Everest Run: Nowy rekordzista i nowa rekordzistka!



NIEDZIELA: Ostatnia godzina Everest Run była nerwowa. Przed monitorem z wynikami aktualizowanymi na żywo zbierała się coraz większa grupka biegaczy. Nurtowało ich tylko jedno pytanie: „Czy Jakub Niedźwiadek (główne zdjęcie - red.) da radę”.

Emocje rosły powoli. Za Jakubem były już 102 wejścia na 42 piętro hotelu Mariott, a przed nim dość czasu, by zmierzyć się z zeszłorocznym rekordem biegu Roberta Michalskiego wynoszącym 104 wejścia. Jakub zaliczył 103 i 104. wejście.

Kibice, którzy jeszcze nie dawno realizowali własne cele na tych samych schodach, nerwowo patrzyli na zegarek. Mijał czas, aż w końcu na ekranie pojawiła się magiczna liczba 105 wejść, a Jakub Niedźwiadek został nowym zwycięzcą i rekordzistą Everest Run.

- To było niesamowite doświadczenie. W ubiegłym roku zająłem tu dziewiąte miejsce. Wszedłem wtedy 77 razy. W tym roku miałem jeden cel - chciałem zaliczyć jak najwięcej wejść i udało się! Nie spodziewałem się, że będę miał przewagę 11 wejść nad drugim zawodnikiem. Jestem niezmiernie dumny z siebie - powiedział nam zwycięzca, który przez 24 godziny nie zrobił sobie nawet krótkiej przerwy.

- Nawet nie zszedłem na obiad. Jadłem tylko przed wejściem do windy jakieś bułki i banany. Zrezygnowałem ze spania. Myślałem, że to się nie uda. Cztery godziny przed końcem zacząłem myśleć, że może tylko zrównam wynik z ubiegłorocznym osiągnięciem Roberta. Czułem ogromny spadek energii, ale odżyłem i to jest w sporcie piękne - dodał Jakub, który trochę żałuje, że nie był pierwszym na wysokości Everestu.

- Zabrakło mi do tego trzech wejść, ale skupiłem się na swoim głównym celu i walczyłem dalej - podsumował zwycięzca, który... mieszka na trzecim piętrze bez windy. Powrót do domu będzie więc wymagał pokonania dodatkowych schodów.

Drugie miejsce zajął Krzysztof Stec, który wszedł na ostatnie piętro 95 razy i zaliczył wysokość 12 967,5 m. Podium dopełnił Bartosz Pliszka, który podobnie jak zwycięzca, zrezygnował ze spania

- Udało mi się zrobić 94 wejścia. Planowałem ponad 80 wejść, więc nie spodziewałem się, że tak fajnie mi pójdzie. Lubię biegi 24-godzinne, po schodach też biegam od lat i to często jako strażak, w pełnym wyposażeniu - powiedział Bartosz, który schody pokonywał w koszulce z Festiwalu Biegowego w Krynicy. - Biegłem Bieg 7 Dolin na setkę i krótszy. Bardzo miło to wspominam i praktycznie w Krynicy zaczęła się moja przygoda z dłuższym bieganiem górskim - wspominał zdobywca trzeciego miejsca.

Sensacją biegu była Dominika Niemiro, która pokonała 42 piętra aż 91 razy. Uzyskała wysokość 12 421,5 m i zajęła pierwsze miejsce wśród pań i czwarte w ogólnej klasyfikacji. Jej wynik jest nowym rekordem kobiecym.

Najszybszą sztafetą był zespół oGóry, w skład którego weszli: Piotr Zwoliński, Karol Sienkiewicz, Jakub Piasecki i Magdalena Oknińska. Wspólnymi siłami zaliczyli 132 wejścia czyli 5544 piętra.

Pełne wyniki: TUTAJ

IB


SOBOTA: Już od kilku godzin schody w warszawskim hotelu Mariott okupowane są przez biegaczy, którzy zdobywają tu Mount Everest, albo pomniejsze szczyty. Ten najwyższy wymaga pokonania 42 pięter - 65 razy! Niektórym.. to za mało.

- Chciałbym złamać stówkę. Trzeba równać w górę. Będę biegał całe 24 godziny - zapewniał Hubert Szczepan Krzemiński, alpinista i himalaista. Kilka dni temu miał mały wypadek. Poleciał 30 metrów, ale kontuzja mu nie przeszkadza. Na razie zajmuje drugie miejsce.

Hubert nie jest jedynym himalaistą w stawce. Ze schodami Mariotta walczy też Jarosław Gawrysiak - uczestnik m.in. wyprawy na Gasherbrum I, który niedługo wybiera się na ten prawdziwy Everest. Jak twierdzi, nie ma lepszego przygotowania do wspinaczki niż bieganie po schodach, jednak jego rola na Everest Run jest trochę inna. Gawrysiak jest ambasadorem akcji „Nasz Everest”, która została zainaugurowana podczas Everest Run, a jej celem jest zwiększenie świadomości występowania choroby Pompego.

- Tak, jak my, Himalaiści czujemy się na wysokości, tak chorzy na tę chorobę czują się na co dzień, Im też brakuje tchu i odczuwają ogromne zmęczenie, ale nie mogą tak jak my, zejść do doliny i poczekać aż miną objawy - mówił Jarosław Gawrysiak.

- Ta choroba polega na nieprawidłowej przemianie glukozy w organizmie. Glikogen gromadzi się w mięśniach i powoduje ich stopniowe uszkodzenie i niewydolność oddechową. Mimo że, jest to choroba genetyczna można ją leczyć. Leczenie pozwala w dużym stopniu przywrócić codzienną aktywność. Jednak leczenie jest przyczynowe i chociaż skuteczne, nie likwiduje objawów całkowicie. Zależy nam, by informować o tym schorzeniu, bo ono może wystąpić w późniejszym wieku i nie zawsze jest prawidłowo rozpoznawalne - mówi Marek Bodioch, genetyk kliniczny.

Biegacze, którzy chcieli budować wiedzę o chorobie Pompego, mogli wbiec na schody z plakietką „Nasz Everest” na koszulce. Zdecydowała się na to m.in. Miłka Raulin, której do Korony Ziemi brakuje już tylko jednego szczytu – Mount Everestu. Na razie zdobywa go na warszawskich schodach.

- Jestem zmęczona. Przyznaję, że gdy weszłam dzisiaj pierwszy raz na 42 piętro, zaczęłam się zastanawiać, jak ja to zrobiłam, że przed rokiem weszłam 65 razy. Warunki na schodach są właściwie porównywalne do tego, co się dzieje w górach, a za kilka godzin dojdzie jeszcze brak snu - mówiła Miłka, która ma już za sobą dziesięć wejść.

Przed zawodnikami jeszcze długie godziny zmagań z wąską klatką schodową. Są zdeterminowani, by wejść jak najwyżej. Do pobicia jest rekord ubiegłorocznego zwycięzcy. Robert Michalski, który przed rokiem wszedł na ostatnie piętro 104 razy, tym razem nie startuje.

- W tym roku czekamy na nowego mistrza, który będzie miał mocną łydkę i głowę - powiedziała Marta Tittenbrun, koordynator Everest Run.

Wyniki na żywo: TUTAJ

IB

fot. IB, Irina Hulanicka


Polecamy również:


Podziel się: