Mój pierwszy maraton. „Skoro mi się udało...”


30 września 2018 r. to historyczna data w moim ambasadorskim biegowym życiu.

Tego dnia zadebiutowałem w maratonie. 9 miesięcy przygotowań i jedna chwila prawdy. 40. PZU Maraton Warszawski. Mam nadzieję, że wrażenia z tego historycznego dla mnie dnia będą pomocne każdej osobie, która weszła w ten wpis zastanawiając się czy to już czas by wystartować na królewskim dystansie.

Przed maratonem

W czasie przygotowań, które rozpocząłem wraz z początkiem 2018 roku, skupiałem się zarówno na sile biegowej jak i wytrzymałości, przeplatając wybiegania interwałami czy rozciąganiem. Oczywiście przeszedłem równocześnie na - w miarę – lekkostrawną dietę.

Teoretycznie byłem przygotowany do debiutu, jednak miesiąc przed startem - przyznam się - nie czułem się pewnie. Tydzień przed debiutem zaczęły pojawiać się myśli „po co mi to było”. Ale chyba wszyscy tak mają...

Nie mogłem zrezygnować. Zawiódłbym nie tylko siebie, ale również wszystkich, którzy wsparli moją charytatywną zbiórkę dla podopiecznych Fundacji Spartanie Dzieciom. Zbiórka nam się udała, m.in. dzięki naszemu wsparciu powstał integracyjny plac zabaw w Łazienkach Królewskich. Skoro to się udało, to czemu nie maraton? Choć to 42,125 km. Ale musiałem zdobyć ten piękny medal!

Szczytowym momentem stresu był dzień przed startem. Ostatnie plany logistyczne, sprawdzanie prognoz pogody, rozgrywanie całego biegu w głowie. Ostatnie planowanie tempa, ale też ostateczny wybór stroju do startu. Rozmyślenia czy pogoda będzie na krótkie spodenki, jaką kompresję wybrać. Mnóstwo pytań. Jeszcze więcej odpowiedzi. Jedynym pewnikiem były sprawdzone buty, które zaliczyły niejeden start.

Jeśli chodzi o ubranie to i tak w dniu biegu, z rana, zmieniłem strój. Pozostały krótkie spodenki, getry kompresyjne, moje sprawdzone buty, sprawdzony na niejednym biegu kompresyjny longsleeve Under Armour, który wiem, że zapewnia mi zawsze komfort biegu. Zrezygnowałem z czapki, bo te zapowiadane w południe w dniu biegu 15 stopni jeszcze powinno być do wytrzymania.

Maraton

Delikatna rozgrzewka, ale to bardzo delikatna, bo przy dość statycznym, długim biegu chciałem po prostu lekko rozgrzać organizm.

Stoję na starcie, zaraz wybije godzina 9:00. Zachwycam się tegoroczną koszulką maratonu z tekstem „Snu o Warszawie”. Wsłuchiwałem się w tekst, nuciłem melodię wraz z kilkoma tysiącami innych biegaczy... Jak debiutować w maratonie, to tylko w swoim rodzinnym mieście!

Planem na ten bieg była… meta. Kończąc bieg i tak uzyskiwałem tzw. „życiówkę”, punkt odniesienia do ewentualnych kolejnych startów. Mini planem było ukończenie biegu poniżej 4 godzin. Czy mi się udało? Już mówię.

Zacząłem w tempie ok. 5:20 min./km podczas pierwszych 5 km, starając się trzymać to tempo. I tak mijał kilometr po kilometrze, przyglądając się malowniczej trasie w Warszawie. Bardzo podobał mi się odcinek w stołecznym ZOO oraz Agrykola i Łazienki, które są miejscem moich codziennych treningów i ten odcinek mógłbym biec z zamkniętymi oczami.

Zanim się obejrzałem minął dystans półmaratoński i powrót na trasę z pierwszych kilometrów, bo w tym roku trasa na pewnych odcinkach powtarzała się, w tym odcinek ze startem. Widziałem radosne twarze osób, które ukończyły bieg na 5 km, dzięki wielkie za doping!

Z uwagi na wmordewind, ciężko zaczęło robić się już na Wisłostradzie. Potem podbieg przy Moście Gdańskim - było to męczące. Tak samo jak wiadukt za mostem po drugiej stronie Wisły. Od 30. Ja na szczęście trzymałem się dobrze, założone tempo utrzymywałem właśnie do 35. kilometra. Potem już najzwyklejsze w świecie zmęczenie coraz bardziej dawało o sobie znać.

Wiedziałem, że z każdym kilometrem będzie coraz trudniej. Ale nie zatrzymywałem się. Moment dobiegnięcia do Mostu Świętokrzyskiego, czyli ostatnich dwóch kilometrów, to już myśl „byle dobiec”, ale i równocześnie powracające „po co mi to było”.

Na szczęście zaraz za mostem czekali na mnie moi kibice, którzy wspierali mnie już do mety. Dzięki temu udało mi się dobiec z czasem 3 godziny i 47 minut. Dało mi to ostateczny wynik 2 minuty wolniejszy niż prognozowany czas na mecie na podstawie wyniku po 5 kilometrach.

Jestem zadowolony, przede wszystkim zadowolony, że ukończyłem, ale też, że trzymałem tempo i zmieściłem się w 4 godzinach.

Po maratonie

Piękny medal jest już mój. Historyczny start i finisz zaliczony. Potrzebowałem trochę czasu by przemyśleć ten bieg i towarzyszące mu emocje.

Jaki to był bieg? Taki, który dał mi ogromną satysfakcję z ukończenia, o którym będę pamiętał i mam nadzieję, że moje wrażenia będą dla was pomocne.

Równocześnie ten bieg nie dał mi jakiejś wielkiej przyjemności na trasie, bo od samego początku podszedłem do niego zachowawczo, wysłuchując relacji mądrzejszych ode mnie, którzy mają już sporo takich wyzwań na swoim koncie. Dzięki temu byłem w stanie ukończyć maraton bez żadnych sensacji, co uważam za najistotniejsze podczas mojego debiutu.

Jak wspominałem, jest ogromna satysfakcja, ale nie było podczas biegu przyjemności. Za to kilkanaście minut po ukończeniu pojawiły się straszne skurcze. Obstawiałem, że następnego dnia nie będę mógł chodzić, nawet specjalnie wziąłem dzień wolny przeznaczony na regenerację. Jak się okazało, nie było mi to za bardzo potrzebne, bo dzień po nie czułem zmęczenia, które uniemożliwiałoby mi normalne funkcjonowanie. Po niektórych treningach czułem większe zmęczenie. Jaki z tego wniosek? Byłem dobrze przygotowany do biegu, wszystko dzięki trenerom Legia Run Club - Maćkowi i Tomkowi. Dzięki wielkie!

Ja tymczasem wracam do krótszych dystansów, bo one sprawiają mi o wiele większą przyjemność.
W każdym razie maraton nie jest taki straszny, skoro mi się udało to i wy dacie radę! Trzeba się po prostu dobrze przygotować.

Trzymam za Was kciuki!

Michał Sułkowski, Ambasador Festiwalu Biegów


Polecamy również:


Podziel się: