Klimczok przymknął oko – Zimowy Bieg Zbója Konrada Staszewskiego


Opublikowane w czw., 20/02/2020 - 09:07

Z pewnością, tak, jak ja, znacie legendę Janosika. Nie słyszałem jednak o zbóju Klimczoku, a okazuje się, że i taka istnieje. I nie ważne, czy w nią wierzę, czy nie, bieg jego śladem pozostanie mi w pamięci.

Ponieważ Zimowy Bieg Zbója w Bielsku-Białej, bo o nim mowa, jest świerzynką na mapie województwa śląskiego, dużo od niego oczekiwałem. Tym bardziej, że premierowa, letnia edycja spotkała się z samymi pochwałami. Dlatego nie zraziły mnie ani opóźnienie pociągu ani odczuwalne 7 stopni Celsjusza na bielskich Błoniach. Byłem ciekawy trasy 11 kilometrów, którą miałem zamykać jako Czerwona Latarnia. Tym bardziej, że mamy zimę, a śniegu nie widziałem. Organizator jednak obiecał, że na szczycie go znajdę i dotrzymał słowa.

Do wyboru były trzy długości trasy: średnia – oznaczona niebieskimi strzałkami, krótka – zielonymi i długa – czerwonymi. Znalazło to odzwierciedlenie na numerach startowych, co było bardzo dobrym rozwiązaniem, ponieważ każdy zawodnik wiedział, którym trackiem powinien biec, i pomagało wolontariuszom. W tej kolejności też odbyły się starty z 20 minutowymi odstępami. Po zamknięciu trasy dowiedziałem się, że czołówka na moim dystansie, na rozwidleniu pomyliła drogę. Dziwne, bo była idealnie oznaczona i, jakby tego było mało, przed początkiem biegu Organizator informował o jej przebiegu oraz ostrzegał przed rozwidleniem.

Dużym plusem była ona sama. Moim zdaniem dość wymagająca i zróżnicowana. Miała podbiegi, zbiegi; z początku była asfaltowa, potem typowo górska, na szczycie zimowa (śnieg, powiało też mocniej chłodem – Klimczok chyba otworzył oko i ziewnął), a na zbiegu było dużo błota (widocznie w nocy oko zbójowi łzawiło i dlatego w dzień miał zamknięte). Dodatkowo cieszyły mnie piękne panoramy Beskidów i Bielska-Białej.

Limit czasu (3 godziny) na 11 kilometrów został tak ustalony, aby każdy z zawodników czuł się komfortowo i spokojnie mógł z tarczą ukończyć zbójowe wyzwanie. Ja większość trasy przeszedłem za ostatnim biegaczem i zamknąłem ją na mecie po 2 godzinach 14 minutach z hakiem.

Dużym plusem był zorganizowany przez Organizatora na bielskich Błoniach duży namiot, w którym można było zjeść pyszne, ciepłe duszonki i warzywną zupę, co mocno zregenerowało siły. Kawa, herbata, batony energetyczne, izotoniki, herbatniki, woda mineralna także robiły swoje.

 

Zanim przejdę do „tego, co tygrysy lubią najbardziej” wypada napisać parę słów o Biurze Zawodów. Umiejscowiono w kempingu znajdującym w pobliżu miejsc startu i mety. Na uznanie zasługuje sprawna obsługa biura, wydawanie pakietów startowych. Wszystko obywało się w przyjemnej, życzliwej atmosferze i z uśmiechami na twarzach, zarówno wolontariuszek, jak i zawodników. Było ciepło i miło.

A teraz… Zaczniemy od pakietów. W moim znalazłem: specjalną koszulkę biegową z moim imieniem i informacją, że zamykam trasę; czapkę funkcyjną z logiem biegu; pas biegowy z zaczepami na numer startowy; numer startowy; baton energetyczny; ulotkę zapowiadającą tegoroczną letnią edycję Biegu Zbója; worek na zwłoki – przepraszam, na depozyt – i do tego można było sobie dobrać wodę mineralną lub izotonik.

Jeśli chodzi o koszulkę, to bardzo podoba mi się zamieszczony na niej wzór i napisany dystans, ale…

W moim przypadku, jako Czerwonej Latarni nastąpiła drobna pomyłka. Na koszulce miałem oznaczone 7, a nie 11 kilometrów. Organizator mnie za to przeprosił, chociaż mnie to zupełnie nie przeszkadzało. Tym bardziej, że ten dystans został zaklejony i stał się niewidoczny, aby nie wprowadzać w błąd biegaczy. Mimo to, jeden z nich zapytał mnie na trasie, czy zamykam na 11, bo się bał, że jest ostatni na 22 kilometry. A czapeczka… piękna i bardzo wygodna. Tak sobie pomyślałem, bo widziałem na trasie kogoś w buffie, chyba z letniej edycji Zbója, że można by zrobić kolekcję ubraniową. Na kolejnym letnim dać skarpetki biegowe z logiem, na zimowym rękawiczki funkcyjne… Mnie, niestety, brakowałoby buffa, bo nie brałem udziału w pierwszej edycji letniego biegu.

Zachwyciły mnie puchary. Naprawdę. Były duże, piękne, solidnie wykonane, złote i, pierwszy raz takie widziałem, błękitne. Bardzo ładny także okazał się w realu drewniany medal gwarantowany dla każdego, kto ukończył bieg w założonym limicie czasowy. Teraz gdy na niego spoglądam, to, z daleka, przypomina mi nieco policyjną blachę.

Nie wszyscy biegacze zostali na losowaniu nagród. Do wygrania było dużo voucherów na Letniego Zbója i inne bardzo atrakcyjne fanty rzeczowe. Szkoda tylko, że nie odbyło się ono później. Wiem, że było chłodno, zawodnicy byli nieco zniecierpliwieni oraz niektórzy mocno zmęczeni. Zauważyłem jednak, iż po zakończeniu losowania ktoś jeszcze wbiegł na metę i nie miał szansy nic wygrać.

Myślę, że, mimo drobnych niedociągnięć organizacyjnych, zachęciłem Was do kolejnej edycji Biegu Zbója i pobiegniecie ze mną w jego letniej edycji, czyli 23.08.2020 roku. Szykujcie na 7 kilometrów i na dłuższe dystanse: 25, 42 oraz na 60 kilometrów; na przepiękne widoki, dające wycisk podbiegi, zbiegi i cudowne puchary.

Ja będę zamykał trasę o długości 42, chyba że Organizator będzie mnie chciał na 60 kilometrów.

Konrad Staszewski, Ambasador Festiwalu Biegów


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce