Kiedyś czołowa wioślarka, dziś maratonka - zwyciężczyni kategorii wiekowej "Majorsów". „Marzenia warte są wyrzeczeń i poświęcenia”


Opublikowane w wt., 22/10/2019 - 09:03

Coraz więcej osób decyduje się na starty zagraniczne. Dla jednych to połączenie turystyki oraz realizacji pasji. W efekcie za statystykami kryją się niepowtarzalne historii ludzi, którzy podejmują różne wyzwania i spełniają swoje marzenia. Za wynikiem uzyskanym w zawodach stoją często liczne wyrzeczenia, duży wysiłek i codzienne wyzwania by pogodzić życie prywatne z reżimem treningowym.

Od kilku lat na listach kobiecych wyników można spotkać wyjątkową zawodniczkę – Aleksandrę Dzierzkowską. Zwyczajna, uśmiechnięta i skromna osoba, która dokonała wielkich rzeczy. Poznajmy najlepszą zawodniczkę największego maratonu na świecie – 48. New York City Marathon (2018 r.), w którym zwyciężyła w kategorii wiekowej K55-59!

Kiedy rozpoczęła się Twoja wielka przygoda za sportem?

Aleksandrę Dzierzkowska: - To było jeszcze w czasach szkolnych. Zapisałam się wówczas na treningi wioślarskie do klubu KW04. Tak naprawdę pierwszą motywacją niekoniecznie była możliwość udziału w zawodach, lecz… spływ kajakowy. Nieco później pojawiła się większa chęć rywalizacji, uczęszczałam 3-4 razy w tygodniu na treningi. Po upływie roku wraz z koleżanką z klasy wywalczyłam srebrny medal Mistrzostw Polski Młodzików. Rok 1976 otworzył mi wrota do kolejnych wioślarskich sukcesów. Treningi odbywały na Warcie, zaś regaty wioślarskie na terenach Jeziora Maltańskiego. Po modernizacji tereny poznańskiej Malty są symbolicznym miejscem, gdzie rywalizowałam jako wioślarka, a obecnie jako biegaczka długodystansowa.

Powiedz o szczególnych momentach kariery sportu zawodowego, jakie napotkałaś trudności, co Cię motywowało?

Początek lat 90 to także przeprowadzka do podpoznańskich Koziegłów, ale i pewien przełom we wioślarstwie. Moje warunki fizyczne nie sprzyjały osiąganiu wybitnych wyników, nie ułatwiały mi także powołania do kadry narodowej. Ciężko było rywalizować z wyższymi lepiej zbudowanymi osobami zwłaszcza w wiosłowaniu „pod wiatr”. A jednak udało mi się wywalczyć tytuł wicemistrzyni Polski w kategorii juniorek.

Wiele zmieniło się po wprowadzeniu kategorii wagi lekkiej w połowie lat 80-tych przez Światową Federację Wioślarską - to dało mi jeszcze większe szanse w rywalizacji aniżeli dotychczas. W wioślarstwie, podobnie jak w bieganiu, każda trudność wzmaga apetyt na sukces. Przez blisko 20 lat reprezentowałam nasz kraj podczas zawodów także i za granicą, w tym dwukrotnie w randze Mistrzostw Świata. Szczególnie pamiętam rywalizację podczas Uniwersjady w Duisburgu, gdzie wywalczyłyśmy brązowy medal w dwójce podwójnej wagi lekkiej. Karierę zawodową ukończyłam w 1994 roku. Po narodzinach syna odeszłam od czynnego uprawiania sportu.

Skąd zatem apetyt na bieganie ? Czy wioślarze mają łatwiej w osiąganiu sukcesów biegowych?

Tuż przed rozpoczęciem przygody z bieganiem wróciłam „na wodę”, lecz tym razem w gronie mastersów. To był 2007 rok. Udział w Regatach Masters wymagał także i przygotowania sprzętowego oraz stanowił spore wzywanie logistyczne, zwłaszcza gdy zawody odbywały się za granicą. Z formą było nie najgorzej – rywalizowaliśmy na arenach międzynarodowych – w Wiedniu, w Trokach. Podczas jednej z podróży uszkodzony został sprzęt, który transportowaliśmy z Polski. Jednak bez względu na okoliczności stanęliśmy na linii startu i pomyślnie ukończyliśmy rywalizację.

Następnie w Poznaniu udało się wywalczyć złoty medal w dwójce podwójnej mix. Tutaj nie musieliśmy troszczyć się o kwestie logistyczne i wykorzystaliśmy swój potencjał w 100%.

Ówczesne sukcesy i poziom formy zawdzięczam także wprowadzeniu regularnych jednostek biegowych. Bieganie przez duże „B” rozpoczęłam w 2008 roku. W tym samym roku w moim maratońskim debiut w Poznaniu uzyskałam czas 3:25:42, zaś rok później na tej samej trasie „urwałam” kolejne 2 minuty. Wkrótce na horyzoncie pojawiły się także i maratony zagraniczne. Wśród nich miło wspominam Marrakesz Marathon, gdzie z czasem 3:18:59 zameldowałam się jako druga najlepsza kobieta z Europy i zajęłam drugie miejsce w kategorii wiekowej.

Skąd pomysł na Abott World Marathon Majors ?

Postanowiłam spróbować swoich sił także za granicą – na pierwszy rzut poszedł Berlin. Wykorzystując potencjał trasy maratonu w stolicy Niemiec uzyskałam tam nową życiówkę w 2010 roku – 3:17:36. Trzy lata później, w tej samej imprezie, osiągnęłam magiczny próg 3h15’, co dało mi szóste miejsce w kategorii K50-54.

Na mecie jednego z największych maratonów świata zameldowałam się jako trzecia najszybsza Polka. Podobny wynik osiągnęłam podczas 45. New York City Marathon w 2015 roku, lecz wówczas byłam najszybszą Polką. Do Nowego Jorku wracałam jeszcze dwa razy, osiągając swój najlepszy wynik zagraniczny w 2018 roku podczas 48 edycji imprezy - 3:14:32. To dało mi wygraną w kategorii wiekowej. Ponownie też zostałam najszybszą Polką.

Trochę przyzwyczaiłaś nas do sukcesów za oceanem. Brzmi jak biegowe „American dream”. Jak się czujesz po starcie w Chicago – minęły niespełna dwa tygodnie. Czy znalazłaś czas by uczcić kolejny sukces?

Cóż, z jednej strony euforia na mecie oraz zadowolenie z lokaty jaką udało mi się wywalczyć. Byłam druga w kategorii wiekowej, a jednocześnie trzecią Polką na mecie. Jednak ten czas pozwolił mi pewne rzeczy przemyśleć i ostudzić emocje. Pojawiło się nawet chwilowe poczucie niedosytu, jednak świadomość, iż przepracowało się sezon z niemal aptekarską dokładnością stawia wysokie oczekiwania co do założeń startowych. Tym bardziej, iż profil trasy w Chicago Marathon oraz warunki pogodowe sprzyjały osiąganiu dobrych rezultatów. Jednak biorąc pod uwagę fakt, iż w bieżącym sezonie kalendarz startów był dość napięty, a od maja walczyłam z kontuzją stopy, finalnie jestem zadowolona ze swoich wyników. To była naprawdę ciężka próba dla mojego organizmu.

Do kompletu brakuje zatem Londynu, Bostonu i Tokyo, jakie masz plany związane z kolejnymi startami?

Z kwalifikacją na maratony amerykańskie nie powinno być większego problemu, gdyż Organizatorzy przewidują pulę miejsc dla najlepszych z kategorii wiekowych. W przypadku Tokio jest tzw. formuła semi-elite. Pozostaje jeszcze Londyn –na razie cztery próby nie dały mi szczęśliwego losu. Tutaj możliwości kwalifikacji za wynik są niestety mocno ograniczone. Cóż, będę próbować po raz kolejny. Innej możliwości niestety w swoim przypadku nie widzę, gdyż formuła organizowanego wyjazdu wraz z pakietem startowym związana jest ze sporymi nakładami finansowymi.

Zatrzymajmy się w tym miejscu. Jesteś zawodniczką elity w swojej kategorii wiekowej. Czy wyniki na wysokim poziomie osiągane na największych maratonach świata gwarantują lub ułatwiają pozyskanie sponsorów?

Dotychczas realizowałam marzenia raczej z własnych środków. Wyjazdy zagraniczne to koszt rzędu kilku tysięcy złotych. Z jednej strony starałam się oszczędzać – bo marzenia warte są wyrzeczeń i poświęcenia. Wyjazdy wakacyjne zamieniałam na reżim treningowy. Z drugiej zaś startowałam w okolicznych biegach, gdzie zazwyczaj stawałam na podium swojej kategorii wiekowej. Ale nawet najlepsza lokata nie zawsze wiązała się z gratyfikacją finansową. W ubiegłym sezonie startowałam 24 razy, w tym w dwóch biegach maratońskich. Często oznaczało to balansowanie na pograniczu przetrenowania.

Warto też dodać, iż zdarzały się pewne wyjątki w zakresie wsparcia sportowych marzeń – jak np. projekt szkolny „Marzeniami Macieja Frankiewicza”, gdzie wyjazd zagraniczny wspierany był przez Miasto Poznań. Po ostatnich startach zagranicznych zwracałam się do kilku instytucji i firm o udzielenie wsparcia. Wśród kilku odpowiedzi zwrotnych pojawiły się także i pozytywne akcenty. Niewątpliwie miłym gestem była przychylność Wójta gminy Czerwonak i pytanie „Jak możemy pomóc” dało nadzieję na nowy rozdział współpracy.

Inne formy wsparcia jakie otrzymuję, regularnie opisuję na moim profilu w mediach społecznościowych. W tym miejscu chciałabym podziękować wszystkim życzliwym osobom, które wspierają mnie i dodają energii licznymi pozytywnymi wpisami na moim fanpage’u.

Opowiedz nam jak dbasz o regenerację, dietę, jaki masz patent na udany sezon?

Tak jak kiedyś powiedział mój syn – jesteś „semi- elite” – bo trenujesz prawie jak zawodowcy. Zaś cała reszta nie jest już adekwatna do wysiłku. W okresie bezpośredniego przygotowania startowego, kiedy objętość treningowa wzrasta do ponad 400 kilometrów miesięcznie, oczywiście regeneracja powinna stanowić pozycję obowiązkową. Korzystam regularnie z basenu, sauny, usług fizjoterapeutycznych. Czasami zafunduję sobie odskocznie od monotonii treningowej i dodaję treningi na rowerze MTB. Tym sposobem zadebiutowałam w triathlonie – u siebie w Czerwonaku. Udało mi się zająć przy okazji najwyższe miejsce na podium w kategorii wiekowej.

Co do diety – przestrzegam ogólnych zasad żywieniowych, stołuję się na co dzień w szkolnej kantynie. Nie korzystam z profilowanej diety. Choć zdaję sobie sprawę, iż aby utrzymać wyniki na wysokim poziomie, także i w tej dziedzinie tkwi spory potencjał. Nie podchodzę jednak do tematu zbyt laboratoryjnie.

Jak wspominasz współpracę z trenerami – zarówno tymi, którzy opiekowali się Tobą w okresie zawodowego wioślarstwa, jak i obecnymi – czuwającymi nad realizacją planów biegowych?

Sama jestem z wykształcenia trenerem wioślarstwa, choć obecnie pracuję jako nauczycielka wychowania fizycznego. Tym bardziej szanuję i doceniam cały dorobek moich mistrzów oraz opiekę nad moją osobą. Zawsze miałam szczęście do trenerów – zarówno jako fachowców w swej dziedzinie jak i po prostu ludzi z krwi i kości. Potrafili z wyczuciem zachować zdrowy balans miedzy reżimem treningowym, a dobrymi relacjami z podopiecznymi. Ich rola wobec mojej osoby zmieniała się w czasie. Jako młoda wioślarka potrzebowałam wsparcia merytorycznego, mentora, przewodnika. Dziś jako biegaczka długodystansowa bardziej doceniam element wsparcia, czasem pohamowania moich treningowych zapędów, aby uniknąć przetrenowania. Myślę, że warto wymienić kilka nazwisk, które są ściśle powiązane z moimi wynikami oraz są częścią mojej sportowej osobowości.

Pierwszym trenerem była Danuta Pribe, która z resztą aż po dzień dzisiejszy osiąga świetne wyniki w swojej kategorii na wodach całego świata. Kolejnym trenerem był Aleksander Wojciechowski, który poza moją osobą doprowadził także i wiele innych zawodników do wielkich sukcesów. I to na skalę światową – to wielokrotni mistrzowie świata oraz zdobywcy olimpijskiego złota. Aleksander Wojciechowski uchodzi za najlepszego trenera od „krótkich wioseł”.

Obecnie od 3 lat jestem pod opieką trenerską Romana Borkiewicza, któremu zawdzięczam nie tylko powrót do świetnych wyników biegowych z przeszłości, ale i znaczną poprawę motoryczną. Wiem, że pomimo wieku stać mnie na stały progres. Mam świetnie zaplanowany cykl treningowy adekwatny do obowiązków prywatnych i zawodowych.

Czego więcej może chcieć tak utytułowana zawodniczka z licznymi sukcesami na skalę światową? Masz znakomity „personal best” na ojczystej ziemi, a wyniki na trasie nowojorskiej to Twoje exegi monumentum.

Nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa. Kocham biegać i otoczona jestem ogromnym wsparciem życzliwych ludzi. Moim marzeniem, nieco zmodyfikowanym do poprzedniej wersji, jest uzyskanie średniego czasu w Abott World Marathon Majors na poziomie 3h15’.

Trzymamy zatem kciuki za realizację marzeń!

Ostatnie pytanie, które jako Ambasador Festiwalu Biegów muszę zadać w formie zaproszenia - czy przyjedziesz do Krynicy?

Brzmi kusząco, jeśli nie będzie kolidowało to z cyklem treningowym ani zaplanowanymi startami, z pewnością rozważę udział w Festiwalu Biegowym. Kwestia dystansu jest jeszcze otwarta…

Rozmawiał Rafał Ławski, Ambasador Festiwalu Biegów


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce