Leśnik (wykrakał) Jesień [ZDJĘCIA]


Opublikowane w ndz., 26/08/2018 - 18:18

Korbielów, 25 sierpnia, 8:00. Zawodnicy wszystkich trzech dystansów Leśnika – Maratonu, PółLeśnika i SpeedLeśnika – razem ruszają ostro pod górę wzdłuż narciarskiego wyciągu. Jak ja uwielbiam być już na starcie przemoczony do suchej nitki. Po ostatnich ciepłych i słonecznych dniach, właśnie dziś rano przyszło oberwanie chmury. Ale pogody startowej się nie wybiera. W końcu, mimo kalendarzowego lata, jest to Leśnik Jesień.

Maraton i połówka, jak to u Michała i Ani Kołodziejczyków, są nimi tylko z nazwy: mają odpowiednio ok. 51 i 34 km. Najkrótszy bieg ma ich 17. Z odbicia po dobrze pobiegniętym tureckim Aladağlar Sky Trail koniecznie chciałem znów pocisnąć coś mocnego w górach. Tylko dwutygodniowa przerwa to jednak za krótko na najdłuższy dystans, więc wybrałem PółLeśnika. Na wspomnianych 34 kilometrach zbiera on jakieś 2500 metrów podejść, w dużej części po prawie niechodzonych beskidzkich ścieżkach i bezdrożach – znów typowe dla ojca dyrektora Michała.

Pierwsza sztajcha to ponad 400 m w górę na 2 km. Deszcz leje, kijki pracują, razem ze spotkanym znajomym Maćkiem pomału przesuwamy się w górę stawki. Jak już się wystartuje, to się robi wszystko jedno i wkurzenie na pogodę przechodzi.

Zbieg kamienistą drogą jest przerywany płaskimi odcinkami. We wciąż gęstej stawce zyskuję bardzo dużo miejsc i na pierwszym wodopoju (ponad 5 km) jestem w 44 minuty. Żel, łyk wody i znów od razu ostro w górę. W kierunku Pilska, ale jeszcze nie do szczytu. W nogach i płucach taka fajna lekkość, chociaż napieram szybko. Na zbiegu gubię Maćka i grupkę, która podchodziła ze mną. Leci się fajnie w dół prostą drogą, zaczyna się asfalt, ale od jakichś 150-200 metrów nie było czerwonej taśmy. Zatrzymujemy się w kilka osób, rozkminiamy, ktoś patrzy na ślad GPS. Przestrzeliliśmy skręt.

Wracamy pod górę. Z tej strony zakręt widać bardzo dobrze, ale z góry można było nie dostrzec. Trzy minuty w plecy, a może pięć – nie wiem. Taka wtopa, a tak się dobrze biegło. A tu dodatkowa kiepka, jak mawia organizator. Stromo, ślisko, błoto i kamienie. Z niej zbieg niby-dróżką po jakichś przegniłych drewnianych balach, śliskich jak cholera. Potem łagodniej aż do szosy na przełęcz Glinne na 13 km. Nie dość, że leje, to jeszcze wiatr zacina prosto w mordę. Co jest przyjemnego w takim bieganiu? Dopiero tu z powrotem doganiam Maćka, który przed moim zgubieniem drogi został sporo za mną. Na przełęczy padre direttore osobiście częstuje orzeszkami, ciastkami, bananami i colą.

Stąd mamy do wyrypania prawie 800 pionowych metrów na Piwsko... znaczy Pilsko. Najpierw łagodnie w górę po błocie. Wciąż biegniemy razem z Maćkiem. Przechodzimy w marsz dopiero, kiedy robi się stromo. Chociaż dyszę jak pies, nie czuję żebym się męczył. Wytrzymuję to tempo do samej góry wlokącego się w nieskończoność podejścia. Na szczycie deszcz nieco odpuszcza, ale za to wieje zimny wiatr.

Niezastąpiony Jacek „UltraLovers” Deneka łapie mnie, kiedy pędzę na rympał technicznym, kamienistym zbiegiem. Na wypłaszczeniu poniżej widzę, że Maciek cały czas trzymał się tuż za mną. W płaskim maratonie ma 20 minut lepszą życiówkę, ale w górach jesteśmy mniej więcej równi. Na długim zbiegu do ostatniego bufetu znowu puszczam nogi. Prowadzi do niego odbicie od głównej pętli ostro w dół – czasem zupełnym bezdrożem, skacząc przez leżące gałęzie. Jak zapowiadali na odprawie, na koniec trzeba przejść przez potok do pół łydki. Świetna regeneracja dla już i tak przemoczonych nóg.

Niecałe cztery godziny w tym miejscu, jeszcze z orientacyjną wpadką, to naprawdę świetny czas. Arbuzy smakują znakomicie nawet w takie zimno. Po chwili dobiega Maciek. Byłem jakoś przekonany, że też leci połówkę, ale jednak tu nasze drogi się rozdzielą. Biegnie maraton, choć przed dwoma tygodniami zrobił setkę w Gorcach. A ja wracam przez potok na górę. Długo trzymamy się razem z Kacprem, którego wcześniej doganiałem na zbiegach, a on wyprzedzał mnie pod górę. To już 24 km, a przed nami ostatnia duża sztajcha. Kiedy robi się stromo, Kacper najpierw wyskakuje naprzód, ale potem się z nim zrównuję, by ostatecznie mu uciec. Obaj przy tym wyprzedzamy kilku współzawodników.

Na Hali Miziowej jestem zupełnie sam – nikogo z przodu, ani z tyłu. Na ostatnim zbiegu jak zwykle próbuję jeszcze coś ugrać. Taśmy póki co bezbłędnie prowadzą w dół. Już dużo niżej rzucam się w dół wzdłuż słupów wyciągu trasą pierwszego porannego podejścia, błyskawicznie odskakując jedynym dwóm napotkanym biegaczom.

Nagle muszę przystanąć, by się rozejrzeć za następnym oznaczeniem. Nigdzie go nie widzę, więc biegnę na czuja drogą – po chwili wiem jednak, że jestem w d... Trafiłem pod jakiś ośrodek wczasowy. Klnąc jak szewc, wracam na krechę łąką pod górę, by w końcu trafić na czerwoną taśmę. Znowu ze dwie minuty w plecy. Zdążam jednak tuż przed właśnie nadbiegającymi rywalami – wyrobiłem sobie wystarczającą przewagę. Utrzymuję ją szalonym sprintem w dół i wpadam na kreskę 9 sekund przed kolejnym zawodnikiem, w czasie 5:28:28. Mam 23. miejsce na 90 finiszerów PółLeśnika. Nie wiem, czy bym coś zyskał nie zaliczając orientacyjnych wtop – poprzedni biegacz był 5 minut wcześniej.

Turecka wysokościowa aklimatyzacja i superkompensacja zaprocentowała. Znowu mi wyszedł znakomity, jak na moje możliwości, bieg. Do tego był taki, jak lubię – im trudniej, tym lepiej. Forma chyba się poprawia, więc trzeba korzystać.

Miejsca na podium na poszczególnych dystansach zajęli:

  • SpeedLeśnik: Szymon Nikiel (1:45:15), Kacper Kościelniak (1:46:49) i Damian Luźniak (1:54:28) oraz Katarzyna Gardulska-Botor (2:47:29), Karolina Mirek (3:04:41) i Marta Korczyńska-Zdąbłarz (3:18:51). Ukończyło 35 biegaczy.
  • PółLeśnik: Mariusz Miśkiewicz (3:46:04), Daniel Pieczonka (3:46:15) i Andrzej Juraszek (4:00:37) oraz Kasia Stajszczyk (5:33:09), Ewa Cieniawska (5:34:40) i Renata Dyduła (5:34:59). Ukończyło 90 biegaczy.
  • Leśnik (Maraton): Paweł Przybyła (6:41:44), Mateusz Razim (6:48:48) i Mateusz Talanda (6:52:00) oraz Anna Leśniak (8:13:39), Iwona Wilkowska (8:44:01) i Martyna Chomicz (9:07:45). Ukończyło 41 biegaczy.

Wyniki można zobaczyć TUTAJ.

– W cyklu Leśnika startuję trzeci rok z rzędu, biegałem też Zamieć i Zadymę – opowiadał zwycięzca PółLeśnika, Mariusz Miśkiewicz z Mnicha. – Trasa typowa dla Michała, zawsze umie zadbać, by było odpowiednio ciężko, a dziś jeszcze warunki dołożyły swoje. Ruszyliśmy w czwórkę razem, ale po 3 km już byłem sam z przodu i kontrolowałem bieg do końca, jednak z małymi przygodami – relacjonował. Półtora kilometra przed metą pomyliłem trasę, ale zdążyłem wrócić w ostatniej chwili i nad następnym rywalem miałem tylko 11 sekund przewagi

Zwyciężczyni półmaratonu Kasia Stajszczyk często bywa w Beskidzie Żywieckim, ponieważ mieszka w Bielsku-Białej. – Pogoda była bardziej jesienna, niż letnia, ale niosła mnie dziś na skrzydłach, bo lubię takie warunki – przyznała. Jej forma bierze się chyba stąd, że oprócz biegania również dużo jeździ na rowerze i skiturach.

– To mój czwarty Leśnik i pierwsze podium – cieszyła się Renata Dyduła z Krakowa – dotąd najwyżej byłam czwarta. Teraz byłam przekonana, że jestem gdzieś na końcu, a nie walczę o pudło. Różnice między nami były malutkie, wcześniej się mijałyśmy na trasie, a z ostatniego punktu wyszłyśmy razem.

Mąż Renaty Łukasz, choć biega dopiero od zeszłego roku, ma już zaliczone o dwa Leśniki więcej od małżonki. – Teraz też mi wyszło najlepiej, bo zająłem 17. miejsce – opowiadał na mecie. – Szczególnie się cieszę, że mi się to udało w tych trudnych warunkach. Jesień była nie tylko z nazwy. Trasa typowo leśnikowa, ale dziś Michał się wyjątkowo postarał i znalazł parę odcinków specjalnych. Jednak takie są Leśniki, więcej po lesie, niż po szlakach – podsumował.

–Ze Szczyrku mam bardzo blisko, więc zaliczyłem już wszystkie cztery pory roku Leśnika – powiedział Paweł Przybyła, drugi w maratonie. – Zawsze byłem na pudle, a w ubiegłym roku nawet wygrałem klasyfikację generalną całego cyklu. W tym roku też prowadzę, bo wiosnę i lato wygrałem. Dziś do pierwszego straciłem około 10 minut i spokojnie kontrolowałem swoją pozycję. Było ślisko i przez to ciekawie, na niektórych zbiegach nie dało się zbiegać, co widać po błocie na moim tyłku – śmiał się – na jednym zbiegu leżałem cztery razy! Z Michałowych biegów trudniejszy był chyba tylko sierpniowy Pozor, w którym też biegłem – wspominał.

Tak chwalony i przeklinany przez uczestników organizator Michał Kołodziejczyk stwierdził, że trasa Leśnika na Pilsku jest fajna i pozwala się dobrze zapoznać z miejscowymi okolicznościami przyrody, dlatego została tylko niewiele zmieniona od ubiegłego roku. – Jeśli chodzi o pogodę, to zawsze zamawiamy warunki odpowiednie dla „nominalnej” pory roku – śmiał się. – Dziś miała być jesień, więc była!

KW

fot. KW, Anna Kołodziejczyk


Polecamy również:


Podziel się: