Modlitwa do bezy – nasz GWiNT Ultra Cross [ZDJĘCIA]

Modlitwa do bezy – nasz GWiNT Ultra Cross [ZDJĘCIA]



Zdrój k. Grodziska Wlkp., 13 maja w samo południe. Jeden z pierwszych słonecznych dni w tym wyjątkowo zimnym maju, do tego gorący i parny. Prawie 300 biegaczy stoi przed bramą startową Mini GWiNT-a na dystansie 55 km. Długim, mogłoby się wydawać. Ale to i tak najkrótszy bieg tej imprezy. Pozostałe mają 110 km i 100 mil, czyli 161 km. Nasz start jest jednocześnie bufetem i przepakiem dla dłuższych dystansów.

Zbłąkane owieczki

Krzyśka i mnie zaprosił tu znajomy organizator Kuba, byśmy się przebiegli w jego rodzinnych stronach. Kuba współorganizuje Gwinta od samego początku, czyli od czterech lat, i dopiero teraz znalazł czas, by sam pobiec na 55 km. My obaj z Krzyśkiem chcemy to potraktować jako najdłuższe wybieganie przed czerwcowym Rzeźnikiem. A ja zakładam tempo zupełnie rekreacyjne, bo jeszcze do końca nie wypocząłem po jednej z największych rzeźni mojego życia – pierwszomajowym RMG Ultra w Myślenicach.

Od razu wypadamy na wąskie leśne dróżki i ścieżki. Czasem się korkuje, ale dla mnie to nawet lepiej, bo od początku miał być marszobieg. Gdzieś tam się mijamy z Krzyśkiem, Kubą i znajomymi z Zielonej Góry. Słońce mocno przygrzewa, przyprawiając nas o szok termiczny po ostatnich zimnych dniach. Jest sosnowy i czasem mieszany las, trochę górek i mnóstwo piachu. Bez przerwy rozmowy z nowo poznanymi biegaczami. To znacznie lepsze, niż portal randkowy.

Na 8 km pośrodku leśnej polany mamy pierwszy paśnik. Wciągam banany i dużo coli. Wyruszamy z niego razem z Kasią i Rafałem. Kasia opowiada o niedawnym Stumilaku, którego nie udało jej się ukończyć. Może się gdzieś odnajdzie na moich zdjęciach z Krowiarek.

Kiedy skręcamy z szerokiej leśnej drogi w oznakowaną taśmami ścieżkę, z przeciwka wali na nas prawdziwy pierwszomajowy pochód. Okazuje się, że kilkadziesiąt osób poszło prosto, nie zauważając skrętu! Niektóre z zabłąkanych owieczek dołożyły sobie pewnie ponad kilometr. Teraz przez dłuższy czas będą mnie na nowo wyprzedzać. Z niektórymi się przez chwilę trzymam, ale zaraz odpuszczam. W końcu dziś ma być tylko trening.

Jak już o skręcaniu mowa, to nasz bok GWiNT-owego trójkąta jest mocno pogięty. Z Grodziska (a dokładniej Zdroju) do Wolsztyna jest może nieco ponad 20 km, więc 55-kilometrowa trasa musi gęsto kręcić po miejscowych lasach i polach. O całej idei GWiNT-a i pochodzeniu jego nazwy można poczytać w naszej wcześniejszej relacji: TUTAJ.

Później wraz z Danką i Pauliną z gnieźnieńskiej drużyny o kozackiej nazwie Słynni Kenijczycy doganiamy ich kolegę, który napiera na przekozackim dystansie stu mil. Chłopak ledwo idzie i podpiera się znalezionym w lesie kijem, ale nie traci ducha. Wręcz przeciwnie, w towarzystwie takich wspaniałych koleżanek na nowo go zyskuje. W ogóle zawodnicy biegnący GWiNT-a Normal i Super zasługują na szczególne wspomnienie. Uprzedzając fakty, Tomek dotrze do mety 18 minut przed końcem 27-godzinnego limitu. Po nim bieg na 161 km ukończą jeszcze dwaj zawodnicy – na trzy minuty oraz minutę przed końcem. Ten ostatni, Krzysztof Żak, ma 68 lat! Zwycięzca koronnego dystansu Mateusz Gryczka dobiegł na naszą wspólną metę w Wolsztynie jeszcze zanim wyruszyły stamtąd autokary wiozące nas na start do Zdroju.

Punkt Złamanego Serca

Opuszczamy las. Polne drogi, a później szosa, prowadzą nas do Rakoniewic. Tam na rynku czeka na nas bufet. Zatrzymuję się na dobre 10 minut, dając odpocząć bolącym kolanom. Lewe dawało mi się we znaki od dawna, a prawe dla równowagi stłukłem w Myślenicach. Teraz mocno czuję obydwa. Dystans półmaratonu do tego miejsca zajął mi równo dwie i pół godziny.

Dla przełamania słodkiego smaku żeli i batonów rzucam się na kabanosy, herbatniki i słone paluszki. – I didn't mean to break your heart, but you broke mine! – śpiewa z głośników Fish do niejakiej Kayleigh, kiedy opuszczam bufet, zabierając na drogę kilka ciastków mocy. Na własny użytek nazywam go Punktem Złamanego Serca.

Kolana nie odpuszczają. Dłuższą chwilę zajmuje mi ich rozkręcenie, by z marszu przejść w bieg. Przed skrętem z szosy w polną drogę wzdłuż torów doganiam Anię, w której towarzystwie, jak się okaże, pokonam resztę GWiNT-a. Ania pochodzi dokładnie stąd, więc przez dłuższą chwilę towarzyszy jej rodzinna ekipa wsparcia na rowerach.

Głodno? Zjedz snickersa!

Oboje jesteśmy gaduły, więc na przemian biegnąc i maszerując przez pola i lasy opowiadamy sobie wiele biegowych i życiowych historii. Dzięki temu Ania zapomina o swoim kryzysie, a ja o bolących kolanach. Po jakimś czasie doganiamy Karola napierającego na 110 km, którego ciekawe triathlonowe opowieści będą nam umilać drogę aż do następnego bufetu na 38 km.

Ten mieści się we wsi o jakże pasującej nazwie Głodno. Pięć godzin w trasie. Kabanosami już mi się odbijało, więc na tapetę idą pomarańcze i bakalie. Nie odmawiam sobie położenia cielska na leżaku na kilka minut.

Krótkie spojrzenie na koszulki i bandanki wystarczy, byśmy z dwoma nieznajomymi napieraczami zaczęli gadać jak starzy towarzysze broni. Maciek i Arek tak samo jak ja dopiero co rozprawili się z Runmageddonem Ultra. Takie doświadczenie w jakiś trudny do wyjaśnienia sposób łączy ludzi. W Myślenicach pokonali trasę sporo szybciej ode mnie, ale teraz przyznają, że też czują się jeszcze wykończeni.

W końcu Ania opuszcza punkt, więc nie mogę być gorszy. Niedługo po wyjściu proponuje mi snickersa. Może uznała, że się za mało najadłem na bufecie. A może zacząłem za bardzo gwiazdorzyć.

Przystosowanie organizmu

Początkowy odcinek maszerujemy wraz z Dawidem z najdłuższego dystansu. Mi takie tempo odpowiada, bo kolana coraz bardziej dają się we znaki. Najwyraźniej w dużo gorszym stanie jest jednak stopa Dawida. Siada na glebie i zdejmuje buta. Ania ratuje go tabletką ketonalu. Niezbyt dobre rozwiązanie na biegach ultra, ale co poradzić, że niektórzy je stosują. Po upewnieniu się, że dalej da sobie sam radę, truchtem ruszamy w dalszą drogę. Znowu uprzedzę fakty – skończy to.

A moje kolana jakimś cudem łapią nowe życie. Może to rekreacyjne tempo, w którym jest więcej marszu, niż biegu. A może to przystosowanie organizmu. Od jakiegoś czasu często mijamy się z Kubą – jak później znajdę, tym od znanego bloga 100hrmax.pl. Trasa robi się coraz ciekawsza dzięki największym jak dotąd górkom.

– Bezo, ratuj mnie... bezo, daj mi to skończyć! – powtarza Ania. Zanosi modły do... okazałego tortu bezowego, którego zdjęcie dostała od rodziny na telefon i który czeka na nią w domu.

Po zbiegnięciu z ostatniej większej góry mijamy po prawej zarastające jezioro, a potem ośrodek wędkarski. Później błotny odcinek specjalny. Ogólnie jest sucho, więc my też przebywamy go w miarę suchą nogą. Zaczynam trochę poganiać Anię. Chociaż rekreacyjnie, ale poniżej ośmiu godzin by wypadało się zmieścić.

Ania zna teren. Dzięki niej wiem, że następna woda po naszej prawej to już Jezioro Wolsztyńskie. Na jego brzegu, oprócz mijanych współzawodników ze wszystkich dystansów, napotykamy coraz więcej cywilizacji. Samą końcówkę robimy już w większości biegiem. Na metę wpadamy po 7 godzinach i 47 minutach.

A tam czekają ogromne, ciężkie medale, orzeźwiające piwo grodziskie, ciepła wielodaniowa wyżerka, prysznic w ośrodku sportowym przy samej mecie i masa starych i nowych znajomych. W takich okolicznościach przyrody nawet roje komarów jakoś mniej przeszkadzają.

Miał być trening, a wyszło niezłe przetarcie po pięknych wielkopolskich lasach i całkiem spory umęcz. Nawet najmniejszy GWiNT to duże wyzwanie. A że organizowane z pasją, to udział w nim jest czystą przyjemnością. Kuba, dziękujemy za zaproszenie!

Kamil Weinberg


Polecamy również:


Podziel się: