Nasz Akamas Blossom. Najpiękniejsze ultra po dywanie z kwiatów! [ZDJĘCIA]


Opublikowane w wt., 12/03/2019 - 19:28

W ciągu ostatnich dwóch lat przebiegłam wszystkie główne maratony na Cyprze (nie licząc reaktywowanej niedawno Nikozji), ale powrót na wyspę kusił. Może więc jakieś ultra? Wybór, zamiast na oczywiste Cyprus Ultra albo Buff Troodos Ultra, padł na niszowy Akamas Blossom Running Festival. Dlaczego? Trudno po czasie znaleźć jasną odpowiedź. Może zadecydował fakt, że tej części wyspy jeszcze nie zwiedziłam? A może termin? Cokolwiek to było, nie mogłam wybrać lepiej. Nigdy w życiu nie widziałam (i śmiem zaryzykować stwierdzenie, że już nie zobaczę) tak pięknej trasy. Od pierwszego do ostatniego metra zachwycało mnie na niej wszystko. Ale od początku…

Od pierwszej wiadomości wymienionej z organizatorami, Cyprus Trail Runners, wiedziałam, że będzie inaczej. Bezpośredni kontakt z każdym z uczestników, kameralna atmosfera. Cóż, na liście startowej mniej niż 100 osób. Za to kilkudziesięciu narodowości! Odbiór pakietów w sobotnie popołudnie w hotelu w Baths of Aphrodite. Dostaję swój numer (z materiału!) i słyszę „red or white?”. Zdziwiona, nie wiem o co chodzi, bo pytanie kojarzy się raczej z restauracją niż biurem zawodów.

Okazuje się, że słusznie, bo uśmiechnięta wolontariuszka pyta, jakie wino wolę w pakiecie. Poza butelką dostaję też chustę wielofunkcyjną, bawełnianą torbę na ramię i kilka próbek żelu chłodzącego. Do tego informacja o kolorach oznaczeń trasy na jutro: żółte tasiemki dla 32 km, pomarańczowe dla 21 km i różowe dla 7 km. Mnie dotyczą najpierw żółte, później pomarańczowe, bo trasa najdłuższego dystansu składa się z dwóch całkiem różnych pętli.

Niedziela, 7:00. Stoimy na starcie na skraju Baths of Aphrodite, miejscowości, w której zaczynają się szlaki wiodące po Półwyspie Akamas. Ostatnie instrukcje (oznaczenia, punkty odżywcze, numery alarmowe, segregacja śmieci w punktach, dyskwalifikacja za śmiecenie…), odliczanie i startujemy. Nie ma chipów, pomiar czasu jest ręczny. Jest jasno, ale dość pochmurnie. Słońce oszczędza nas w początkowych godzinach biegu. Ruszamy wzdłuż brzegu i już po pierwszych metrach wiem, że to będzie wyjątkowa przygoda.

Ziemia pod nogami na czerwony kolor, przy ścieżce rosną cyklameny, większe od tych, które u nas można kupić w doniczkach. Po prawej, nieco w dole, morze atakuje wszystkimi odcieniami błękitu. Po chwili zza chmur wyłania się słońce i sceneria staje się prawdziwie bajkowa. Tymczasem biegniemy wzdłuż brzegu, zbiegamy niemal do linii wody, kierując się do Fontana Amorosa, urokliwej zatoki (serio? A co tutaj nie jest urokliwe?). Nawierzchnia przechodzi w porowatą skałę a później w złoty piasek. Jest nieprawdopodobnie pięknie. Zupełnie, jakbym obudziła się nagle w bajce…

Mijają kilometry, wbiegamy między niewielkie krzewy i drzewka, by po chwili wspinać się stromym, skalistym brzegiem klifu. Tutaj, dla odmiany, skały są białe a porastające je krzewinki oszałamiająco zielone. Między kamieniami ukrywają się drobne kwiatki: czerwone, żółte, różowe. Chociaż z wykształcenia jestem biologiem, nie mam pojęcia co to za gatunki. Trudno się dziwić: Półwysep Akamas to najlepiej zachowana i najdziksza część Cypru, która w swojej różnorodności gatunkowej posiada ponad 130 endemitów. To rośliny, które nie występują nigdzie indziej na świecie, więc nic dziwnego, że nie potrafię ich nazwać. Kolory i zapachy oszałamiają, wydają się całkowicie nierealne.

Docieramy do pierwszego punktu odżywczego, którym jest samochód terenowy z rozłożoną paką pełną cudowności. Czego tam nie ma! Soczyste, wspaniałe pomarańcze, banany, figi, kilka rodzajów ciastek i batonów, żelki, pita z różnym nadzieniem, soki, cola i woda. Krótki postój i w drogę. Wbiegamy na płaski, rozległy obszar porośnięty krzewami i drzewkami oraz tysiącami kwiatów. Pachną obłędnie, wokół brzęczą zapylające je owady, słońce ostatecznie wyłania się zza chmur. Wszystko wydaje się nierzeczywiste. Podobnie jak stroma góra, na którą po chwili się wspinam. Te widoki! W dole morze, wokół zieleń a nade mną idealnie błękitne niebo… Zbiegamy po zielonym zboczu pokrytym… dywanem kwiatów. Tak, biegnę po kwiatach! To musiało mi się przyśnić. Pod nogami migają żółte kwiatki, jakieś cebulowe rośliny i znowu cyklameny. Pomiędzy nimi prześwitują białe skały. Lawiruję między krzewami. Wiele z nich kwitnie: na niebiesko, czerwono, biało, żółto… Nie mam najmniejszych wątpliwości, że nazwa biegu „Akamas Blossom” jest trafiona w dziesiątkę. Miejscami szlak wytyczony przez organizatorów jest tak wąski, że z trudem można się przecisnąć miedzy krzewami. Szybko przekonuję się, że śródziemnomorska makia, choć piękna, jest dość niebezpieczna. Większość roślin jest sztywna i ciernista a spotkania z nimi czuję wyraźnie na łydkach i ramionach.

Trasa wiedzie w górę i w dół, skały pod nogami zmieniają barwę z czerwonej na białą, złotą, potem niebieską. Tutaj zdejmują okulary, nie dowierzam własnym oczom. Niebieską?! Miejscami biegnę po pylistych ścieżkach, czasami po kamieniach. Różnorodność podłoża zdumiewa. Pod koniec większej pętli czeka naprawdę stromy zbieg do Łaźni Afrodyty. Organizatorzy pytają czy wszystko w porządku, uzupełniają zapasy i wysyłają w dalszą drogę, na mniejsze kółko. Zaczyna się popularnym tutaj szlakiem Adonisa, stromo pod górę. Znowu widoki zaskakują: im wyżej się wspinam, tym więcej kwiatów i tym piękniejszy widok na zatokę w dole. Ławki poustawiane po drodze kuszą, żeby przysiąść i chłonąć widoki.

Za szczytem sceneria zdecydowanie się zmienia: biegniemy przez gaj oliwny, później polem jęczmienia (tutaj zboże wykształciło już kłosy!), przez las. Trasa prowadzi jednym z wyznaczonych tutaj szlaków. Na szczycie kolejnej góry czeka oszałamiająca panorama. Tuż za nią trasa opada niemal pionowo po skałach i dalej kamienistym zboczem. Kręcimy się jeszcze po okolicznych zboczach i lasach.

W połowie okrążenia trafiam na kolejny świetnie wyposażony punkt odżywczy. Wolontariusz pyta jak mi się podoba a ja nie szczędzę słów zachwytu. Kiedy mówię, że to niesamowite, bo w moim kraju właśnie pada śnieg, jedna z kobiet wykrzykuje zdumiona: „Jesteś z Rosji?!”. Tracę kilka minut na wyjaśnienia, ale nie żałuję. Okazuje się, że jeden z Cypryjczyków był w Gdańsku i Białowieży, planuje powrót do Polski. Żegnamy się i ruszam na ostatnie 10 kilometrów trasy. Łudzę się, że będzie już z górki, tymczasem czeka mnie jeszcze kilka solidnych podbiegów. Ostatni zaledwie 1,5 km przed metą.

Przez 50 kilometrów było oszałamiająco pięknie, ale ostatnie trzy dosłownie wbijają w ziemię. Kiedy zaczynam zbiegać ze zbocza w stronę zatoki, choć ścieżka jest idealnie nachylona, by się rozpędzić, zatrzymuję się. Po prosu zapominam, że miałam gdzieś bieg. Wokół mnie zieleń i kwiaty, w dole rysuje się powycinana zatoka z wodą mieniącą się lazurowo a nad głową idealnie błękitne niebo. Tuż obok przemykają kozy, do których zdążyłam się przyzwyczaić w trakcie biegu. Stoję jak w murowana i chłonę ten widok. Zapach kwiatów obezwładnia. Najchętniej zostałabym w tym miejscu… Ale przecież meta, ostatnie kilometry. Trzeba biec.

Wcale nie jest tak łatwo, bo sama końcówka wije się między gęstymi i kolczastymi krzewami, wspina pod górę i stromo opada do mety. Tam gratulacje i wielka fiesta. Nie ma medali, zamiast tego pamiątkowe antyramy ze zdjęciem. Zatrzymuję się… i zaczynam żałować, że to koniec. 52,5 km z przewyższeniem 1440 m, ale mnie jest ciągle mało: widoków, zapachów, doznań. Nigdy nie spodziewałam się, że ultra może być tak piękne, dzikie i zachwycające. Jeszcze nie wyjechałam a już marzę, by wrócić…

KM


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce