Pomarańczowa Comapedrosa. Nasz Els 2900


Refugi dels Estanys de la Pera, 7 października, 0:00. Els 2900, bieg jak żaden inny, wyrusza w pirenejską noc. Déjà vu sprzed dwóch lat. Z tą różnicą, że tym razem bez oznaczeń trasy i parami. Sami wybieramy trasę pomiędzy punktami kontrolnymi. Zasady zostały zmienione. Zgodnie z wizją organizatorów jest prawdziwa górska wyprawa.

Relacja Kamila Weinberga

Czy jestem lepiej przygotowany? Pierwsza połowa roku prawie niebiegana przez kłopoty z kolanem. Ogólne wskaźniki wydolnościowe z płaskich biegów mam przez to dużo gorsze. Lipcowy, morderczy Mític Trail właśnie tutaj i wrześniowa Legenda Janosika w Tatrach za to ukończone z całkiem przyzwoitymi wynikami. No i dużo lepsza znajomość trasy. Jak tu ocenić?

Po pewnych zawirowaniach moim partnerem w ostatniej chwili został Janek, znajomy z klubu wspinaczkowego. Zupełnie nie mieliśmy wcześniej okazji razem pobiegać. Wiedziałem tylko, że jest ode mnie dużo szybszy. Jedyne, co mogłem wnieść do zespołu, to znajomość większości trasy, jakieś tam umiejętności nawigacyjne i pewność poruszania się w trudnym terenie.

Przyjechałem do Andory kilka dni wcześniej, żeby zrobić dwa aklimatyzacyjno-rozpoznawcze wypady w góry. Rozpracowałem Font Blankę (2903 m), jedyny nieznany mi szczyt na trasie. Następnego dnia zrobiłem środkowy odcinek przez Estanyo (2915 m), Cabanetę (2863 m) i Serrerę (2913 m). Przy okazji znalazłem możliwe dozwolone regulaminem skróty i rozpracowałem miejską nawigację w Canillo, przez które mieliśmy przebiegać w nocy. Na obu wyjściach czułem się znakomicie. Dwa dni odpoczynku przed podejściem do startowego schroniska miały odtworzyć warunki z lipca, które wtedy tak świetnie dla mnie zagrały.

Końcową część trasy z Medacorbą (2912 m), Entravessadą (2925 m) i Comapedrosą (2942 m) znam praktycznie na pamięć. Najtrudniejszą technicznie grań Malhiverns, z wymaganym regulaminowo szpejem wspinaczkowym, przeszedłem w obie strony na żywca – drugi raz z Olgą w lipcu.

– Niech charty polecą przodem – mówię do Janka. Ten potwierdza, ale zaraz rusza niewiele wolniej od nich. Muszę wejść w beztlen, by go dogonić na stromym podejściu i trochę powstrzymać. Po dłuższej chwili udaje mi się wyrównać oddech i złapać szybki, ale możliwy do utrzymania rytm.

Nawigacja na podejściu i dalej na grani przy pełni księżyca jest dość oczywista. Gdzie się da, omijamy wierzchołki. Pierwszym punktem kontrolnym ma być dopiero Portelleta (2916 m). Od jakiegoś czasu trzymamy się mniej więcej razem w sześcioosobowej, mocnej grupce. Oprócz nas są w niej dwie pary mieszane. Znam obu chłopaków – to Wouter z Belgii, który już raz ukończył Els 2900, i Holender Michiel zwany Mig, tegoroczny finiszer Eufòrii – najdłuższego, nieznakowanego dystansu (230 km) rozegranego w ramach lipcowego Andorra Ultra Trail.

Na stromym, technicznym zbiegu po luźnych skałach wychodzę na czoło grupki i cisnę przez trzy kilkumetrowe skalne progi na grani, wymagające wspinania na czterech łapach. Z prawej Hiszpania, z lewej Andora. Po niecałych dwóch godzinach wchodzimy na Portelletę – chyba kilka minut szybciej, niż dwa lata temu. Tu trzeba skręcić w lewo, mniej więcej na północ. Wieje silny, wychładzający wiatr. Pewnie dlatego nie ma tu wolontariuszy. Czekają dopiero na następnym wierzchołku, oddzielonym głęboko wciętą przełęczą. Międzyczas 2h08 będziemy mieli podany właśnie dla tego punktu, choć oznaczony jako Portelleta.

Długi, szalony zbieg prosto na północ. Refugi de l'Illa dwa lata temu było niezagospodarowanym kamiennym schronem z pasterskim poidłem. W tym roku na Míticu mieliśmy tu już wypasiony bufet przed nowym, okazałym schroniskiem. Tak samo jest teraz. Sushi, owoce, czekolada, szybkie ogarnięcie i w drogę.

Czeka nas ten cholerny „płaskowyż”, jak go nazywam. Andorskie równo, czyli góra-dół. Poprzednio był ładnie oznaczony chorągiewkami, ale wyssał ze mnie energię. Teraz samodzielna nawigacja. Dostaliśmy od organizatorów po smartfonie na parę, z wgranym śladem GPS i andorską kartą, bo korzystanie z zagranicznego telefonu jest tutaj koszmarem. Ale bez powerbanka używamy go oszczędnie, tylko co jakiś czas potwierdzając nasze położenie.

No więc mapa, kompas, azymut 282,5. Ścieżek na ogół nie widać. Skały, jeziorka, bagienka, strumyki, rozlewiska. W miarę możliwości omijanie hopek, żeby sobie niepotrzebnie nie dokładać wysokości. Wysokościomierz w zegarku też się przydaje. Chyba udaje nam się pokonać płaskowyż w miarę optymalną trasą. Wypadamy dokładnie tu, gdzie planowałem – na krawędź polodowcowego kotła. Na jego dnie w świetle księżyca widać jezioro.

Nie wiem, czy Janek poleciał zapatrzony w ślad GPS, czy za światełkami poprzedzającej nas drużyny. Wyrwał do przodu i pobiegł gdzieś w czarną d... Krzyczę do niego, że mam widoczne na mapie rozwidlenie ścieżek i jestem na dobrej drodze – ale nie słyszy. W nieznanym terenie w nocy nie możemy sobie pozwolić na rozdzielanie się, więc gonię go wariackim zrywem. To się w ogóle robi jakieś niepotrzebne szaleństwo. Kiedy go łapię, jesteśmy już w środku niczego, pośród skał i chęchów.

Ciągle mam orientację gdzie jesteśmy, nie opłaca się już wracać pod górę na ścieżkę, pozostaje ją złapać gdzieś niżej. Trawersujemy stromy stok przez jakieś skały, bajbory i krzory. Przez chwilę tak jakby mamy ścieżkę, ale znowu ją gubimy. Wpadamy na mieszaną parę hiszpańsko-holenderską, która wcześniej biegła za nami, i w końcu razem łapiemy właściwy szlak. Ile mamy czasu w plecy? Może z pół godziny? Na pewno kosztowało nas to kupę energii.

Przez chwilę jestem wkurzony na Janka za jego autorski wariant nawigacyjny. Ale jak później spojrzę z dalszej perspektywy, to była tak naprawdę mała pomyłka w porównaniu z moim wielbłądem – że w ogóle chyba byłem nieprzygotowany do tego elitarnego biegu i go w to wciągnąłem. W dodatku nie mieliśmy szansy wcześniej zgrać tempa, przećwiczyć wspólnej nawigacji itp. ważnych spraw.

Wspólnie spadamy kilometr w dół przez las do szosy. Natalia i Jonathan wyrywają trochę naprzód i chcą przestrzelić skręt w szlak do Canillo – zawracam ich wołaniem. Ten sam błąd dwa lata temu kosztował mnie z pół godziny. Marszobiegiem trawersujemy górski stok. Pod koniec Hiszpanka i Holender trochę nam odskakują. Zaczynam czuć zmęczenie i spowolnienie. Już tu chyba jesteśmy ostatni w stawce, choć później się dowiemy, że jeden zespół wycofał się wcześniej. Do Canillo spadamy punkt szósta rano.

Miasteczko mam rozpoznane. Łyk wody z przydrożnego kranu. Wąska uliczka między kamiennymi domkami. Zamknięta betonowa droga w budowie stromo pod górę, trzeba obejść płot. Mostek, główna droga, trochę ukryte wejście na nasz szlak. Tu już dawno opuściliśmy ślad GPS, który w poprzednich edycjach prowadził przez via ferratę i szczyt Casamanya.

Szlak doliną Montaup też rozkminiłem na jednym z treningowych wyjść. Ale co z tego, jak sił stopniowo ubywa. Póki mogę, zaciskam zęby i napieram całkiem przyzwoitym jak na ultradystans tempem 500 pionowych metrów na godzinę. Jak to u mnie, kiedy ciało już nie może, głowa dalej ciśnie.

Świt wstaje dość nagle, kiedy jesteśmy nad progiem doliny, tuż pod przełęczą Col d'Arenes. Wmuszam w siebie po kawałku już któregoś z kolei batona, popijając wodą z potoku. Na samą myśl o żelu chce mi się cofnąć. Zresztą już od dawna mnie mdli. Mówię Jankowi, że nie wiem czy dam radę to skończyć. – Dojdziemy do szczytu i zobaczymy, co dalej – odpowiada.


Polecamy również:


Podziel się: