„Poczułem chęć wygranej”. ZPGS Ambasadora


Opublikowane w pon., 21/01/2019 - 09:25

To już piąta edycja Zimowego Półmaratonu Gór Stołowych, po raz piąty również z moją obecnością. Jeśli miałbym napisać coś ważnego na wstępie, to na pewno zwróciłbym uwagę, że była to najpiękniejsza edycja - pod każdym względem! Ale po kolei…

Wyjechaliśmy w piątek po pracy (no standard przecież). Droga, jak to zawsze bywa, w biegowym towarzystwie przeleciała szybko. W Karłowie byliśmy około 19, więc od razu zameldowaliśmy się w hotelu. Ale zanim sięgnęliśmy po puszkę z złotym napojem, poszliśmy odebrać pakiety. Biuro zawodów jak zawsze pełna profeska -kiedy obsługuje je Załoga Górska, po prostu nie ma innej opcji.

Wróciliśmy do pokoju, „pojedlim, popoilim i się położylim”. Klubowy kolega Kamil, jak to on, tradycyjnie chrapał. Na szczęście dzieje się to wtedy, gdy zasypia. Potem już twardo śpi, więc i ja mogłem na spokojnie zasnąć…

Wstaliśmy jakoś o 6:30, ogarnęliśmy się, zanieśliśmy rzeczy do depozytu, które potem mogliśmy odebrać na mecie. Do depozytu dałem ciepłą kurtkę (bo nie wiedziałem jaka będzie pogoda na Szczelińcu) oraz skarpety, na ewentualne przebranie.

Po zdaniu depozytu wróciliśmy do pokoju i zjedliśmy śniadanie. Jadłem, jadłem i jadłem i jakoś nie mogłem zaspokoić głodu. Ostatnimi czasy w ogóle jakoś baaardzo dużo jem. Mimo, że nie poczułem sytości, stwierdziłem że to jednak wystarczy. Dojadłem jeszcze bananem, tak na wszelki wypadek.

Ubrałem się w większości sprzęt, który będzie mi towarzyszył na Bajkale. Najbardziej zależało mi na sprawdzeniu nowych butów z kolcami, kurtki oraz termo odzieży i rękawiczek. Zabrałem z sobą pas z bidonem, a do kieszeni wsadziłem wymaganą w regulaminie folie NRC i telefon. Zrobiłem sobie fotkę z Kamilem i poszedłem na rozgrzewkę.

Pogoda w ten dzień była naprawdę wymarzona. Było około 10 stopni pod kreską, powietrze suche i praktycznie zero wiatru. A sceneria? Zaiste było jak zimowej bajce! Przed startem wysłuchałem w skupieniu odprawy technicznej Piotra Hercoga. Poznaliśmy ostateczne warunki na trasie, fragmenty w który należy najbardziej na siebie uważać, na co zostawić najwięcej siły. Zapamiętałem to dokładnie i jestem za to sobie wdzięczny.

Wyruszyliśmy o 9:00. Wiedziałem, że musze od razu atakować, bo trasa jest szeroka tylko przez około 1 km, potem wbiegamy już na szlak, a ten jest wąski. Przy tej ilości śniegu, to już w ogóle… Finalnie szlaku nie stwierdziłem, była za to jakaś lekko wydeptana ścieżka…

Jak powiedziałem tak zrobiłem. Rzuciłem się w wir walki z czołówką. Plasowałem się w pierwszej „15” i wydawało mi się, że jest naprawdę dobrze. Wbiegliśmy w szlak i zaczęła się prawdziwa zabawa - sztuka stawiania kroków w zapadającym się śniegu. Kilka osób odpadło od razu. Wyprzedziłem grupę i brnąłem dalej do przodu, obserwując dokładnie zawodnika przed sobą i wykorzystując pewne ubite miejsca, które pozostawiał, do stawiania kolejnych kroków. Zaczął się zbieg do Wodospadu - piekielnie stromy, trudny technicznie, ze śniegiem i lodem w gratisie.

Pomyślałem, że najwyższa pora przetestować nowe buty. Wziąłem głęboki oddech i zaatakowałem na zbiegu. Raczej nie robię takich rzeczy, wolę podbiegać niż zbiegać...

Przebierałem nogami stawiając wielkie kroki, rozstawiając ręce na ewentualność upadku. Ale nie zapowiadało się, aby do tego upadku miało dojść. Krok był pewny i bardzo stabilny przy lądowaniu. Mimo lodu pod nogami, buty trzymały się idealnie podłoża. Trochę rozmazywał mi się widok, ale opanowałem to i zbiegałem dalej.

Biegliśmy gęsiego w lekkich kontrolnych odstępach, lecz w pewnym momencie poczułem że mam już kogoś na plecach i bardzo ten ktoś niecierpliwi się aby mnie wyprzedzić. Kulturalnie powiedziałem mu, że zaraz będzie szerzej i zrobię mu miejsce z lewej. Niestety zignorował moje słowa i postanowił mnie wyprzedzić w tej chwili, na jednym z najwęższych odcinków. Pominę już fakt, że mnie przy tym mnie zahaczył, narażając na upadek. Ustałem. On już nie. Jego upadek z mojej perspektywy wyglądał dosyć groźnie - nogi ułożyły się w taki sposób, że i mnie zabolało. Niemniej facet wstał bez zająknięcia i pobiegł dalej. Bez jakiegokolwiek słowa. Cóż, pomyślałem - też kiedyś byłem nieśmiertelny - źle chłop stanął, to się wy… wrócił.

Reszta zbiegu poszła już po mojej myśli, czyli bez większych przygód. Potem jeszcze parę podbiegów i płaskich fragmentów, i kolejny zbieg bardzo krótki, ale bardzo stromy i pokręcony. Każdy krok był tu w przeciwną stronę. Jako, że znam tę trasę na pamięć, wiedziałem, że ten zbieg oznacza tylko jedno. Parking pod Sczelińcem, czyli 7. kilometr i pierwszy punkt kontrolny. Kilku kibiców bardzo mocno zagrzewa do walki. Zatrzymuje się na punkcie, łapię kilka orzeszków, rodzynki i żelki, trzeba biec dalej.

Orzeszki i rodzynki przeleciały przez gardło bez większych problemów, ale żelki były tak zmrożone, że zdrowo je musiałem zmielić. Zapiłem izotonikiem z bidonu i krzyknąłem sobie kulturalnie ale głośno… SIŁAAAA !!!

Goniłem Pierwszą Damę tych zawodów - Natalię Tomasiak. Biegła tuż przede mną. Była dla mnie naprawdę mocną motywacją. Dopóki widziałem jej plecy, dawałem z siebie wszystko aby za nią nadążyć. Na podbiegu mi uciekła.

Przede mną polany. Wiedziałem, że stoczę tu kolejną wojnę z równowagą i z zapadającymi się nogami pod śniegiem. Śniegu na polanach było spokojnie do pasa. Zatem pierwszą strategią, jaką przybrałem, był bieg po dziurach pozostawionych przez poprzedzających mnie biegaczy. To zdawało egzamin, bo byłem dalej w stanie biec. Mimo to mozolne tempo wyciągało ze mnie energię. A wiedziałem, że będzie mi potrzebna na błędnych skałach.

Musiałem coś zmienić… przypomniałem sobie słowa, które często powtarzam: „W życiu nie ważne jest co masz, ważne jest to jak to wykorzystasz”… tylko co ja teraz mam? Pomyślałem. Nic… Ot tak przyszło mi to do głowy. Ale, ale...! Momencik, Marunia przecież jesteś lekki i potrafisz bardzo lekko stawiać kroki! Czy nawiany śnieg obok udeptanych śladów biegaczy wytrzyma twój ciężar?
Sprawdźmy!

Wydrapałem się z kolein po biegaczach i wyszedłem na płaskie, zawiane odcinki. Pierwsze kroki się zapadały, ale z kolejnymi było co raz lepiej. Nabierałem tempa. Może z boku wyglądało to bardzo pokracznie, bo wyglądałem jak bocian przechadzający się po świeżo skoszonej łące. Ale było to efektywne. Tempo rosło a krok był co raz pewniejszy. Owszem, czasem noga się zapadała, ale asekurowałem się rękami. Tak pokonałem polany.

Na kolejnym zbiegu dogoniło mnie 3 rywali, lecz na prostej odzyskałem swoja przewagę. Jeden z nich jednak postanowił mnie gonić i nawiązać rozmowę. Jak się okazało, w zeszłym roku też biegł za mną lecz przegrał ze skurczami. Razem pokonaliśmy podbieg na Błędne Skały. Miałem mega wielką ochotę zaatakować ten podbieg i uciec towarzyszowi rozmowy, ale pamiętałem słowa Piotra na odprawie przed startem o tym co czeka na trasie. Kumulowałem więc energię, by za chwile ją w pełni uwolnić.

Dobiegliśmy razem na górę, gdzie czekał na nas drugi punkt kontrolny, czyli 14. kilometr trasy. Znów złapałem za parę orzeszków i rodzynek oraz dwa żelki na drogę. Gdy mój towarzysz zaczął uciekać, ja na spokojnie popijałem izo z bidonu. Chciałem być pewny, że jestem pełen sił na najtrudniejszy fragment trasy. Zacisnąłem pięści krzyknąłem i ruszyłem w bój.

Tak szybko jak ruszyłem, mój zapał został stłumiony. Trasa była zasypana śniegiem. I to baaardzo. Na trasie co chwile znajdowały się gałęzie, a nawet całe drzewa uginające się pod ciężarem śniegu i lodu. Owszem, widok przepiękny, ale my musieliśmy się przez to przebijać. Nogi zapadały się w śniegu, przewracałem się na boki. Wyglądało to trochę, jakbym był pijany, niemniej starałem się biec. Rzucałem się na gałęzie, przebijałem jak przez ścianę.

Poczułem w sercu coś czego nie czułem już chyba od 2012 roku - tę prawdziwą chęć walki. Chociaż nie, „walka” to za małe słowo. Poczułem prawdziwą chęć wygranej. Byłem głodny zwycięstwa. Czułem płomień w oczach, był tak mocny że topił śnieg przed moimi nogami, które starały się mimo wszystkich przeszkód biec, mimo to że warunki do tego biegu były bardzo ciężkie.

Odpłynąłem na chwile w myślach. Analizowałem to, co czeka mnie na Bajkale, to, że to co robię w tej chwili, jest niczym przed tamtym wyzwaniem. Jednak wiedziałem, że ta pasja, ta prawdziwa pasja, która nadaje rytm mojemu sercu, jest w stanie przeprowadzić mnie przez największe g….óry. Czy to w życiu prywatnym, czy zawodowym czy też sportowym! SIŁAAAA !!!

W tamtym momencie byłem już na zbiegu. Goniłem towarzysza dyskursu, który się wywiązał. Za zbiegiem była już tylko prosta po asfalcie i wbieg na Szczeliniec. Rozpędzałem się, czułem jak moje płuca zaczynają płonąć.

Kiedy dobiegłem do schodów na Szczelińcu - chociaż w tamtej chwili to nie były schody, bardziej pasowało by określenie „lodowa zjeżdżalnia w jedną stronę”, i zdecydowanie była to strona w dół a nie w górę – rozpocząłem kolejny test dla moich butów. Wskoczyłem na tę ślizgawkę i złapałem się jednej z poręczy. Nogi stały pewnie, zatem rzuciłem się do biegu. O taaak, biegłem po lodzie w górę i czułem się piekielnie dobrze! Piekielnie czuły się też moje płuca, które płonęły już żywym ogniem. Odgłosy, jakie ze mnie wychodziły nie przypominały już krzyku, a raczej jęki.

Biegłem dalej, wykorzystując poręcz i wciągając się również rękami. Wyprzedzam jeszcze jednego zawodnika. Jeden zakręt, drugi zakręt, prosta i ostanie schody. Słyszę już kibiców z mety, wspaniale… Jest i ona, wywalczona, upragniona, wytargana z lodowych objęć i ognistych płuc… Meta na Samym Szczelińcu Wielkim!

Miejsce 14/492. M30 – 11/143. Czas 2:32:43

Jestem bardzo zadowolony z swojego startu. Sprawdziłem formę i sprzęt w naprawdę niełatwych warunkach. Wychodzi na to, że jest w porządku. Myślę, że jeszcze parę szlifów przed głównym wyzwaniem w tym roku i sprawdzimy na ile mnie stać! Syberio, nadciągam!

Marek Grund, Ambasador Festiwalu Biegów


Polecamy również:


Podziel się: