak, to już Śnieżne Kotły.

Zbiegać z góry, do Przełęczy karkonoskiej spotykam prawdopodobnie jakaś wycieczkę koła emerytów (czy coś w tym stylu). Panie w podeszłym wieku usunęły się na bok szlaku i twardo zagrzewały do walki krzycząc i bijąc brawa. Bardzo mi się to spodobało, podziękowałem skinięciem głowy i okrzykiem: „Laski jesteście zaj...”. Za plecami usłyszałem już tylko nieśmiałe uśmiechy. Fajnie, że starszym osobom też chce się chodzić po górach, a co najlepsze - zagrzewać zapalonych sportowców, a nie tylko narzekać.


Polecamy również:


Podziel się: