Kultowe błoto w Lublińcu. 12. Bieg Katorżnika [FOTO]



Błoto i słynna podkowa na łańcuchu to kultowe symbole równie kultowej imprezy – Biegu Katorżnika. Po to, by móc się pochwalić ważącym 3 kg medalem trzeba pokonać kilometry błota. W tym roku dystans okazał się jeszcze dłuższy niż zwykle, katorżnicy mieli do pokonania 13,5 km. Błoto, smród, woda, komary i przeszkody nie odstraszyły ponad tysiąca uczestników ekstremalnego biegu.

W tłumie zawodników przeważali mężczyźni, ale nie brakło też odważnych pań. W tegorocznym Biegu Katorżnika wystartowało 155 kobiet a w krótszych biegach dla dzieci i młodzieży całkiem spora grupa dziewcząt. W rywalizacji wzięli te udział najmłodsi, którzy pokonali Mikrokatorżnika wraz z rodzicami oraz seniorzy w Katorżniku Babci i Dziadka.

Na trasie, jak zawsze, nie brakowało błota, choć byli i tacy, których taka ilość szlamu na trasie rozczarowała. – Od pięciu kilometrów tarzamy się w błocie, Bieg Katorżnika to przecież nie tylko tarzanie się w gó**ie, nie na to liczyłam – komentowała na trasie jedna z uczestniczek, ale była w zdecydowanej mniejszości. Pozostali bawili się świetnie, wpadając po uszy w bagno, potykając się o ukryte w błocie korzenie i rozchlapując szlam. – Cudowna maseczka błotna. Za taką kurację płaci się dwie stówy a tu mamy taniej – żartowała jedna z pań.

Trasa do ostatniej chwili pozostawała tajemnicą, co jest już tradycją. Nieznany jest i przebieg, i dystans. Ten ostatni uzależniony jest od pogody, bo susza powoduje obniżenie poziomu wody i osuszenie fragmentów bagna, przez co trzeba dokładać trasy. Jedno jest pewne – nie braknie wody i błota, można też liczyć na kilka ciekawych przeszkód.

– Przeszkody nie były ciężkie, ale samo przejście przez bagna to wyzwanie. Z każdym krokiem nogi stawały się coraz cięższe, samo dobiegnięcie do mety było wyzwaniem. Wydawało mi się momentami, że stoję w miejscu – przyznał Tomek Mielnicki. – W ubiegłym roku zainteresowałem się biegami przeszkodowymi, w tym udało się cudem zapisać na Katorżnika. To mój debiut i było fenomenalnie. Wracam za rok!

– A dla mnie najgorsze były proste. Taka prosta droga, po której trzeba było po prostu biec. Jestem w tym słaba. Ja wyprzedzam ludzi w błocie a po prostych wszyscy wyprzedzają mnie. Jestem chyba stworzona do błota – śmiała się na mecie Maja Sobocińska z Warszawy. – Katorżnika biegłam drugi raz, ostatni. Rok temu też tak mówiłam, ale wszyscy mówili „do zobaczenia za rok” i się zapisałam. Żałowałam, ale przebiegłam. I zrobiłam nawet lepszy wynik niż przed rokiem, więc jest satysfakcja.

Większość uczestników na mecie mówi, że to ostatni raz… ale potem wracają. Rekordziści startowali już dwanaście razy a takich, którzy biegali po kilka jest cała rzesza. Marcin, Kuba i Marek przyjechali z Grudziądza już po raz drugi. Co sprawiło, że wróciliście? – pytamy. – Masochizm. – mówią krótko. – A poza tym jak się już tak skatujemy, czujemy się odnowieni. Podejmujemy też ważne życiowe decyzje… Ja na przykład przez Bieg Katorżnika rzuciłem palenie. Dzisiaj, na szóstym kilometrze – pochwalił się Marcin. – Ale tak naprawdę to startujemy dla tej podkowy na szyi. Dzisiaj nawet się założyliśmy, że pierwszy, który ją zdejmie z szyi, stawia flaszkę. No i tak dyndamy trzecią godzinę… Nawet prysznic braliśmy z tym na szyjach, nikt się nie chce poddać…

A jak tegoroczny Bieg Katorżnika wypadł w porównaniu z poprzednimi edycjami?

– W tym roku było zimniej niż przed rokiem i chyba trudniej – mówili jedni. – Było łatwiej, bo nie dokuczało palące słońce – twierdzili inni. Większość jednak oceniała tegorocznego Katorżnika tak jak ubiegłorocznego, mówiąc, że organizatorzy utrzymują stały poziom trudności. Dlatego wielu wraca tu co roku, żeby poprawiać swoje czasy i pokonywać słabości. To magia Biegu Katorżnika, choć „katuje, upadla i miesza z błotem”, zdobywa serca wielu i każe do siebie wracać.

KM



 

Polecamy również:


Podziel się: