Radek Defeciński musiał zejść z GSS. "Takie błędy popełniłem. Ale wrócę. Na pewno!”


Opublikowane w wt., 11/08/2020 - 10:39

Radek Defeciński, Ambasador Festiwalu Biegów: - Cześć. Dziękuje za zainteresowanie moją próbą na Głownym Szlaku Sudeckim. Niestety przygoda zakończona przedwcześnie po ok. 280 kilometrach… Dlaczego?

Otóż składa się na to kilka elementów. Najważniejszy chyba, patrząc już z drobnej perspektywy czasu, to zbyt duża nonszalancja w odniesieniu do trasy. Przecież polskie góry, przecież tylko niewiele ponad 400 km; przecież nie takie rzeczy już robiłem itd., itp. Dam radę, ogarnę!

Z całą pewnością była to również temperatura. Zwłaszcza od piątku. Słońce niemiłosiernie smażyło całego mnie, zwłaszcza na otwartych przestrzeniach między Srebrną Górą a Wambierzycami. Natomiast odcinki asfaltowe doprowadzały do procesu gotowania stóp.

Upadek w trakcie zbiegu do Karpacza i w efekcie zdarte i obite kolano i pozdzierane dłonie.

Dodam również znakowanie szlaku. Chodzi o jego brak lub czasami błędne znakowanie. Nie miałem wcześniejszego rozpoznania trasy. Liczyłem, że poruszając się znakowanym szlakiem nie będzie większych problemów. Jednak, aby zminimalizować ew. problemy miałem ze sobą kserokopie map oraz na wszelki wypadek kompas (nie sadziłem, że będę musiał go kilkukrotnie używać). Kilkukrotnie na własnej skórze lub dosadniej na własnych stopach odczułem braki lub pomyłki w znakowaniu trasy (zwłaszcza w nocy, kiedy widoczność była ograniczona). Sumarycznie nadłożyłem ok. 12-13 km.

Popełnione błędy?

Plecak biegowy, nieprzystosowany jednak do większych obciążeń (boleśnie odciskał swoje piętno na moich ramionach i plecach).

Buty biegowe, a bliżej ich zmiana ze sprawdzonej w wielu bojach marki na inne. Miały w prawdzie już trochę na liczniku, jednak nie biegałem w nich więcej niż 30 km jednorazowo. Okazały się trochę za obszerne i zbyt naciskające na wierzch moich obolałych stóp. Doprowadziły jednocześnie do bolesnych pęcherzy na śródstopiach.

Za słaba logistyka dotycząca uzupełniania wody i jedzenia. Zwłaszcza uzupełnianie wody. Po pierwszej nocy doprowadziłem się do stanu, w którym wodę mogłem uzupełnić dopiero po 5 godz. od momentu, kiedy się skończyła (wielkie niedopatrzenie, które kosztowało mnie dużo sił i energii).

Mógłbym jeszcze wymieniać, jednak może teraz trochę o tym, co piękne i o co w tym wszystkim chodzi, czyli o bieganiu. Kilka ważniejszych i zapamiętanych przeze mnie momentów trasy.

Rozpoczęcie biegu. GSS zacząłem od kropki czerwonego szlaku w Świeradowie Zdroju. Spokojnie podszedłem na Stóg Izerski i rozpocząłem bieg w stronę Szklarskie Poręby. Kilometry mijały, plecak gniótł plecy i niby wszystko OK, a jednak nie do końca czułem siłę i moc przyciągania szlaku, GSS. Dotarłem na Wysoki Kamień i rozpocząłem zbieg do centrum Szklarskiej. Na miejscu byłem po ok. 4 godz.; a w nogach miałem 26 km.

Bukowiec - przełęcz Pod Średnicą (76-80 km trasy) środek nocy i nagle orientuję się, że nie wiem gdzie jest czerwony szlak. Próbuję w różne strony i „szlak” - szlaku brak. Odnajduję się po ok. godzinie nadrabiając jednocześnie kilka kilometrów. Motywacja leci na „łeb i na szyję”. Jednak „show must go on”. Napieram dalej.

Szarocim-Lubawka (90-103 km trasy) woda w bukłaku już się skończyła. Nie mam jej gdzie uzupełnić, a słońce operuje coraz silniej. Odwodnienie galopuje w moją stronę, a ja próbuję dogalopować do sklepu w Lubawce. Wpadam do sklepu, oczywiście w maseczce, kupuję litrową Coca- Colę, 1,5l. wodę, 2 słodkie bułki i 0,5 l. kefiru. Tylko woda poszła do bukłaka na plecach, resztę wchłonąłem.

Sucha Góra-Schronisko Andrzejówka (123-135 km trasy) kompletne zaskoczenie sytymi podejściami i sytymi zbiegami. Myślałem, że jakoś będzie bardziej płasko. Dlaczego tak sądziłem? Nie wiem. Wykres trasy pokazywał, że będzie, co podchodzić i zbiegać. Chyba ten odcinek obejrzałem zbyt pobieżnie ;)

Nowa Ruda - Wambierzyce (191-205 km trasy) - ale to słońce pali! Dlaczego tutaj dookoła same pola i nie ma się gdzie schować? W mijanych lasach zapadam 2 lub 3 razy w 10-15 min drzemki. Po prostu padam tam gdzie się zatrzymuję. Mam gdzieś czy to będzie komukolwiek przeszkadzało. Chce mi się spać...

Kudowa Zdrój - Kulin Kłodzki (232-240 km trasy) Środek nocy i kilkukrotnie gubię szlak. Atakuję ścieżkę, potem wracam i tak w kółko. Masakra! Wreszcie ścieżki zaczynają się jakoś prostować i można napierać. Sił niestety trochę mało.

Duszniki-Zdrój (247 km) Stacja benzynowa. Jem, piję wreszcie gorącą kawę. Przysypiam, a następnie powtarzam czynności związane z jedzeniem i piciem. Dzwonię do domu i prowadzę negocjacje zw. z ewentualnym zakończeniem moich zmagań. Ustalamy, że i tak żona potrzebuje kilka godzin na dotarcie, więc mogę jeszcze napierać i zobaczyć, co trasa przyniesie. Spotkanie ustalamy na schronisko „Jagodna” 277km trasy. Tam zapada jednoznaczna decyzja o zakończeniu trasy. Niestety stan stóp, temperatura, brak czasu i konieczność powrotu przed poniedziałkiem do obowiązków.

Reasumując - już wiem, że wrócę. Dlaczego?

Bo projekt niedokończony. Bo jest trudniej niż sądziłem. Bo dla takich widoków zawsze warto. Bo dla biegania w górach zawsze warto i wreszcie, bo jest o wiele bardziej dziko niż sądziłem.

Chyba powyższa argumentacja jest dostateczna do powrotu i ponownego zmierzenia się z Głównym Szlakiem Sudeckim.

Pozdrawiam

Radek Defeciński, Ambasador Festiwalu Biegów


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce