Pobiegliśmy Gran Canaria Maratón. Było jak...w raju!


Opublikowane w śr., 25/01/2017 - 10:40

Słońce i palmy w środku zimy? Niebieskie niebo podczas maratonu i piękna opalenizna tuż po nim? To możliwe. Wyjazd na maraton na Gran Canarię to trochę jak wycieczka do raju. Można wypocząć, pozwiedzać i ukończyć niezwykły bieg, choć na życiówkę trudno liczyć, kiedy różnica temperatur sięga ponad 30 stopni.

Po pierwsze: warto. Jest pięknie i zachwycająco a sam maraton jest dobrze zorganizowany. Zachwyca sama wyspa i jej gorący klimat, który pozwala się oderwać od szarej polskiej zimy i mrozów. Porywa klimat biegu, który na wyspę przyciąga biegaczy z całego świata, czyniąc ze styczniowego weekendu wielkie święto biegania.

Już na lotnisku spotykam wielu biegaczy z Polski, w biurze zawodów znajomych Włochów a na starcie stoję obok reprezentantów Urugwaju i dużej grupy Duńczyków. Wszyscy mówią zgodnie: przyjechali, żeby się dobrze bawić i odpocząć, nie planują się ścigać ani walczyć o wyśrubowane czasy. Nie o tej porze roku. Chociaż 20 stopni to jeszcze nie upał i temperatura wydaje się niegroźna, już po kilku kilometrach biegu można wyraźnie odczuć różnicę. W Kraju było o 30 stopni zimniej i organizm jest zaskoczony zmianą. O życiówkę można tu powalczyć, ale po odpowiedniej aklimatyzacji.

Piątek, Biuro zawodów

Biuro zawodów maratonu i wszystkich towarzyszących mu wydarzeń ulokowano w centrum handlowym Las Arenas, tuż przy słynnej plaży Las Canteras. Na słonecznym tarasie stanął namiot kryjący w sobie około dwudziestu stoisk, głównie ze sprzętem sportowym. Na kilku z nich reklamuje się inne biegi – oczy przyciąga kolorowa reklama odbywającego się po sąsiedzku maratonu Lanzarote. Spotykam też zaprzyjaźnionych organizatorów maratonu w Rawennie, którzy pokazują projekt nowego medalu-mozaiki.

Przed wejściem do drugiego namiotu, gdzie wydawane są numery startowe, stoi wolontariusz, który upewnia się czy każdy posiada komplet dokumentów i zna swój numer startowy. Jeśli nie, ma przy sobie wszystkie listy startowe i zapasowe ankiety zdrowotne (wymagany formularz dotyczący przebytych chorób, wagi, grupy krwi itd.). Numery wydaje się przy kilkunastu stoiskach, zapakowane w koperty A4 z mapą trasy. Za rogiem, w kolejnym namiocie, sztab wolontariuszy pakuje koszulki do plecaczków i wydaje pakiety. Wszystko idzie bardzo sprawnie.

W pakiecie, poza imiennym numerem startowym (na którym można było zamówić dowolny napis!) znajdują się: koszulka techniczna Mizuno, bezalkholowe piwo, kilka batoników, silikonowa opaska na rękę, ulotki oraz agrafki. Pakiety dla półmaratonu i dziesiątki różnią się napisem na koszulce.

Odbieramy jeszcze w osobnym namiocie przed Expo pakiety na sobotni bieg Gran Canaria Accesible. Tutaj zaskoczenie: to bezpłatny bieg na dystansie zaledwie 3 km, ale dostajemy numery startowe i koszulki techniczne.

Sobota, Gran Canaria Accesible

Gran Canaria Accesible to instytucja, która wspiera osoby z różnym stopniem niepełnosprawności. W Las Palmas, dzień przed maratonem, organizuje bieg, który ma pokazać, że aktywny fizycznie może być każdy. Zapisało się na niego ponad 5 tys. osób i mam pewne obawy czy wszyscy stawią się na starcie, skoro nie ma pomiaru czasu i możliwości weryfikacji udziału.

Moje obawy okazują się płonne, kiedy tylko wychodzę z hotelu. Z całego miasta w kierunku Las Canteras ciągną kolorowe tłumy biegaczy (koszulki biegu wydawano w różnych kolorach). Nie trzeba planu miasta, żeby trafić na start.

Tam czeka muzyka i podniosła atmosfera. Na bieg przyszli wszyscy: całe rodziny z dziećmi, nawet tymi w wózkach, drużyny sportowe, grupy przyjaciół, szkolne klasy. Są maratończycy w koszulkach z poprzednich edycji maratonu i skarpetach kompresyjnych, obok nich dzieci w trampkach. Na starcie stoję obok nastolatki bez nogi. Nie brakuje zawodników na wózkach i o kulach.

Kiedy pada strzał startowy, tłum zaczyna się przemieszczać uliczkami Las Palmas. Już po pierwszych krokach wiem, że to będą najwolniejsze 3 km w mojej „karierze”, ale nie żałuję. Atmosfera jest niezwykła. Hiszpanie wiwatują, śmieją się, tańczą i śpiewają. Przy trasie zespół bębniarzy nadaje rytm. Przy pierwszym podbiegu biegacze spontanicznie łapią za wózki i pomagają siedzącym na nich zawodnikom pokonać wzniesienie.

Większość trasy biegnie przy plaży. Docieramy do mety, tej samej, która kolejnego dnia będzie czekała na maratończyków. Tutaj kolejne zaskoczenie – dla każdego przygotowano posiłek regeneracyjny. Jest woda, kanapka, świeże owoce i ciastko zbożowe. Siadamy z dziesiątkami innych wokół sceny, gdzie członkowie Gran Canaria Accesible opowiadają o swoich inicjatywach.

Ruszamy zwiedzać wyspę ze świadomością, że wzięliśmy udział w niezwykłym wydarzeniu. Dla niektórych jego uczestników te 3 km były równie ważne jak maraton.


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce