Mount Everest, Łysica, Kasprowy. Wdrapywali się na szczyty... po schodach [ZDJĘCIA]



Imprez biegowych jest coraz więcej, ale takich naprawdę odjazdowych wciąż jest niedostatek. Zawody w terenie niewiele różnią się od siebie. Podobnie jest z tymi na asfalcie. Na szczęście są wyjątki o nietypowej formule i Marriott Everest Run do tego grona się zalicza. Impreza zagościła w w weekend w warszawskim hotelu Marriott. Jeżeli chodzi o oryginalność to ścisła czołówka - Śmiałkowie pokonywali na klatce schodowej najwyższy szczyt świata...

Na starcie stanęło dwustu miłośników biegania. Najbardziej ambitni mieli do pokonania 8850 metrów w pionie, czyli wbiegnięcie 65 razy na 41. piętro (165,5 metra). Nie była to zatem impreza dla amatorów, choć każdy mógł sobie samemu wybrać szczyt, na jaki chciał się wspiąć. Byli więc zdobywcy Łysicy (612 metrów - pięć wejść na szczyt), Kasprowego Wierchu (1987 i 25 wejść) i tak dalej. Byle zmieścić się w limicie czasu wynoszącym 24 godziny.

Tym, co odróżniało Marriott Everest Run od innych imprez, był brak rywalizacji. Nie liczyło się kto pierwszy wbiegnie na metę. Każdy walczył tylko ze sobą, własnym bólem, zakwasami, choć oczywiście było wielu pasjonatów z ogniem w oczach chcących wyprzedzić jak najwięcej osób. - To bardziej zabawa niż poważne zawody. Coś dla tych, którzy chcą przyjść i się wyszaleć - powiedział nam ultramaratończyk Adam Doliński, który zakończył rywalizację po 546. piętrze (1774,5 metra).

Właśnie dobra zabawa wydaje się być kluczem tego biegu. Rzeczywiście humoru nie brakowało. Nie tylko zresztą samym zawodnikom, ale też i organizatorom, którzy przygotowali dla uczestników dyplomy z wyrazami gratulacji wytrwałości oraz... współczucia wobec lekko obłąkańczej pasji biegaczy. Były też mobilizujące hasła na 41. piętrze "Jak schody cię nie pokonają, to nic cię nie pokona", "Ciśnij do końca!", "Jesteś na szczycie i kochasz życie", a także "Nie zgub się", "Że ci się chce...".

Nastroje miłośnikom dawania sobie w kość psuły jednak nieco windy. Na górę trzeba było drałować na nogach, ale w dół się zjeżdżało i na ogół działała tylko jedna winda przez co tworzyły się zatory. Nierzadko na zjazd trzeba było czekać nawet kwadrans, podczas gdy średnio czas dostania się na szczyt wynosił około ośmiu minut... Po niektórych widać było, że chcieliby od razu ruszyć dalej, zamiast tracić czas w kolejce.

Mniej nerwów mieli ratownicy, którzy mogli na szczęście nie narzekali na nadmiar pracy. - To bardzo spokojne zawody. Widać, że startują zaprawieni zawodnicy i nie przesadzają z wysiłkiem. Poza tym tempo też nie jest zbyt duże - usłyszeliśmy od dwójki ratowników, którzy umilali sobie czas korzystając z Facebooka w telefonie czy czytając książkę. Oby tylko takie zajęcia mieli ratownicy na imprezach biegowych!

Oni mieli zresztą więcej powodów do zadowolenia. Zyski z organizacji imprezy zostaną bowiem przekazane Fundacji Wsparcia Ratownictwa RK, która zajmuje się między innymi edukacją medyczną i propagowaniem tego szlachetnego zajęcia.

Głównymi postaciami byli jednak zawodnicy. Wszyscy bez wyjątku zachwyceni, że w Polsce wreszcie można załapać się na takie imprezy. - Na razie doleciałyśmy na Łysicę jak przystało czarownicom (śmiech). Zrobiłyśmy pięć rundek, ale to oczywiście nie koniec. Planujemy zrobić dwadzieścia. Impreza jest fantastyczna. Jedyna wada jest taka, że trzeba długo czekać na windę - usłyszeliśmy od dwóch sympatycznych biegaczek, Katarzyny Trębackiej i Magdy Zbrzeskiej.

Łatwo na trasie nie było. - Mam już zakwasy, ale głównie po piątkowym dźwiganiu ciężarów. W regularnym treningu chodzę też na zajęcia z ciężarami, bo uprawiam crossfit. Szykuję się do marcowego maratonu i takie zawody mi się przydadzą - stwierdziła Katarzyna Trębacka. - Ja zajmuję się organizowaniem zawodów narciarskich i mam ogromny szacunek do organizatorów tego biegu, bo to wielkie wyzwanie - przyznała Zbrzeska.

Nie można się nie zgodzić, impreza rzeczywiście udała się. A kłopot z windami to tylko choroba wieku dziecięcego. Za rok na pewno zostanie rozwiązany. Bez wątpienia będzie bowiem ciąg dalszy, bo zainteresowanie było ogromne a i komentarze bardzo pozytywne. - Wiele osób, które nie zdążyły kupić pakietu startowego, pytało kiedy będzie następny taki bieg. Zapotrzebowanie jest duże - zauważyła Marta Tittenbrun z biura prasowego Marriott Everest Run.

Racja, zapotrzebowanie jest. I widać to nie tylko po samych cyferkach, ale także w minach startujących. Formuła bardzo im się bowiem spodobała. Oj, brakuje u nas takich imprez...

ŁZ

Polecamy również:


Podziel się: