Magda Gorzkowska: "Chciałam jak najszybciej uciec z Makalu". Były Aniołek Matusińskiego zdobywa najwyższe szczyty Himalajów [WYWIAD]


Opublikowane w pon., 20/05/2019 - 20:08

Gdy nieco ponad tydzień temu (w niedzielę 12 maja) polska sztafeta kobiet 4x400 metrów zdobywała złoty medal nieoficjalnych mistrzostw świata IAAF World Relays w Jokohamie, niedawna jeszcze koleżanka i partnerka Małgorzaty Hołub czy Justyny Święty atakowała w Himalajach piąty szczyt świata Makalu (8485 m n.p.m.).

W ostatnią środę, 15 maja 27-letnia Magdalena Gorzkowska zdobyła górę jako druga Polka w historii (po Annie Czerwińskiej), a pierwsza bez użycia butli z tlenem! Została w Himalajach i w tej chwili szykuje się do ataku na szczyt nr 4 na Ziemi - Lhotse (8516 m n.p.m.).

Jeszcze kilka lat temu Magdalena Gorzkowska była znakomitą sprinterką. Bytomianka biegała w składzie sztafety 4x400 metrów, która w tej chwili jest jedną z najlepszych na świecie. W 2012 roku w Londynie była rezerwową na igrzyskach olimpijskich w Londynie. Przez 4 kolejne lata ciężko trenowała, żeby w Rio de Janeiro być już „pełnoprawnym” Aniołkiem Matusińskiego i walczyć o olimpijski medal na bieżni. Szło świetnie, kilka miesięcy przed igrzyskami wraz z Eweliną Ptak, Małgorzatą Hołub i Justyną Święty została w Portland halową wicemistrzynią świata.

I potem… nagle odeszła z dworu Królowej Sportu. Nie zdołała wywalczyć miejsca w składzie sztafety na igrzyska olimpijskie w Rio de Janeiro. „Mój biegowy świat zawalił się wtedy. Straciłam motywację. Musiałam poszukać nowego wyzwania. I znalazłam je w wysokich górach. Mój brat wspinał się od dawna, ale najbardziej zainspirował mnie Jerzy Kukuczka” – mówiła.

Zaczęło się od Mont Blanc. Od momentu, gdy z bratem stanęła na dachu Europy (4810 m), wiedziała, że teraz będzie chciała iść wyżej i wyżej. Potem były Aconcagua i Kilimandżaro. Na chwilę jeszcze wróciła do biegania na wysokim poziomie, ale nie potrafiła już myśleć o niczym innym niż… Mount Everest!

W 2018 roku jako najmłodsza Polka weszła na najwyższy szczyt świata (8848 m). I postanowiła zdobyć wszystkie 14 ośmiotysięczników ziemi. Dokonali tego dotychczas trzej Polacy: Jerzy Kukuczka (1987, jako drugi człowiek na świecie), Krzysztof Wielicki (1996) i Piotr Pustelnik (2010). Ani jedna kobieta. Na świecie dokonały tego tylko dwie: hiszpańska Baskijka Edurne Pasaban (2010) i Austriaczka Gerlinde Kaltenbrunner (2011). W sumie 19 wspinaczy.

Makalu jest drugą perłą Magdy w Koronie Himalajów i Karakorum. Po zdobyciu szczytu pozostała w Himalajach, by za kilkanaście dni zaatakować Lhotse. W krótkiej przerwie na „powrót do cywilizacji”, gdy odpoczywała i kurowała się w Lukli we wschodnim Nepalu, udało nam się porozmawiać z Magdaleną Gorzkowską. Zasięg internetu był tam, niestety, kiepski, więc wywiad z byłym Aniołkiem Matusińskiego trwał wiele godzin. Ale najważniejsze, że się udało!

Na początku rozmowy Magda od razu zastrzegła ze śmiechem:

– Ja chyba nigdy nie byłam Aniołkiem Matusińskiego, bo zaczęto używać tego określenia, gdy ja już nie trenowałam. Więc… raczej nigdy nim nie byłam. Ale w kadrowej sztafecie z trenerem Matusińskim rzeczywiście pracowałam (Aleksander Matusiński odpowiada w reprezentacji za 400 m od 2013 r. - red.).

Piotr Falkowski: – Magdo, skąd pomysł, żeby porwać się na wszystkie ośmiotysięczniki ziemi?

Magdalena Gorzkowska: – Myślałam o tym jeszcze przed zdobyciem Everestu, ale wtedy jeszcze nikomu o tym nie mówiłam, bo… bez żadnego doświadczenia w Himalajach byłoby to głupie. Ale już po Evereście, lecąc helikopterem w dół, bo miałam wypadek (spadająca skała ciężko zraniła jej nogę - red.)  już chciałam w te najwyższe góry wrócić. Nie jest to oczywiście takie proste, bo każda wyprawa jest ogromnym kosztem. Tak więc od jesieni 2018 roku rozpoczęłam przygotowania do obecnej wyprawy. Pewien Nepalczyk podsunął mi pomysł dwóch gór za jedną wyprawą, więc pomyślałam o Makalu i Lhotse. Są blisko siebie i można je ze sobą „połączyć”. To dobry sposób na to, żeby zaoszczędzić czas, pieniądze i wykorzystać aklimatyzację, która już mam po Makalu. Aspekt „historyczny” nie ma wielkiego znaczenia, może i w Polsce nikt tak jeszcze nie zrobił, ale na świecie takie osoby się znajdą (śmiech).

– Czy przygotowanie do takiej „podwójnej” wyprawy różni się czymś od szykowania ataku na jeden szczyt?

– Przygotowanie wyprawy było bardzo trudne. Wszystko na mojej głowie, musiałam zadbać o każdy szczegół. Na ośmiotysięczniku zdobywanym bez tlenu (bo tak postanowiłam wejść na Makalu) najmniejszy błąd może nas kosztować utratę zdrowia i życia, dlatego tez przygotowaniom poświęciłam wiele miesięcy. Samo szykowanie się do ataku na szczyt to chwila pakowania. Największa praca jest przed wyprawą w Polsce.

– Weszłaś na Makalu bez użycia dodatkowego tlenu z butli. Dlaczego zdecydowałaś się na tak trudną i niebezpieczną fomułę? 

– Wejścia z tlenem są dużo prostsze, szybsze i bezpieczniejsze. Gdyby nie butle, wiele osób nie byłoby w stanie wejść na te góry. Ale dla mnie prawdziwym przeżyciem jest zdobycie góry bez wspomagania. Wchodziłam bez tlenu, bo uważam taki sposób za podejście bardziej sportowe. Chciałam siebie sprawdzić. Nigdy nie byłam bez tlenu na żadnym 8-tysięczniku, a tu od razu porwałam się na jeden z najwyższych, bo Makalu to przecież piąta góra świata. Byłam jednak przekonana, że jestem w stanie to zrobić… i tak się stało!

Niestety, przez nieużywanie tlenu nabawiłam się małych odmrożeń palców stóp. W tej chwili nie są jakoś specjalnie poważne, ale po Lhotse mogłoby być gorzej. Prawdopodobnie będę więc musiała iść z dodatkowym tlenem, żeby nie pogłębić złego stanu palców. Bardzo starałam się zapobiec takim dolegliwościom, używałam skarpetek ogrzewanych i ogrzewaczy chemicznych w butach. Myślę jednak, że stało się to głównie poprzez niedotlenienie tkanek. (czytaj dalej)


Polecamy również:


Podziel się: