Rozprężenie, nowe buty, ketonal i ciepłe piwo... Nasz Rzeźnik


Opublikowane w pon., 08/06/2015 - 09:34

Wśród blisko 700 par, które w piątkową noc ruszyły z Komańczy do Ustrzyk Górnych w ramach 12. edycji Biegu Rzeźnika była także reprezentacja Festiwalu Biegowego – EmiliaMaciej. Zmagania w Bieszczadach ukończyli na 318. miejscu z czasem 13:35:45. Jak przygotowywali się do imprezy? Co przeżyli na trasie? Przeczytajcie. Relacjonuje Maciej...

Dla mnie bohaterką 12. edycji Biegu Rzeźnika była Emilia. Ta świetna dziewczyna z Nowego Sącza, z którą miałem przyjemność wystartować w parze na blisko 78 km trasie z Komańczy do Ustrzyk Górnych zaimponowała mi niesamowitym chartem ducha i siłą woli.

Zmagając się przez ponad 13 i pół godziny z nieprawdopodobnym bólem kontuzjowanych podudzi ani na chwilę nie odpuściła. Co więcej na ostatnim odcinku biegu, gdzie większość zawodników „oddychała już rękawami” podkręciła tak tempo, że Połoninę Caryńska przemknęliśmy jak burza. – Pomyślałam sobie, że jeśli chcę skrócić cierpienie, to muszę albo jak najszybciej dobiec do mety, albo opuścić sobie i zostać na punkcie kontrolnym w Berehach – powiedziała mi kiedy już minęliśmy linię metę. Popatrzyłem na nią z nieukrywanym podziwem. To się nazywa prawdziwa góralka z charakterem.

Na bakier z przygotowaniami

To od początku nie tak powinno wyglądać. Bieg Rzeźnika jest za poważną i zbyt wyczerpującą imprezą, by podchodzić do niej z taką nonszalancją na jaką sobie pozwoliliśmy z Emilią. O tym, że będziemy reprezentować team PZU Festiwalu Biegowego podczas tych bieszczadzkich zawodów wiadomo było już od dawna, wiec mieliśmy wystarczająco dużo czasu, by się do nich dobrze przygotować. Było jednak zgoła inaczej.

Choć sezon startowy zacząłem dosyć wcześniej, cieszyłem się z życiówki w półmaratonie w Wiązownie, a potem ze startu w Maratonie w Jerozolimie, to po kilku nieudanych próbach złamania 40 minut w biegu na 10 km, jakby zeszło ze mnie powietrze. W maju powinienem zwiększać intensywność treningu, robić więcej wybiegań, ćwiczyć siłę. Zamiast tego wkradło się trochę rozprężenia.

Z Emilią wcale nie było lepiej. – Ostatnio robiłam 30 km tygodniowo... – powiedziała mi z rozbrajająca szczerością tuż przed zawodami. Trudno zresztą jej się dziwić, wszak zmusić się do biegania, gdy kontuzjowane nogi bolą nie jest rzeczą prostą. Tym bardziej, że niemal do naszego wyjazdu w Bieszczady nie było wiadomo, co jest przyczyną problemu. – Bez obaw, jestem odporna na ból! – próbowała mnie uspokoić moja koleżanka z pracy. W końcu, po wizycie u fizjoterapeuty okazało się, że przypadłość Emilii na chwilę udało się zaleczyć. Trzymaliśmy się nadziei, że wszystko będzie dobrze.

Wyzwanie: bieg w parze

Oprócz obawy o zdrowie mojej partnerki biegowej dużym znakiem zapytania było dla mnie to jak sobie poradzimy ze współpracą na trasie zawodów. To może wydawać się nieprawdopodobne, ale przed wyjazdem w Bieszczady mieliśmy za sobą jedynie jeden wspólny dwugodzinny trening. Znaliśmy się z Emilią zaledwie pół roku, więc o zżyciu nie było mowy. A przecież mieliśmy mierzyć się z Rzeźnikiem, który potrafi wyzwalać takie emocje, że niejedno startujące małżeństwo było zawodach na granicy rozwodu.

Ciekawy byłem jak to jest startować w parach, jak to jest biegać z dziewczyną, jak to jest pokonać dystans blisko 78 km, czyli 25 km więcej niż podczas Maratonu Bieszczadzkiego, najdłuższego dotychczas biegu w którym brałem udział?

Nie miałem raczej wątpliwości (o ile kontuzja nas nie pokona), że nie będziemy mieć problemu ze zmieszczeniem się w limicie 16 godzin. Po cichu liczyłem nawet na 12 godzin. Z tyłu głowy kołatał mi pomysł, by po dotarciu do Ustrzyk Górnych pobiec dalej, w ramach Rzeźnika Hardcore i złamać 100 km.

Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce