"Mocno spokojny i zadowolony z siebie". UTM 170 km Mateusza Hyskiego


Opublikowane w czw., 13/06/2019 - 10:32

Patrzę i zastanawiam się czemu inni robią sobie tu selfie - jakaś góra w tle. Też sobie zrobię i trzeba iść odebrać numer. Pozostały dwie godziny do startu. Jak znaleźć siłę by utrzymać spokój wewnętrzny - wszystko popłynie samo.

Relacja Mateusza Hyskiego

fot. Paulina Bartosińska / UTM

Jeszcze troszeczkę czasu zajmuje mi decydowanie - co włożyć do worka przeznaczonego na pierwszy i trzeci przepak a co włożyć do worka na drugi przepak. Z tego wszystkiego, umknęło mi gdzie włożyłem najważniejszy sprzęt - oświetlenie. Przez chwil kilka kompletnie nie mogę znaleźć czołówki! Zastanawiam się czy nie została w pokoju, w którym spędziłem noc. Stres!! Przeszukuje wszystkie torby.

Okazuje się, że czołówka była włożona do plecaka biegowego a bez niej nie przeszedłbym kontroli sprzętu, która miała miejsce.

"Tutaj będzie powerbank..." - słyszę już gdy podchodzę do kontroli sprzętu, tuż przed wejściem do strefy startu.

"Tak, tu jest...." - bez zastanowienia wykładam wszystkie elementy, zgodnie z regulaminem. Jest ich wiele, lecz to tylko dla bezpieczeństwa.

Odbieram jeszcze małe pudełko GPS - przed startem, którego trzeba włożyć do miejsca wodoodpornego i....

Mało kto ze sobą rozmawia, pełne skupienie. Muzyka z głośników płynie - energetyczna, rytmiczna, zagrzewająca. Ktoś chodzi z kamerką i archiwizuje wybranych zawodników, którzy się rozgrzewają. Procentowo jest tu około sześćdziesiąt procent chyba zawodników, którzy startują na dystansie mniejszym - 105km. Zawodnicy z dystansu 240km już prawie są na trasie dziesiątą godzinę. My, "żółci", sto siedemdziesiątka, mało rozpoznawani w tym "stukilometrowym tłumie" razem ze sto piątką jesteśmy proszeni do wspólnego, przedstartowego zdjęcia.

"Utem !!!"  - z zaciśniętymi pięściami w górze, zdjęcie nam zostało zrobione.

Poszliśmy spokojnie w trasę, bez pośpiechu. Wstępnie fajnie się biegnie pod górkę i z  górki (no z górki :) ) choć ktoś już z góry krzyczy żeby zawrócić - już niespodzianka na starcie.....

Szczerze powiedziawszy to nie pamiętam pierwszych kilometrów, bo biegło się przez pierwsze kilometry chyba sielankowo. Teren wstępnie może był bardzo łagodny i może z uwagi właśnie na łagodność, nie utkwił on w pamięci.

Dużo trawiastych odcinków pamiętam na początku biegu a potem w las i w błoto. Czołówka Led Lenser NEO radzi sobie świetnie. Deszcze z dni sprzed startu przygotowały nam niezłą "jazdę". Kilka razy na trasie tasiemki były umiejscowione również troszeczkę za daleko i doprowadzało to do zastanawiania się czy jesteśmy na trasie, lecz obowiązkowy track trasy, alarmował o powrocie do wcześniejszego miejsca.

Błoto, duże kałuże ale czy głębokie to nie wiem..... Dobrze zasznurowane buty były gwarancją tego, że but nie pozostanie. Było ono naprawdę zbawienne, tak błoto. Pomimo tego, że człowiek się ślizgał a ślizgał się bardzo, daje ono poczucie łagodnego stąpania po terenie, jak "delikatna husteczka higeniczna dla nosa", tudzież dla stopy. Jak wchodzić na bardzo minimalne wzniesienia na bardzo płaskim szlaku gdy wejście na tzw obrzeże szlaku, by nie biec po wodzie, jest niemożliwe z uwagi na właśnie błoto, po którym zjeżdżasz do kałuż. Zapomnij o suchym bucie a skarpety są wciąż suche. To jest jakaś nieziemska jazda gdzie jesteś chwilami pewny/pewna swojego kroku zrobionego a okazuje się, że 'błotko się śmieje" i wciąż skutecznie, jak na razie, destabilizuje - robi na złość perfekcyjnie i to już na pierwszych dwudziestu kilometrach.

Początkowo teren nie był przyjazny do biegania i po pewnym czasie zwyczajnie trzeba było zaakceptować ten fakt, bo już tak było cały czas. Zaakceptuj głębokie rowy na szlaku a w nich pełno wody albo zejdź z trasy.

Słyszę w tłumie, jakieś wstępne obawy. Dotyczą one zbliżającego się wzniesienia, które zwie się Szczeblem. Sprawdzałem o tej górze w z internecie co nie co, ale jeśli tego nie przeżyję, nie wypowiadam się. Kiedyś również ktoś wspominał podczas Trans Gran Canarii o najgorszym, które nas czeka, aczkolwiek jakoś nie przeraziłem się. Tym razem również czekam więc cierpliwie w biegu na ten wierzchołek.

Fakt jest taki, że wchodzimy bardzo stromym podejściem i delikatnie można to porównać, a może i nie delikatnie, do ostatniego podejścia podczas "Piekła Czantorii" dystansu 64km. Nie zatrzymałem się ani na moment. Z doświadczenia wiem, że to nie pomaga, że i tak trzeba będzie ruszyć nogi a są one teraz w transie. Kilku zawodników jednak musiało wstrzymać się chwilowo. Odczuwalne ciśnienie oraz odczuwalne zimno oraz jeśli można to nazwać, widoczna rosa, te właśnie znaki, mówiły o zbliżającym się wierzchołku, którego zresztą i tak nie widziałem, bo skupienie obejmowało już zbieg.

Potem okazuje się, że było już prościej - z górki, przez kilometrowy odcinek w polach oraz małą mieścinę. Ponownie do góry! Cóż, tak będzie, ale po to tu przyjechałem. Wiedziałem, że tu ma być koło 9000m.

Kiedy dobiegałem do pierwszego przepaku, wymienialiśmy się z jednym zawodnikiem prowadzeniem. Zmieniłem bardzo przepoconą odzież, oraz skarpety. Teraz często zwracałem uwagę na mapę, którą przecież miałem non stop pod numerem. Spoglądałem i wiedziałem co mnie czeka a może jeszcze nie wiedziałem. Nie bałem się. Oczekiwałem. Popatrzyłem na mapę i jeśli było coś mocnego - westchnąłem i ruszyłem - przecież i tak nie ominę tego.

Potrafiłem już, w danym stopniu, odczytywać trudność odcinka po kolorach na mapce. W czasie pokonywanej odległości trasy, od punktu do punktu (żywieniowe punkty), nie zjadłem żadnego żela ani batonika. Miałem ich wiele w plecaku, na każdą godzinę - wszystko obliczone. Aż za wiele czekających kalorii by je wchłonąć. Prócz pitej wody oraz popijanego izotonika między punktami, nie posilam się. Żywię się tylko tym co oferują punkty żywieniowe, które są bogato wyposażone. Na przepakach dodatkowo jest kolejna dawka batonów w worku - mieć spokój psychiczny - podstawa.

Rozpuszczony izotonik o pomarańczowym smaku w softflasku, którego już nigdy nie kupię (izotonika i softflaska), sprawdza się tylko do, może, czterdziestego kilometra. Potem pojawiały się delikatne problemy z jego przyjmowaniem przez organizm więc padła szybka decyzja, jak podczas Trans Gran Canarii - pozbyć się tego produktu. Został wylany na punkcie i zastąpiła go czarna, słodka ciecz-jakże popularnie zwana colą. Wróciłem więc do kolejnego elementu starego może schematu, który jest nie do zastąpienia.

Zrozumiałem, że izotonik ten jest dobry na dwa łyki, ale nie jako napój izotoniczny, któremu można zaufać na dłuższych trasach. Mam bardzo duży zapas czasowy po pierwszym punkcie oznaczonym na mapce jako pierwszy limit. Limit opiewa o czas jedenastu godzin natomiast mi udaje się opuścić punkt tuż przed drugą w nocy. Ten czas będzie potrzebny później.


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce