„Szklanka do połowy pełna”. Rzeźnik Ultra do 104. kilometra


Opublikowane w śr., 03/06/2015 - 19:44

Pod Wielką Rawką, niedziela 5:00 rano. Nad wschodnim horyzontem słońce wychyla się znad chmur, oświetlając morze mgły w dolinie po polskiej stronie. Dalej na zalesionym grzbiecie widać przecinkę granicy ukraińskiej. Niestety tam nie będzie nam dane pobiec, na kilka godzin przed startem dowiedzieliśmy się o zmianie trasy. Podana oficjalna przyczyna - planowany szlak został zajęty przez niedźwiedzicę z młodymi. Noc przetrwałem w dobrym stanie, cisnąłem szybko jak na swoje możliwości, ale przed Kremenarosem zaczął się kryzys. Na pokonanie pełnego dystansu 140 km specjalnie nie liczyłem, ale teraz zaczynam jeszcze bardziej realnie oceniać swoje możliwości...

Relacja z Rzeźnika Ultra Kamila Weinberga

* * * * *

Cisna, sobota 22:00 wieczór. 248 zawodników stoi na starcie najtrudniejszego - według zapowiedzi organizatorów - 24-godzinnego biegu w Polsce. Godzinę temu skończyła się porządna ulewa, więc w połączeniu z deszczami z poprzednich dni dostawa świeżego błota powinna być zapewniona. Race odpalone, Wiewióry bębnią, poszły konie...

Limit czasu na pełnej trasie o długości według różnych wyliczeń 135-140 km jest bardzo elitarny. Bardziej doświadczeni ultrasi twierdzili, że mało kto się w nim zmieści. Wiedziałem, w co się pakuję. Punkty na 100, 110 i 118 km mają jednak pełnić rolę „małych met” i dotarcie do nich gwarantuje otrzymanie bluzy finiszera za ukończenie biegu na odpowiednio krótszych dystansach, ale limity na nich też są ciasne.

Po południu gruchnęła wieść o wyłączeniu planowanej trasy ukraińską granicą bez znakowanego szlaku od Rawki do Przełęczy Bukowskiej z powodu niedźwiedziej okupacji. Dla wielu uczestników, w tym dla mnie ogromny zawód. Nie ukrywam, że moim głównym powodem zapisania się na ten bieg był właśnie ten odcinek, którego przejście „na legalu” wymaga zdobycia pozwoleń od wszystkich świętych i w normalnych okolicznościach graniczy z niemożliwością. Powstrzymam się od cytowania swoich i zasłyszanych komentarzy. Organizatorzy dowiedzieli się o misiach od Parku Narodowego jakoby dwa dni wcześniej. Ale czy dopiero od dziś wiadomo, kiedy mają one okres rozrodczy i które tereny zamieszkują? Uczciwie byłoby powiedzieć przy ogłaszaniu trasy, że przebieg tego odcinka ze wspomnianych przyczyn nie jest do końca pewny. Tak się nie robi!

A tymczasem po 13 km marszobiegu przedłużeniem Drogi Mirka wraz z moim ubiegłorocznym rzeźnickim partnerem Krzyśkiem skręcamy w czerwony szlak i ciśniemy dziarskim tempem po stromym błotku. Zaczyna kropić deszcz. Podejście wchodzi szybko. Na słowackiej granicy zawracam z czarnej d... jakiegoś zawodnika, który chciał skręcić w stronę Jasła. Drogę wspaniale oznaczają ogrodowe fosforyzujące lampki - duży plus dla organizatorów.

Na swój sposób lubię napierać w nocy. Cały czas góra-dół. Odkryte połoniny Rabiej Skały, zza chmur nieśmiało prześwieca księżyc. Krzysiek gdzieś został, trochę biegnę sam, później spotykam znanego mi z ŁUT150 Adama. Kryzys nadchodzi o brzasku, gdzieś przed trójstykiem granic na Kremenarosie. Na ten ponad 50-kilometrowy etap dobrze się zaopatrzyłem, wciągałem żele i batony, popijałem wodą z bukłaka, ale zamiast przypływu energii czułem co najwyżej chęć puszczenia pawia. Aż w końcu przyszło odcięcie mocy. Pół godziny obsuwy do planu, na Rawce chyba dalsze pół.

Dzielna Aga Faron wraz z drugim wolontariuszem stoją zawinięci w NRC-tki, pięknie odbijające promienie wschodzącego słońca. Wyglądają na totalnie przemarzniętych, ale nas dopingują i kierują na szczyt Rawki. Jestem im wdzięczny, doceniam to co robią. Zbiegać to ja zawsze umiem, nawet jak mnie odetnie, więc przy szosie w Ustrzykach ponad 600 metrów niżej melduję się błyskawicznie. Telefon do Krzyśka - jest w połowie zbiegu, mówi, żebym leciał do przepaku i nie czekał.

Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce