Multirig, Destiny i wilcze doły. Armagedon Active w Kamieniu k. Kalisza [WYNIKI, ZDJĘCIA]


Opublikowane w pon., 12/08/2019 - 08:42

Kamień k. Kalisza, 10 sierpnia, 14:45. Wypasiony multirig z krótkimi linkami i nunczakami stoi pod lasem, zrzucając z siebie zdecydowaną większość zawodników z krótszego, 6-kilometrowego dystansu Loszka. To samo robi trzyczęściowa kombinacja Destiny – mało komu przeznaczone jest ukończyć ją w całości. Bujające się Księżycowe Płyty i długaśny low rig wyglądają równie ciekawie. Ruszamy w czwartej fali biegu z przeszkodami Armagedon Active na dłuższy, 12-kilometrowy dystans Dzik.

W marcowej edycji w Okręglicy pod Sieradzem nie było mi dane wystartować przez długie, wredne przeziębienie. Teraz, choć całkiem zaniedbałem trening typowo OCR-owy i skupiam się bardziej na górach, nie odmówiłem sobie okazji sprawdzenia się na zapowiadanych ciekawych przeszkodach. Nie biegnę z zamiarem walki o czas, chcę po prostu pobawić się na nowych zabawkach...

Autorzy trasy od samego początku chcą nas wymęczyć. Łapiemy worki z piachem. Nie są zbyt ciężkie, ale nie można tego powiedzieć o rundzie, którą trzeba z nimi pokonać. Składa się ona z ciągu wilczych dołów. Naprawdę długiego i naprawdę głębokich. Bez przerwy hop w dół i hop do góry, tak gdzieś na głębokość wysokiego człowieka. I to wszystko z obciążeniem. Po zrzuceniu wora serce chce wyskoczyć do gardła nawet przy lekkim truchcie.

W niektórych wilczych dołach było błoto. Po chwili znowu przebiegamy przez piaszczystą, mokrą ciapę, tak chyba dla dociążenia naszych butów. Hop przez wysoką ściankę i biegniemy skrajem lasu, w kierunku widocznych z daleka bel siana. Przez jedną łatwo przeleźć, ale kłopot w tym, że jest ich dziewięć. Zmęczenia nigdy dość...

Przechodzimy strumyk w bród i długo biegniemy lasem. Górek to tu nie ma, ale ich brak powinny zrekompensować przeszkody. Do jednej z nich przymierzam się nadprogramowo, choć nie muszę, bo przeznaczona jest tylko dla zawodników elity. To Winda do Nieba, czyli lina zawieszona na kręcącym się bloczku. Trzeba po niej wejść na samych rękach, przechwytując się dynamicznie obiema rękami na dwóch żyłach. Do oznaczonego punktu brakuje mi dosłownie kilku centymetrów, a przy okazji paskudnie rozkrwawiam sobie palca. Jak się bawić, to się bawić...

W końcu dobiegamy do zalewu. Wodna przeprawa nie jest głęboka, lecz pośrodku niej trzeba zanurkować pod belką. Pozostały odcinek dla rozluźnienia przepływam dyrektorską żabą.

Po wyjściu z wody na mokrych zawodników czeka pierwszy low rig, czyli nisko zawieszona konstrukcja bujających się elementów do przejścia na rękach i nogach bez dotykania gleby. Trochę się korkuje, muszę odczekać chwilę w kolejce. Elita, by nie stracić opaski, próbuje do skutku. Oni mają też utrudniony sposób przejścia, bez chwytania łańcuchów. My możemy je łapać, ale i tak niezbyt wierzę w skuteczność swojej próby. Jednak choć low rigów nigdy nie ćwiczyłem, dość szybko znajduję się na drugim końcu przeszkody. Pierwszy mały sukces.

Z Librą, czyli równoważnią w postaci bujanej huśtawki, nie idzie już tak łatwo. Jest cała ubłocona. Póki wchodzę po drewnianej belce, jakoś daję radę małymi kroczkami w górę. Z mokrym blaszanym okuciem w punkcie podparcia belki jednak moje buty nie mają szans i muszę zeskoczyć. Odbębniam pierwsze dziś karne burpees, na szczęście w ilości tylko 10. Z równoważniami to ja się nigdy nie lubiłem. No i buty mam świetne na trudny teren, ale niekoniecznie do łażenia po pochyłych, śliskich belkach.

Z powrotem biegniemy pochyłym, betonowym ocembrowaniem zbiornika. Po wyjściu z niego wspinaczka na Strażaka, czyli metalowy drąg z pierścieniami, i powrót tym samym długim, leśnym odcinkiem. Wracając do miasteczka zawodów, mamy jednak trochę więcej atrakcji, takich jak długi spacer z pieskiem (ciągnięcie trylinki na sznurku) i nabiegowa ścianka. Przełażenie przez kręcące się bele siana oczywiście musimy ponownie zaliczyć – tak na dobicie przed najciekawszymi, technicznymi przeszkodami przed metą.

Zanim się przymierzę do multiriga, sędziująca na nim Magda z Rajsportu, z którą wcześniej sobie pogadaliśmy jak robiłem tu zdjęcia, opatruje mi wciąż krwawiącego palca. Bujane kółka i drąg na łańcuchach to formalność, lecz krótka linka i nunczaka mnie chwilę przytrzymują. Chwyt w łapach jednak mam wciąż mocny i dochodzę do końcowego teownika. Ostatnie podciągnięcie i dzyńńń – weszło od strzału!

Skok przez ściankę, polewana przez strażaków góra piachu i znów te cholerne wilcze doły. Księżycowe płyty tym razem w przeciwną stronę. Tybetański mostek i wykopany dół z wodą po szyję – chyba dla opłukania z błota przed jeszcze jednym low rigiem. Przypomina ten poprzedni, ale jest chyba dwukrotnie dłuższy. Pierwsza belka i uchwyty idą dobrze, jednak kiedy nogi ześlizgują mi się z końcówki pręta, tracę dużo czasu i sił na ich ponowne oparcie. Przechodzę jeszcze kilka następnych uchwytów, zaczepiam jeszce nogi w środkowym kole, lecz na więcej nie pozwalają zmęczone łapy i braki techniczne. Na kolejną próbę brakuje siły. Dwadzieścia krokodylków nawet za bardzo nie boli.

Zanim dobiegiemy, czy raczej doczłapiemy do Destiny, mamy do przejścia... jeszcze kilka wilczych dołów. Na przeszkodzie kolejka, ale to nawet lepiej, bo można chwilę odpocząć.

Destiny składa się z trzech części. Pierwsza to kilka bujnięć na linach i kółku, siatka do przejścia dołem i krótki low rig zakończony bujaną ławeczką. Kolejna to wymyślna równoważnia z chwiejącymi się huśtawkami i kołkami – tu się przymierzałem na sucho przed biegiem i nie dawałem rady. Ostatnia część to sekwencja z linami, drągiem na łańcuchach, kółkami gimnastycznymi i bujającą się ramą. Można je próbować częściowo oddzielnie – kara za niepokonanie pierwszych dwóch to 30 burpees, a za końcówkę 20.

Myślałem, że spadnę dopiero na równoważni. Pierwsza sekwencja wchodzi pozornie łatwo, jednak przy próbie zahaczenia nóg o ławeczkę dotykam ziemi. Jestem już zbyt wypruty na drugą próbę, więc trzaskam trzydzieści karniaków. Jak łatwo się domyśleć, wykańcza mnie to jeszcze bardziej. Daję sobie chwilę odpoczynku, bo na końcówkę Destiny się zawziąłem. Długi drąg, kółka, lina. Przewiduję, że kiedy rama bujnie mnie w dół, nie będę miał już siły podciągnąć się do dzwonka. Podchodzę więc do niej taktycznie i wchodzę po linie tak wysoko, jak się da, by złapać ramę za górną część i mieć zapas wysokości. Przechodzę ją górą. Przy bujnięciu w dół oczywiście rozginają mi się łapy, ale zaczepiam prawe ramię o dolnego drąga ramy. Co z tego, że się boleśnie obcieram – wisząc tylko na nim, lewą ręką klepię dzwonek!

Spadam jak grucha na siano. Jest totalne wykończnie, ale i niezła radocha z w miarę udanej zabawy na przeszkodach. Wszystkie byłyby dla mnie do przejścia przy odrobinie ukierunkowanego treningu, bo siła w łapach została z dawnych, wspinaczkowych czasów. Jutro wszystko będzie mnie bolało – zapomniałem, że OCR to wpi***ol zupełnie innego rodzaju. Na metę wpadam po 2 godzinach i 24 minutach.

A tam dobra wyżerka – kiełbaska i kaszanka z rusztu, chleb ze smalcem i ogórkami, owoce, no i pyszne ciasto i ręcznie robione batony od niezastąpionej Pauliny z Rajsportu. Cały bieg też mi się podobał. Przeszkody na wysokim poziomie, dobre sędziowanie, a na mecie rodzinna atmosfera. W Kamieniu było jak na mój gust za płasko, jednak to odbijemy sobie w Okręglicy – główny organizator Michał Piotrowicz z Rajsport Active już teraz zaprosił wszystkich na kolejną edycję Armagedonu właśnie tam 26 października.

Żadnej z kobiet z elity nie udało się pokonać wszystkich przeszkód. Wśród mężczyzn natomiast wygrał Maciej Serafiński z drużyny Nextreme – przeszkodowiec w drugim pokoleniu, syn Roberta, który w barwach Dziadów OCR również doniósł do mety opaskę elity. – Startuję w OCR dopiero od tego roku, i to jest moje pierwsze zwycięstwo – powiedział mi na mecie zwycięzca. – Przyznam, że nastawiałem się na walkę o podium. Trasę oceniam jako dosyć prostą i szybką, a przeszkód było dla mnie trochę mało – stwierdził.

Jednak Maciek, mimo krótkiego stażu, to już zawodnik z wyższej półki. W tegorocznych ME w Gdyni na krótkim dystansie zajął dziewiąte miejsce w kategorii wiekowej, a na długim piąte. Już dla jego taty, podobnie jak dla większości pozostałych zawodników, przeszkody nie były takie proste...

Czas Macieja Serafińskiego to 1:07:35. Kolejne miejsca w elicie Dzika zajęli: Artur Kozłowski z Husarii Race Teamu (1:09:15) i Wołodymyr Łychickij z Watahy (1:11:03). Opaski obroniło 18 zawodników.

Miejsca na podium Dzika open zajęli: Krystian Mędrygał z Watahy (1:24:46), Piotr Werner (1:25:41) i Maciej Frydrych z Watahy (1:25:56) oraz Justyna Kowalska (1:47:56), Paulina Morańda (1:54:26) i Anna Daszkiewicz (1:55:30). W limicie czasu 2h30 ukończyło 92 zawodników. W sumie na dystansie Dzik (elita i open) wystartowało 160 osób.

Pierwsza trójka mężczyzn na Loszce: Michał Kaniewski (40:41), Rafał Sobczak z Rajsport Active (44:23) i Tomasz Jasiński z KM PSP Kalisz (44:47). Wśród pań na podium stanęły: Karolina Fijak z Grażynek OCR (49:30), Anna Zientala z Kabanów Zduńska Wola (50:57) i Julita Titz-Koza z Szakali Bałut Łódź (54:20). Ukończyły 153 osoby.

Drużynowo Dzika wygrała Wataha, a Loszkę Kabany Zduńska Wola przed Rajsport Active i ekipą Świnkichudzinki.

Pełne wyniki wszystkich klasyfikacji można zobaczyć TUTAJ.

KW


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce