„Miej marzenia i sięgaj ich spełnienia”. Perun SkyMarathon Ambasadora [WYNIKI POLAKÓW]


Opublikowane w wt., 10/05/2016 - 09:45

Nigdy nie wiadomo

Punkt odżywczy zaliczony, na nim kubek wody na głowę i atak. Trasa robi się trochę spokojniejsza, widoki przyjemne dla oka. Strumyki, po których przebiegamy na zmianę ale i ścieżki całkowicie pokryte są liśćmi - starałem się unikać takich miejsc, gdyż z doświadczenia wiem, że nigdy nie wiadomo co kryje się pod tymi liścikami. Korzeń? Kamień? A może dziura pełna wody czy błota? Cokolwiek by to nie było, zdecydowanie szukałem innego sposobu na pokonanie tych odcinków.

Kiedy już miałem powiedzieć, że coś za łatwo się zrobiło, wbiegłem na asfalt. Tu czekał kolejny punkt odżywczy. Łyk coli, 2 kubki wody na głowę i kostka czekolady w żoładek. Obracam się w lewo i widzę podejście - tym razem to Prislop.

Podejście jest na tyle strome, że biegacze przede mną dosłownie się na nie wdrapują. O biegu raczej nie było tu mowy. Postanowiłem jednak zaatakować szybkim krokiem. Zaskakująco utrzymywałem tempo - widać treningi pomogły!

Wspinam się i wspinam zadowolony ze swojego tempa. Opływam w radości. Kiedy jestem już prawie na górze, dostrzega mnie jeden z czeskich kibiców - zachęca mnie do ostatecznego zdobycia szczytu słowami „puć, puć, puć”. Atak perlistego śmiechu, jaki mnie dopadł był naprawdę ogromny. Czech zaczyna się śmiać razem ze mną. Język czeski, jego brzmienie - naprawdę jest zabawnie!

Biegacze kozice

W śmiechu zdobywam Prislop. Zbieram zakręt po płaskim - jakieś 15 metrów - by za chwilę znów zbiec z góry. Tym razem zbieg dosłownie mnie zatyka. Zastanawiając się jak to ugryźć, przeżegnałem się tylko i rzuciłem się przed siebie. Ale znów się zawahałem i zwolniłem jeszcze bardziej. Na czole pojawił się pot strachu - naprawdę bałem się zbiegać. Wyciągnąłem przed siebie kijki i asekurowałem wszystkie kroki.

Podziwiałem biegaczy, którzy wyprzedzali mnie z niesamowitą prędkością. Byli niczym te górskie kozice. Chcąc bardzo do nich dołączyć staram się przyśpieszyć - to powoduje uślizg na lewej nodze. Ostatecznie postanawiam biec swoim tempem i uważać na kostkę, słabą jeszcze po niedawnej kontuzji. Wiedziałem, że odrobię wszystko sobie na podbiegach.

Zbieg zaliczony znów punkt odżywczy. Pytając na punkcie o cole usłyszałem „coly ne ma, cola wyszla” - kolejny raz rozbawiony językiem naszych sąsiadów wylewam 2 kubki wody na głowę. Do tego 2 kostki czekolady i atakuje dalej.

Szybki bieg nie trwał długo, bo przede mną kolejny podbieg. Tempo spada, ale bieg utrzymany. W taki właśnie sposób zdobywam Sidelna.

Pod koniec podbiegu czuje ból w kolanie. Oj tylko nie to!

Teraz 10 km po lekkich górskich sinusoidach. Odcinek ciągnął się dla mnie strasznie - gdzieś po drodze wyprzedził mnie jeden z znajomych, z którymi przyjechałem. TO Sebastian, jeden z moich najlepszych biegowych kompanów. Nie odmawia prośby poczęstowania colą. Zamieniamy parę słów, po czym widzę już tylko jego plecy.

Trasa się dłuży - przez to nie przestaje myśleć o kolanie. Zjadam kilka cukierków i wypijam sporo napoju na tym odcinku. Zaczyna się ostateczny zbieg ze szczytu. Podjarany - do dobre słowo – prędkością, zapominam o bólu w kolanie i dobiegam do następnego podejścia.

Wcześniej mamy kolejny punkt odżywczy, na którym dodatkowo znajdujemy –uwaga, uwaga – salami. Zaciekawiony tym dopalaczem zjadam łapczywie dwa kawałki. Zapijam colą. Coś pięknego! Chyba znalazłem nowy wspomagacz na górskie trasy.

Magiczne miejsce

Za punktem kolejny szczyt do zdobycia - Ostry. Podejście jednak okazuje się sporym wyzwaniem. Bóll w kolanie wraca, z moich ust wydobywają się pierwsze syknięcia bólu. Tracę tempo – choć może nie przez ból, a przez słońce które przedziera się między koronami drzew. Umęczony dobiegam do magicznego miejsca. Mimo słuchawek usłyszałem to, o czym marzyłem - woda! Strumyk, a z niego wystająca drewniana rynienka. Obok dwa garnuszki dla spragnionych wędrowców. Rzuciłem się na strumień w którym woda okazałą się lodowata – poczułem się doskonale Obmyłem całą twarz, schłodziłem szyje, kark i całe ręce. Całkowicie ochłodziłem ciało...

Po orzeźwieniu zdobycie wierchu stało się oczywistością. No i jak charakter Peruna nakazuje, był podbieg, to musi być od razu zbieg. Ten jednak trochę łagodniejszy - narzucenie wysokiego tempa było dosyć łatwe, gdyż lodowata woda ochłodziła całe kolano i ból był zdecydowanie mniejszy.

Po drodze ostatni punkt odżywczy - oblałem znów całe ciało i postanowiłem od razu ruszyć do mety. Zapas napoju w bukłaku był wystarczający, zatem atak! Zbieg okazał się dość długi, ale nie było nudno gdyż na tym odcinku spotykam sporo turystów. Pozdrawiając się nawzajem „ahoj” przypominam sobie Krecika, który przecież wywodzi się od naszych południowych sąsiadów.

Zbieg ciągnie się dalej a ja cieszę oko, gdyż na szlaku przeważa płeć piękna. No powiem wam, że w Czechach też są naprawdę ładne dziewczyny!

Zbieg kończy polana i zapach świeżo skoszonej trawy. Krótki odcinek po asfalcie i atak ostateczny czyli drugie podejście na Javorovy, tylko od drugiej strony. Wiedziałem, że podejście nie jest łatwe, ale nie wiedziałem, że jest najtrudniejsze ze wszystkich na tej trasie.


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce