Rekord świata OCR w morsowaniu? 2. Zimowa Bitwa o Łódź [ZDJĘCIA]


Opublikowane w ndz., 18/12/2016 - 10:24

Wchodzę do wody bez zastanowienia. Jak już się wejdzie w tryb napierania, to się człowiek nie zastanawia. Nie zastanawia mnie nawet, że ludzie kilka metrów przede mną płyną. Po chwili sam tracę grunt i do nich dołączam, chociaż lodowata woda wbija się igłami w całe ciało, a rękami muszę rozgarniać kawałki kry. Ktoś mnie łapie za ramię i na chwilę wciąga pod wodę...

* * * * *

Druga Zimowa Bitwa o Łódź – Second Frozen Battle – właśnie się rozpoczęła. Na starcie nieco ponad 130 osób. Jest piękny, słoneczny i lekko mroźny dzień. Taki jak wczorajszy, który spędziliśmy z organizatorem Radkiem na znakowaniu trasy. Zeszłorocznej Bitwy nie biegłem, bo miałem skręconą kostkę – tylko robiłem zdjęcia (relacja tutaj).

Tym razem zdecydowałem się pobiec, a aparat zostawiłem Wiktorii, znajomej wolontariuszce. Na początek rozbiegowa 800-metrowa pętla wokół ośrodka sportowego Stacja Nowa Gdynia. Jesteśmy gdzieś na granicy Zgierza i Łodzi. Po chwili wskakujemy na pierwsze rusztowanie. Tym razem rozstawione są szeroko trzy segmenty, więc czas oczekiwania wynosi dosłownie kilka sekund. Rok temu ustawiła się tu kilkuminutowa kolejka. Sprawnie przełażę na drugą stronę i od razu zyskuję kilka miejsc.

Trochę chaszczowania i szybka, biegowa pętla przez las, którą dziś rano oznaczyliśmy jeszcze przy świetle księżyca. Drugi skok przez rusztowanie i pierwsza woda – na razie pod mostkiem, ledwo do kostek. Teraz mały plac zabaw. Czterdziestometrowa siatka, pod którą jednak da się przejść na tylnych łapach, dość mocno się pochylając. Rów z oponami na dnie, a po nim noszenie opony przez wertepy i pod siatką. Jakby opon było mało, to jeszcze skip przez pole nimi wyłożone. Czołganie pod dwoma terenowymi samochodami. Przeszkód nie ma dużo, ale w założeniu cała robotę ma zrobić morsowanie.

W zeszłym roku skutą wielodniowymi mrozami taflę rozcinali piłą strażacy. Wycięli dwa kilkumetrowe przeręble, w których wody było do pasa. Wczoraj lód pękał pod ciężarem człowieka, więc musieliśmy przebić korytarz przez cały około stumetrowy staw. Zaczęliśmy fedrując siekierką z łódki. Potem Radek przypomniał sobie o żeglarskiej linie w swoim bagażniku i wraz z kolegą przeciągnęli łódkę jako lodołamacz przez resztę stawu ze mną na pokładzie jako obciążnikiem. Dziś rano trzeba było jeszcze raz poprawić łódką, bo przez noc zamarzło. Pracownicy obsługi ostrzegli nas tylko, że jedyne głębsze miejsce może być przy wyjściu z wody i poradzili, by tam przebić tor bardziej w lewo. Na wszelki wypadek zostawiliśmy na tym odcinku od brzegu do wysepki basenową linkę z plastikowymi pływakami do przytrzymania się.

Wchodzę do wody bez zastanowienia. Jak już się wejdzie w tryb napierania, to się człowiek nie zastanawia. Nie zastanawia mnie nawet, że ludzie kilka metrów przede mną płyną. Po chwili sam tracę grunt i do nich dołączam, chociaż lodowata woda wbija się igłami w całe ciało, a rękami muszę rozgarniać kawałki kry. Ktoś mnie łapie za ramię i na chwilę wciąga pod wodę...

Radek krzyczy z mostku, że na drugiej pętli ze względu na głębokość już dla bezpieczeństwa nie wchodzimy do wody. Kto się nie czuje na siłach, już teraz może ominąć staw. Niektórzy korzystają z tej możliwości.

Na szczęście nieźle sobie radzę w wodzie, chociaż w tej temperaturze jeszcze nie pływałem. Mam nadzieję, że koleżance złapanie się mnie coś pomogło. W ogóle pierwszy raz w życiu morsuję, nie licząc kilku zanurzeń w kontenerze z wodą z lodem na Runmageddonach. Większość odcinka specjalnego przepływam, nawet nie próbując dotykać dna. Nie wiem, ile to trwa. Sądząc z opowieści innych, pewnie co najmniej trzy minuty. Płynę po prostu przed siebie, traktując to jako jeszcze jedno zadanie do wykonania.

Po wyjściu stopy mrowią, wszystko zdrętwiałe, łapy jak grabie. O ku***, mocne to było – to pierwsza myśl. A następna – ja pie*****, jak oni wszyscy sobie tu poradzą? To my ich w to wpakowaliśmy? Głębsze przemyślenia przyjdą później...

Wybiegamy bramą z ośrodka i wpadamy do lasu. Pod wiaduktem kolejowym, brodząc w rzeczce – ale kto by się po tym wszystkim przejmował. Uczucie zimna po wyjściu z lodowatej przeprawy szybko minęło, tylko dłonie ciągle zesztywniałe. Dużo błota, chaszczy, wertepów, jeszcze kilka razy brodzenie w rzeczce. Pętla ma niecałe 4 km, ta druga bez morsowania będzie miała sporo mniej – całość trasy włącznie z rozbiegówką to jakaś siódemka.

Powrót znowu pod wiaduktem i wejście na prawie pionową skarpę. Zawierzam jakiejś mizernej roślince i się na niej wciągam, wyprzedzając całą grupkę próbującą mniej stromego wariantu. Jeszcze kawałek przez Nową Gdynię i kończę okrążenie w 27 minut z kawałkiem.

Dwa rusztowania, las, plac zabaw i omijamy staw, znów wybiegając do lasu za wiaduktem. Jeden but zostaje mi w błocie. Wracam po niego parę kroków i z trudem wyciągam obiema rękami, tak się zassał. Wcześniej oba mi się kilka razy rozwiązywały mimo zabezpieczenia i musiałem je wiązać zgrabiałymi rękami. Założyłem na Bitwę najstarsze, rozwalone kapcie, których mi nie było szkoda. Na operacje z nimi związane w sumie straciłem pewnie dobre dwie minuty i kilka miejsc w klasyfikacji.

Końcówka przez skarpę, chaszcze i teren ośrodka to ucieczka przed goniącą mnie dobrą znajomą Edytą z drużyny Dzik Komando, dawniej zwanej Dziki Klub Academia. Udaje mi się dowieźć kilka sekund przewagi, co w wyścigu z taką zawodniczką jest naprawdę dobrym wynikiem. Czas 48:55 daje mi 48. miejsce.

Zwyciężyli Przemysław Balcerzak z Rajsport Active 1 (38:29) przed Kamilem Mirowskim z Kita Team (38:31) i Pawłem Kopaczewskim z Rajsport Active 1 (38:42) oraz Julia Paniutycz z WCKMED (42:30) przed Justyną Balczewską z Dzik Komando 1 (46:31) i Julitą Titz-Kozą (48:30). Drużynowo wygrał Rajsport Active przed Dzik Komando 1 oraz ekipą Jagoda i Przyjaciele. Pełne wyniki można zobaczyć TUTAJ.

Julii trasa się podobała, tylko zaskoczyła ją głębokość wody – jak wszystkich zresztą. Na szczęście jest ratowniczką, więc umie dobrze pływać. Bitwę przebiegła trzymając się z kolegami z wojska, niezagrożona ze strony konkurentek. Pamiętamy ją również ze zwycięstwa w tegorocznej Letniej Bitwie o Łódź. Nie porzuca jednak biegów ulicznych i ostatnio poprawiła życiówkę na 10 km (42:28) w Biegu Niepodległości w Poznaniu.

Dużo bardziej zacięta walka rozegrała się wśród panów. Na pierwszym okrążeniu objął prowadzenie Paweł, odskakukąc nawet na 20-30 metrów. Później dogonili go Kamil i Przemek. Specjalista od biegów przeszkodowych Kamil pierwszy osiągnął półmetek. Przemek prześcignął go dopiero na 200 metrów przed metą. Różnice między pierwszą trójką, a nawet czwórką były sekundowe. Zwycięzca jest specjalistą od bieżni i ulicy i tak naprawdę był to jego pierwszy bieg typu OCR.

* * * * *

Wieczorem przed biegiem zamiast spokojnie zasnąć po całym dniu roboty, wzięło mnie na rozkminianie jednego powrotu zjazdami sprzed kilku lat po wspinaczce dużą ścianą, której nikt przed nami nie zrobił – jakie błędy popełniłem, co się mogło stać, jak kilka razy po prostu mieliśmy farta. Zbieg okoliczności?

Na organizatora posypały się gromy od wielu uczestników za niesprawdzenie głębokości wody. Kto mógł przypuszczać, że z jakiegoś powodu warunki tak się zmienią przez niecały rok – ale jak widać, takie rzeczy trzeba sprawdzać. Sam może jestem wariatem z dużo dalej niż przeciętnie przesuniętym progiem i na wodnej przeprawie czułem się dobrze. Ale i tak zrobiła na mnie wrażenie – bo była niespodzianką, tak jak dla innych. Wiem jednak, że dla wielu (większości?) było to daleko poza strefą komfortu, a niektórzy mieli kłopoty, i za nich się czuję współodpowiedzialny. Jak jeszcze będę gdzieś pomagał przy trasie, to na pewno osobiście sprawdzę każdą nawet niewinnie się zapowiadającą przeszkodę wodną, choćbym miał sam zamorsować. Z tym nie będzie kłopotu, bo morsowanie mi się chyba spodobało...

Kamil Weinberg

Fot. Wiktoria Niewiada, Kamil Weinberg


Polecamy również:


Podziel się: