Łódzkie Biegi Górskie w śniegu i pod... psem! [ZDJĘCIA]


Opublikowane w ndz., 20/01/2019 - 19:20

Łagiewniki mają specyficzny mikroklimat. Nawet gdy w całej Łodzi śnieg zniknie, w tym podobno największym miejskim kompleksie leśnym Europy biała pokrywa się utrzymuje. Pewnie to skutek nieco wyższego położenia, w połączeniu z cieniem dawanym przez drzewa. Dzięki temu trzeci z Łódzkich Biegów Górskich tej zimy odbył się w wyjątkowo pięknej scenerii, pod znakiem słońca, mrozu i śniegu.

Przypomnijmy, że organizująca zawody ekipa UKS Orientuś na ten sezon zmieniła trasy, dodając jeszcze więcej podbiegów, a także dla wygody uczestników przeniosła start i metę w pobliże bazy zawodów, czyli Szkoły Podstawowej nr 61 przy Okólnej. Krótszy dystans ma długość 6,6 km, a dłuższy – z dwukrotnym pokonaniem górskiej pętli – 10,5. Mając w perspektywie górski ultramaraton za tydzień, postanowiłem przewietrzyć płuca i zadebiutować na krótszej trasie.

Z podstawowej matmy wynika, że górska pętelka ma 3,9 km. Żeby się na nią dostać, trzeba pokonać 1,35 km dobiegówki. Początek oblodzoną szosą. Mam pobiec treningowo i oszczędzać podkręconą kostkę, i na początku rzeczywiście się oszczędzam. Jakoś nie mam dnia, tygodnia ani miesiąca na szybkie bieganie, ale to bardziej siedzi w głowie. Na pierwszym podbiegu koło szpitala, długim i łagodnym, mimo wszystko przesuwam się w górę stawki. W lesie na szczęście nie jest tak ślisko, jak ostrzegali organizatorzy.

Długa, płaska prosta i legendarny podbieg Orientusia. Potrafi zmęczyć, nawet jak się biegnie z rezerwą. Czterysta metrów długości, ponad czterdzieści w górę – ale to fałszywa statystyka. W jego środku jest bowiem siodełko, które dzieli go na dwie części o znacznie większym nastromieniu. Znów nikt mnie nie wyprzedza, za to doganiam jakieś maszerujące osoby. Wyprzedzają mnie na powrót na płaskim. Zbiegi w tej konfiguracji trasy są, niestety dla mnie, praktycznie niezauważalne.

„Gubałówka”, czyli mega stroma hopka nad Okólną. Znów do przodu, bo większość maszeruje. I na koniec bonusowy podbieg, który w ubiegłorocznej edycji był zbiegiem. Nie mam siły depnąć, a może tylko motywacji, ale trzymam pozycję. Za górką niektórzy z grupki, z którą się ciąłem, skręcają w prawo na dłuższy dystans, a ja z pozostałymi lecimy w lewo do mety. Choćbym nie wiem jak nie chciał, to na finiszu zawsze muszę zyskać ze dwa-trzy miejsca. Meta na łące już bez śniegu, 35:05 na kresce i nie przynoszące chyba wstydu 16. miejsce.

Etatowi zwycięzcy tego cyklu nie zawiedli na obu dystansach. Na 6,6 km najszybsi byli: Sebastian Duszyński (25:15), Michał Nowak (27:12) i Rafał Pszczoła (28:54) oraz Anna Kociak (32:16), Zuzanna Gielec (32:36) i Wiktoria Doreń (34:11), a na 10,5 km Maurycy Oleksiewicz (40:20), Piotr Rzeńca (41:44) i Aleksander Bernaciak (43:09) oraz Dominika Wiecha (49:19), Ewa Gwóźdź (50:12) i Weronika Fortuniak (51:07). Krótszy bieg ukończyło 47 biegaczy, a dłuższy 78. W biegu z psami na 6,6 km wystartowało pięć osób, z czego jedna z dwoma zwierzakami. Wygrała Joanna Spułtowska (32:25), która zostałaby też drugą najszybszą z pań w biegu głównym, gdyby te wyścigi startowały razem. Pełne wyniki można zobaczyć TUTAJ.

– Wczoraj zrobiłem biegowy rekonesans, myślałem że 42 minuty w tych warunkach to będzie dobrze, a tu wpadło 40:20 i poprawa rekordu trasy o 20 sekund – opowiadał na mecie Maurycy Oleksiewicz – więc jestem bardzo zadowolony. Na początku trzymał się mnie jeden zawodnik, ale później zniknął. Okazało się, że to Sebastian Duszyński, który biegł krótszy dystans i go wygrał. Następnie próbował mi siedzieć na ogonie Piotrek Rzeńca, ale mu uciekłem i na mecie miałem ponad minutę przewagi.

– Startuję od początku cyklu, więc to już trzeci raz – powiedziała nam Justyna Bąbol. – Pierwszy raz byłam dziesiąta, potem siódma, a dziś jeszcze nie wiem, mam nadzieję, że lepiej (zajęła szóste miejsce – red.) – Miesiąc temu było według mnie nawet trudniej, bardziej ślisko. A dziś słoneczko i mróz, cudowna pogoda, taka jak najbardziej lubię. Z jednym kolegą współpracowałam przez cały dystans. Gdyby nie on, to chyba bym nie podbiegła pod trzecią górkę, ale że był cały czas przede mną, to miałam motywację. Przed metą mi trochę uciekł, więc musiałam go dogonić i przed samą metą wyprzedzić, i przy okazji jeszcze jednego współzawodnika!

Bieg z psami zawsze startuje pięć minut po głównym. Dziś tradycyjnie pobiegła w nim wataha ze zgierskiego schroniska Medor, w ramach akcji Bieg na 6 Łap, promującej adopcje psów. Biegnąca z Rufusem Joanna Spułtowska dogoniła niejednego zawodnika z biegu głównego. Asia opowiedziała nam o zawodach Raid Féminin w fińskiej Laponii, na które się wybiera już za kilka dni. Jak nazwa wskazuje, startują w nich wyłącznie panie. Rajd ten jest tematycznie związany z profilaktyką i zwalczaniem raka piersi.

– Biegniemy w parach, ja z moją koleżanką z Francji, którą znam olimpiad firm, w których brałam udział – opowiadała. – Jest triathlonistką, a te zawody to też taki specyficzny trzydniowy triathlon. W około minus 20 stopniach mamy pokonać po 14-17 km dziennie, pierwszego dnia biegiem, potem na fatbike'ach, czyli rowerach z grubymi oponami, a na końcu na biegówkach. Na etapie biegowym mają być jakieś dodatkowe przeszkody. A rower mamy jeden na parę, więc jedna jedzie, a druga biegnie. Mam nadzieję, że nie zamarzniemy!

W towarzystwie dwóch rasowych owczarków łódzkich do mety dobiegła Ewa Zborowska. Timba i Kombo to dwa piękne półwilczki, oba adoptowane ze schronisk. – Często z nimi biegam właśnie w tym lesie – powiedziała nam Ewa. – Dziś się wyjątkowo fajnie biegło, ale pierwszy raz bierzemy udział w zawodach i trochę były rozproszone ludźmi. Mimo to pięknie sobie poradziły Koniecznie pobiegniemy w pozostałych dwóch górskich biegach – zapowiedziała.

Dwa ostatnie biegi w cyklu zostaną rozegrane 10 lutego i 17 marca, wszystkie o 11:00. Do bycia sklasyfikowanym w całym cyklu potrzeba trzech startów. Strona organizatorów: http://gorywlodzi.pl

KW


Polecamy również:


Podziel się: