Ultra Hańcza i Jesionowa Cross: "Suwalszczyzna zachwycająca, mimo zmęczenia nie chcesz kończyć!"


Opublikowane w czw., 18/04/2019 - 15:01

Suwalski Park Krajobrazowy po raz drugi ugościł biegaczy w swych najpiękniejszych zakątkach. Było naprawdę co podziwiać! Bieg Ultra Hańcza długości 63 km prowadził ścieżkami nad brzegiem Hańczy, najgłębszego (108 metrów) jeziora w Polsce, przez wieś Wodziłki założoną w XVII wieku przez staroobrzędowców, w której znajduje ich piękna drewniana świątynia (molenna) z 1921 roku. Zawodnicy wbiegli na Górę Zamkową zamieszkiwaną w dawnych czasach przez Jaćwingów oraz – nazywaną Suwalską Fudżijamą - Górę Cisową. Trasa zahaczyła też o urodziwe Udziejek, Kleszczówek i Bachanowo. 1000 metrów przewyższenia.

– Uwodzące krajobrazy, choć w kalendarzu słońce i wiosna, to po drodze mróz i zacinający wiatr ze wszystkich stron – opowiada uczestnik biegu Grzegorz Olesiak. – To jest ten bieg, kiedy słyszysz nagle przeraźliwy krzyk pary żurawi unoszących się obok nad lasem. Ten bieg, kiedy poruszasz się ścieżką obok Jeziora Szurpiły i wiesz, że za chwilę będzie Góra Zamkowa, ale oddalasz się od niej na chwilę, żeby pobiec trochę na północ, nacieszyć się światem wokół i wbiec w końcu w brzozową aleje, o której wiesz, że istnieje, jako jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi – kontynuuje zachwycony. – W końcu drewniane schodki z barierką i, chociaż stromo, wspinasz się biegiem na szczyt, by zobaczyć świat z góry, bo zawsze wygląda inaczej, szczególnie jak trzy różne jeziora masz prawie pod stopami. W nagrodę zbieg na dół pięknymi zakosami, gdzie widać innych, podobnie zakręconych – opisuje Grzesiek, który, choć mieszka w Warszawie, ostatnio coraz więcej czasu spędza na Suwalszczyźnie, w której najwyraźniej się zakochał. Tak musi czuć człowiek, który mówi:

– To jest ten bieg, kiedy wspinasz się na absurdalnie strome zbacza Cisowej Góry na 25 kilometrze, a na szczycie zastanawiasz się czy biec dalej, czy może zostać i nasycać zmysły światem wokoło? A w końcu dobiegasz do Jeziora Hańcza, jesz ostanie banany na trasie i zdajesz sobie sprawę, że to co najpiękniejsze organizatorzy zostawili na końcowe 9 km: najpierw wąski i trudny single track dokładnie brzegiem jeziora, a potem 4 kilometry krawędzią wielkiej doliny Czarnej Hańczy, z podwieszonymi dolinkami bocznymi, wysepkami w nurcie rzeki, absurdalnie stromymi zboczami i zarastającym stawem Turtul na mecie. Nie chcesz wierzyć, że to już koniec i przede wszystkim nie chcesz, żeby to był koniec, mimo wielkiego zmęczenia.

O godzinie 7 rano spod siedziby Suwalskiego Parku Krajobrazowego w Turtulu.wyruszyło na trasę 136 biegaczy. Na mecie zameldowało się 108, pozostali zeszli z trasy lub nie zmieścili się w 9-godzinnym limicie.

Większość uczestników nie miała z tym jednak żadnego problemu, a już najmniejszego – Modestas Bacys. Litwin nie tylko „w cuglach” wygrał ultra rywalizację, ale i poprawił wynik ubiegłorocznego zwycięzcy, ustanawiając rekord trasy 4:53:25. Tylko on pokonał 63-kilometrowy dystans w czasie poniżej 5 godzin.

Drugie miejsce zajął Sławomir Mąka (5:17:34), a trzecie Mariusz Bartkowski (5:21:40). Grzegorz Olesiak, który tak pięknie opowiadał nam o trasie biegu, pokonał ją w czasie 6 godzin i 40 minut (zajął 23 miejsce), o kilkadziesiąt sekund wolniej niż znakomity niepełnosprawny ultras z podbiałostockich Łap Dariusz Strychalski, który w 2009 roku ukończył Spartathlon, a 3 lata później uczestniczył w Badwater 135.

Niewielkie różnice czasowe były pomiędzy najszybszymi paniami. Triumfowała Joanna Karczewska (6:34:19), zaledwie 5 minut przed ścigającymi się do końca o drugą pozycję Joanną Kujawską-Frejlich (6:39:15) i Litwinką Victorią Bokrertaite (6:39:21).

Dystansem towarzyszącym Ultra Hańczy był ponad dwukrotnie krótszy Turtul Trail. 28-kilometrowa trasa o przewyższeniu 400 metrów wiodła przez wieś Wodziłki na Górę Zamkową, a start i metę również zlokalizowano w Turtulu.

Wystartowało 86 biegaczy, do mety dotarło o 10 mniej. Dwóm najszybszym pokonanie trasy zajęło niespełna dwie godziny, a Jakub Ołowski (1:54:34) wyprzedził Łukasza Gregorczyka o zaledwie 12 sekund. Trzecie miejsce zajęli ex-aequo brat triumfatora Kamil Ołowski i Łukasz Margiewicz (2:02:31).

Najlepsze panie biegły dwie i pół godziny. Wygrała Bożena Kaszkiel w czasie 2:27:50, ponad 2 minuty po niej w Turtulu finiszowały Katarzyna Marcinkowska-Cholewa (2:30:10) i Magdalena Ostapowicz (2:30:19).

Dzień po Ultra Hańczy i Turtul Trail, organizatorzy po raz pierwszy zaoferowali uczestnikom imprezy jeszcze jedną możliwość pobiegania: krótszą, za to bardzo intensywną. Jesionowa Cross to jedna, dwie lub trzy 5-kilometrowe pętle, każda z pięciokrotnym wbiegnięciem 60 metrów w górę na Jesionową Górę, często poza ścieżkami, po bezdrożach i trawach. Dało to w sumie, w zależności od dystansu, przewyższenie 250 (trasa Intro), 500 (Expert) i 750 metrów (Tytan)!

Nasz przewodnik po szlakach Suwalszczyzny Grzegorz Olesiak pobiegł na „środkowej” trasie Expert - 10 km dystansu i 500 metrów w górę. Zajął drugie miejsce z czasem 52 minut i 45 sekund, o dwie i pół minuty przegrywając tylko z Robertem Kamelą (50:11). I znów nie szczędził zachwytów: -– Trasa jest po prostu fantastyczna! Znam inne "nizinne trasy górskie", jak Falenica czy Monte Kazura, ale to tak jakby porównywać Himalaje do Beskidów!
– Już pierwszy podbieg daje 60 m przewyższenia i jest baaaardzo stromy. Achillesy dostają porządnie w... ścięgna. Dalej łagodny dosyć zbieg, powiedzmy że równy (jak na Jesionową), widać zarys ścieżki, więc można się rozpędzić. Nawrotka w prawo na trawie i z powrotem na górę. Drugi podbieg jest na początku łagodny, ale pod koniec wchodzi w las, gdzie ścieżki nie ma wcale, oznaczeń trzeba wypatrywać wśród gałęzi, a podchodzi się czasami… na czworaka. Na szczycie ponownie skręt w lewo i szybki, długi zbieg, bez ścieżki, trasą zjazdową (ostrożność wskazana). Tu jest najdłuższy odcinek całkowicie biegowy, bo leci się na dół, chwilę po płaskim a następny, trzeci podbieg jest na tyle łagodny, że jeśli ktoś przepracował jakieś górki tej zimy, to podbiegnie całość. Zbieg szybki, nawrotka i jesteśmy na czwartym podbiegu. Tu zaczyna się najpiękniejsze... Okazuje się, że biegniemy zarysem drogi gruntowej, która ładnymi zakrętami łagodnie wchodzi na szczyt. To jednak nie nasza trasa, bo na trzecim zakręcie droga skręca w prawo, a trasa prowadzi prosto, przez trawy, na absurdalnie strome zbocze, jedno z tych, przed którymi stajesz i myślisz sobie: "Naprawdę tam?" Dobrze, że człowiek ma cztery kończyny, przydają się wszystkie!

– Dalej biegniemy krawędzią jakby starej piaskowni (bo chyba nie kamieniołomu), po lewej łagodnie, ale po prawej... strome, choć obrywy niezbyt głębokie, to „uważność” bardzo wskazana. Jeszcze dalej jest jedyny na trasie trawers, dosyć wysoko i bardzo malowniczo poprowadzony, z odcinkiem przez okopy i głębokie pozostałości bunkrów z czasów II wojny światowej.

– Wbiegliśmy w końcu (prawie) na szczyt, chwila wzdłuż lasu i spotkaliśmy drogę prowadzącą na dół. Tym razem to już prawdziwa droga, szeroka i wyłożona kostką. Dla odmiany twardo, ale oczywiście bardzo szybko. I ostatni, piąty podbieg. Widać już w oddali metę, bo obiegliśmy prawie całą górę, ale trasa pnie się ponownie! Tym razem idziemy (choć bardzo chciałbym powiedzieć: biegniemy!-)) głębokim wąwozem, przypominającym fantazyjnie pozakręcany half-pipe dla snowboardzistów. Aż nie chce się wierzyć, że to też wykonał lodowiec… Z góry już tylko na dół, ale raczej ostrożne, bo ostatni zbieg, chociaż krótki, był najbardziej stromy ze wszystkich. Zaręczam, że nawet w Szczyrku trudno byłoby znaleźć podobny! – kończy zachwycony Suwalszczyzną ultras ze stolicy.

WYNIKI

Grzegorzu, chyba nas namówiłeś! A nawet na pewno! Za rok „na bank” jedziemy na Suwalszczyznę i też pobiegamy przez 2 dni, nie tylko trasę Ultra Hańczy, ale także tę cudowną Jesionową!  

Piotr Falkowski

zdj. Fotograf w Biegu - Agnieszka Koziak


Polecamy również:


Podziel się: