Ravenna szczęśliwa dla Polaków. "I dla mnie osobiście" [ZDJĘCIA]


Opublikowane w czw., 13/11/2014 - 14:51

Niedzielny maraton w Ravennie okazał się dla Polaków wyjątkowo szczęśliwy. Na starcie stanęło ich zaledwie dwudziestu, ale i tak zdominowali podium klasyfikacji generalnej maratonu! Wśród panów drugie miejsce z czasem 2:32:18 zajął Jakub Szymankiewicz. Tuż za nim uplasował się Grzegorz Czyż (2:37:59). Na trzecim stopniu podium stanęła też Joanna Olchawa, która ukończyła maraton w czasie 3:08:01.

Pełne wyniki maratonu znajdziecie TUTAJ.

Również dla mnie Ravenna okazała się wyjątkowa. Nigdzie dotąd nie doświadczyłam tak ogromnej serdeczności i sympatii dla Polaków. To był zdecydowanie mój najlepszy maraton, choć nie poprawiłam w nim swojej życiówki. Za to już planuję powrót za rok!

Relacja Kasi Marondel

Pomimo drobnego zamieszania wywołanego docieraniem na metę uczestników marszu Urban Walking (5 km po centrum Ravenny), start maratonu odbył się planowo i był bardzo widowiskowy. Poprzedził go przemarsz wolontariuszu niosących flagi państw, których przedstawiciele brali udział w biegu. Polska flaga znalazła się w tym pochodzie tuż za włoską, co było bardzo miłym gestem. Trudno się dziwić, skoro do Ravenny przyjechało nas wielu.

Jeszcze przed startem udało mi się spotkać dużą grupę z Gorlic i Tarnowa. Zapytani, co robią tak daleko od kraju, stwierdzili: – Wybieramy różne ciekawe maratony i jeździmy po świecie, często daleko. Takie mamy szalone pomysły – opowiadali. By znaleźć potwierdzenie ich słów, wystarczyło spojrzeć na koszulki z logo maratonów z Florencji czy Madrytu.

Strzał startowy, muzyka, dziesiątki balonów wypuszczonych w niebo… biegniemy! Trasa kluczy ulicami miasta, jest sporo zakrętów, ale trudno na nie narzekać, skoro wyłaniają się zza nich niezwykłe widoki. A to kilkusetletnie świątynie, baptysteria czy mury miasta… Można się zachwycić. Podobnie jak atmosferą. Włosi są głośni, spontaniczni i bardzo serdeczni. Wielu pyta dlaczego mam na koszulce polską flagę a na numerze startowym włoską (pomyłka firmy mierzącej czas) i tak poznaję kilka osób. Przebiegając klepią mnie po ramieniu, pozdrawiają Polskę. Zero anonimowości znanej mi z innych imprez biegowych.

Kiedy za trzecim kilometrem słyszę: – Dzień dobri! Jak leci? – jestem zaskoczona. Zwłaszcza, że po polsku zwraca się do mnie starszy pan na rowerze, ewidentnie Włoch. – Byłem kiedyś w Starachowice, mówię trochę polski – dodaje z uśmiechem. Zaczynamy rozmawiać. Włoch jedzie obok mnie na rowerze, ja biegnę. Karabinierzy pilnujący trasy w ogóle nie zwracają na niego uwagi, niektórzy nawet odpowiadają na jego radosne pozdrowienia.

Rozmawiamy po polsku, ale kończy mu się zasób słów, więc przechodzimy na włoski, w którym z kolei ja nie czuję się dobrze. – Niemiecki? – pyta znów po polsku. I od tej chwili komunikujemy się w tym języku. Przez następne 10 km! Włoch niezmordowanie mi towarzyszy, opowiadając o Ravennie i Polsce. W pewnym momencie znika, ale szybko mnie dogania. – Kupiłem dla ciebie wodę – mówi, podając mi butelkę. Chyba jestem wzruszona.

Wzruszona jestem również dobiegając do mety. Kiedy tuż przed nią słyszę nagle doping po polsku i dostrzegam biegaczy z Gorlic, trudno mi powstrzymać łzy cisnące się do oczu. Biegnę po niebieskim dywanie i, mimo bólu, myślę, że właściwie to szkoda, że już koniec.

Bieganie we Włoszech ma swój niezwykły klimat. Tworzą go piękne widoki na trasie, świetnie zaopatrzone punkty odżywcze, huczna oprawa, ale przede wszystkim niezwykli ludzie – biegacze i kibice. Ci ostatni zagrzewają do walki z całych sił – krzykiem, śpiewem, tańcem, podając przekąski, wodę albo… mojito. Nikt nie ma pretensji o zamknięte ulice czy korki. Trwa wielkie święto biegania. Dlatego warto przejechać ponad tysiąc kilometrów, żeby posmakować tej atmosfery. I makaronu, oczywiście. Bo gdzie pasta party smakuje tak wybornie, jak we Włoszech?

Kasia Marondel

Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce