Wszystkie odcienie czerwieni. Nasz Aladağlar Sky Trail [ZDJĘCIA]


Opublikowane w pon., 20/08/2018 - 08:48

Ich geh´ auf meine Straße, lauf´ zu unserem Laden
Seh´ euch alle da sitzen, weiß, dass ich richtig bin
In welchen Höhen und welchen Tiefen wir gemeinsam waren
Drei Kreuze, dass wir immer noch hier sind

[Die Toten Hosen – Altes Fieber]

Emler, 3723 m n.pm., 11 sierpnia, 8:10. Na trzeci, a może czwarty co do wysokości szczyt Czerwonych Gór wyłażę po niecałych 40 minutach od pierwszego bufetu na Çelikbuyduran. Wpływ wysokości zacząłem odczuwać zaledwie jakieś dwieście metrów niżej. Trochę krótszy oddech, i to wszystko. Czyżby nasz aklimatyzacyjny eksperyment aż tak dobrze się sprawdził? Nie mogę w to uwierzyć.

* * * * *

Devan znaczy wielbłąd

Çelikbuyduran, 3350 m n.p.m., 4 sierpnia, 15:50. Zrzucam prawie dwudziestokilowy plecak i przysysam się do źródła wody, jak spragniony wędrowiec na pustyni. Olga czeka pewnie gdzieś powyżej skalnego progu, gdzie na dwie noce i trzy dni rozbijemy namiot. Może te ponad pięć godzin rypania z obciążeniem w drugim zakresie z 1600 na 3550 m zrobi mi za tydzień dobrą superkompensację. W końcu moja bałkańska ksywa, zrozumiała też w Turcji, znaczy tyle co wielbłąd. Do noszenia ciężkich worów nadaję się więc jak nikt inny.

Trzy dni wcześniej weszliśmy na położony 100 km na północ wygasły wulkan Erciyes (3917 m), poprawiając nasze osobiste rekordy wysokości. Pokonanie szczytowej turni wymagało kilkunastu metrów pionowej wspinaczki w czwórkowych trudnościach, a z powrotem zjazdu na linie. Wcześniej musieliśmy przejść kilkaset metrów parszywego, kruchego i niebezpiecznego terenu. Przypomniały mi się bałkańskie przygody sprzed kilku lat, a Olga wykazała się wyjątkowo mocną psychą. W przeciwieństwie do mnie, zupełnie nie odczuwała wpływu rozrzedzonego powietrza. Osłabiło ją dopiero na kolejne dwa dni. Mnie ścięło już na podejściu, a w dół zaczął też boleć łeb. Przestał następnego popołudnia. Każdy jak widać reaguje inaczej.

Po rozbiciu obozu, jeszcze tego samego wieczora szybko wchodzimy na Emler, kończąc pierwsze podejście Aladağlar Sky Trail. Dokładnie tak, na dzień dobry na początkowych niecałych 14 km będziemy mieli do wyrypania ponad 2100 pionowych metrów!

Po szybkim zbiegnięciu do namiotu spotykamy Faruka, Leventa i Serap – trójkę Turków, którzy też tu biwakują. Następnego dnia razem wychodzimy w kierunku góry Kızılkaya (3767 m), najwyższego punktu pasma Aladağlar. Z Olgą i Farukiem udaje nam się wejść na szczyt, w jednym miejscu asekurując się liną i w zejściu zakładając jeden zjazd. Kızılkaya podobno znaczy Czerwona Góra, mniej więcej to samo, co Aladağlar – od barwy skał w świetle zachodzącego słońca. Może to różne odcienie. Nie znam tureckiego, a poza tym jak każdy przeciętny facet, rozróżniam tylko trzy kolory.

Po dwóch nocach na Çelikbuyduran zbiegamy do naszej bazy we wsi Demirkazık, gdzie będą start i meta biegu. Wcześniej rano Olga jeszcze raz wychodzi treningowo na Emler. Ja sobie odpuszczam – szybki zbieg z ciężkim worem będzie wystarczająco mocnym bodźcem. Następne cztery dni poświęcamy na leżenie brzuchem do góry.

To wszystko jest jeden wielki aklimatyzacyjny eksperyment w naszym wykonaniu. Na górze, w porównaniu z Olgą, miałem znacznie bardziej skrócony oddech. Po zejściu w dolinę za to czułem się świetnie, podczas gdy ona tradycyjnie odczuwała osłabienie. Zobaczymy, jak to zagra w dniu zawodów.

* * * * *

Modlitwa przed wschodem słońca

Demirkazık, 1610 m n.p.m., 11 sierpnia, 4:30. Po przejściu wyjątkowo drobiazgowej kontroli obowiązkowego wyposażenia, wraz z prawie setką zawodników stajemy na starcie. Umawiamy się z Olgą, że kto kogo bardziej niedoceni (lub przeceni), stawia kolację. Daję jej 8h59, a ona mi 12 godzin, przy limicie wynoszącym 12h30. Olga nawet nie marzy o pobiciu kobiecego rekordu trasy, wynoszącego 8 godzin i 45 minut. Ja chcę po prostu skończyć bieg w limicie, a szczególnie robię w gacie przed zmieszczeniem się w 3h30 na pierwszym punkcie Çelikbuyduran.

Sznur czołówek pod rozgwieżdżonym niebem skręca w szutrową drogę, prowadzącą do odległego o 7 km pola namiotowego Sokulupinari. Z dołu dochodzi zaśpiew muezzina z meczetu, budzącego miejscowych do modlitwy przed wschodem słońca. Niech Moc będzie z nami, nieważne jakim imieniem ją nazywamy...

Większość tego odcinka spokojnie truchtam, bardziej strome kawałki podchodzę z kijkami. Nie lubię szybko zaczynać. Na pomiarze w Sokulupinari jestem w 45 minut – jak się później dowiem, na 64. miejscu, gdzieś daleko w drugiej połowie stawki.

– Pierwszy raz tu jesteś? – pytam po chwili rozmowy Iana, jednego z nielicznych cudzoziemców w stawce. – Tak, i mam nadzieję, że ostatni! – odpala mieszkający w Stambule Szkot, dysząc na coraz bardziej stromym podejściu. Właśnie skręciliśmy z szutrówki w ścieżkę, prowadzącą nas coraz wyżej do widocznego niedaleko wąskiego gardła. Powoli robi się jasno.

Wąwóz ten jest najbardziej stromym kawałkiem pierwszego podejścia. Ponad 700 pionowych metrów bez większego zmęczenia urabiam w godzinę. Wyprzedzam ludzi. Jest znakomicie! Już jestem spokojny o zmieszczenie się w czasie na pierwszym pomiarze. Jeszcze przejście wiszącą doliną w marsjańskim krajobrazie, ostatnia sztajcha stromym piargiem, i w 2h52 (49. pozycja) odhaczam się na Çelikbuyduran. W miejscu naszego niedawnego obozu stoi kilka namiotów załogi, która musiała tu wejść wczoraj z całym wyposażeniem. Ciastek i banan popite łykiem wody i ruszam na pierwszy szczyt. Odtąd będę napierał bez przerwy w pełnym słońcu.

Na Emler wyłażę po niecałych 40 minutach od bufetu. Wpływ wysokości zacząłem odczuwać zaledwie jakieś dwieście metrów niżej. Trochę krótszy oddech, i to wszystko. Czyżby nasz aklimatyzacyjny eksperyment aż tak dobrze się sprawdził? Nie mogę w to uwierzyć.

Kawałek granią szczytową, szybki i stromy zbieg najpierw skałami, potem piargem i jeszcze ze 3 km lekko w dół przez „marsjański” płaskowyż Yedigöl prowadzą do następnego paśnika pod szczytem Direktaş. Jak to zwykle w dół, sporo zyskałem i jestem tu w 4h15 – godzinę i 15 minut przed limitem. To już 18. kilometr. Trasę cały czas znaczą ustawione dość gęsto przez organizatorów kamienne kopczyki. Nie spotkałem się z tym rozwiązaniem nigdzie indziej. Wątpliwości którędy biec raczej nie ma.

Na kolejnym, odległym o 9 km bufecie mają być tylko woda i cola, więc ten jest dużo bardziej wypasiony. Banany, ciasto i dobra turecka chałwa rządzą. Uzupełniam bukłak wodą i zaczynam podejście pod niedużą hopkę.

Drugie starcie

Na jej szczycie już z daleka straszy widok potężnej sztajchy na drugi szczyt dnia – o tajemniczej, skrótowej nazwie MTA (3517 m). Co to może znaczyć? Mega Trudna Akcja? Jakieś 500 pionowych metrów. Do tej pory nie czułem specjalnie zmęczenia ani wpływu wysokości, ale kiedy tylko robi się stromo, zaczyna mnie spowalniać. Mięśniowo jest wciąż znakomicie, tylko oddech jakby krótszy.

Po minięciu jeziorka zaczynamy rypać stromym piargiem pod górę. Ślad ścieżki czasem jest, czasem go nie ma, ale kopczyki pokazują drogę. Krok za krokiem napieram, dysząc jak pies i mocno pomagając sobie kijkami. Za mną gęsiego podąża kilku Turków. Gestem zapraszam najbliższego do wyprzedzenia mnie. – Nie, dzięki, mi też jest ciężko! – odpowiada po angielsku.

Emlera pewnie wkosiłem tak łatwo, bo byłem jeszcze na świeżości. Wysokość sieknęła mnie dopiero teraz. Ale jak widać wszyscy tu mają kryzys. Olga też mi później opowie, że najtrudniejsze chwile przeżywała właśnie na MTA.

Trasa nie prowadzi przez widoczną po prawej przełęcz, tylko bezlitośnie na sam szczyt. Pod koniec podejścia dwójka z grupki za mną wyrywa do przodu. Później wyprzedza mnie bardzo mocna dziewczyna – to znana nam wcześniej z bazy zawodów Güller z kręconymi włosami. Całą trójkę wkrótce ponownie przegonię na zbiegu.

Wierzchołek osiągam w równe sześć godzin od startu – potem znajdę, że od Çelikbuyduran straciłem tu 4 miejsca. Jednak od czego jest zbieg, jak nie od wyprzedzania! Zaraz poniżej szczytu straszy tabliczka „Danger!”. Stroma skała rzeczywiście wymusza ostrożność, ale na najtrudniejszym odcinku od razu przeskakuję o kilka miejsc do przodu, a niżej na piargu lecę kontrolowanymi ślizgami po drobnych kamyczkach. Czuję się jak Kilian Jornet!

Kilianowanie kończy się na wypłaszczeniu. Wyrównuję oddech, bo wszedłem chyba w trzeci zakres. Pod górkę muszę przejść w marsz, ale do widocznych w dole namiotów bufetu znów zbiegam szybko. Łykam swojego żela i wlewam w siebie hektolitr coli. Wysypuję z butów kamyki, które wpadły do nich na szalonym zbiegu.

Do następnego bufetu nad Karagöl (Czarnym Jeziorem) mamy cztery kilosy. Znowu po płaskowyżu, najpierw lekko pod górę, wokół jeziorka, wśród pasących się owiec. Doganiają mnie Güller z jeszcze jednym Turkiem. Aż do punktu ciśniemy razem. Na zbiegu ratownicy opatrują kostkę jakiejś dziewczyny. Później się dowiemy, że miała skomplikowane złamanie i została przewieziona śmigłem na operację do Stambułu.

Gwóźdź programu

Jak to na górskich biegach w upale, arbuzy ratują życie. Bo choć zbiegliśmy ledwo poniżej 3000 metrów n.p.m., jest samo południe i słońce grzeje bardzo mocno. Do limitu mam więc półtorej godziny zapasu. Güller wychodzi od razu, ja muszę kilka minut odpocząć. Po wyjściu z punktu najpierw jest podejście ścieżką, a potem pole ogromnych głazów. Raz do góry, raz w dół, czasem trzeba się przytrzymać rękami, by nie wpaść w dziurę – biec się nie da. Widać czekającą nas zapowiadaną na odprawie, najtrudniejszą sztajchę dnia, na bezimienny szczyt o wysokości 3376 m.

– Na to miejsce najbardziej czekam – powiedziałem przed startem Tayfunowi. – Tak, to jest işin rengi – odpowiedział mi tureckim powiedzeniem. – To znaczy „kolor biznesu” – wyjaśnił. Czyli po naszemu gwóźdź programu. Tayfuna i jego kumpla Coşkuna spotkaliśmy w Demirkazık dwa dni przed biegiem. Tayfun niestety nie ukończy biegu przez kłopoty żołądowe. Coşkun natomiast spełni swoje marzenie i złamie dwie godziny na krótszym dystansie 15 km.

Zanim się zacznie, wyskakuję przed trzech współzawodników, by mieć czystą pozycję i nie zrzucać im bajborów na głowy. Wolontariusz zresztą pilnuje, byśmy wyruszali w odpowiednich odstępach. Piarg jest tak stromy, że nie wiem jak te kamienie się trzymają kupy. Idziemy jego prawym skrajem, prawą ręką łapiąc się skał. Lewą czasami wspieram się na kijku, a czasem chwytam luźne głazy. Dla mnie im trudniej, tym lepiej, więc idzie mi sprawnie, choć czuję rozrzedzone wysokością powietrze. Wyprzedzeni zostają coraz niżej. Dystans do tych, których przed chwilą widziałem wysoko nade mną, wyraźnie się zmniejsza. W połowie podejścia znowu stoi wolontariusz w kasku i kieruje mnie na właściwą drogę. Czujnie przechodzę w lewo na drugą stronę piargu. Trochę mniej stromym terenem, ale wciąż po osypujących się głazach gramolę się pod widoczną wysoko nade mną szczerbę w grani.

Olga później porówna to podejście do najtrudniejszej góry na słynnym Tromso Skyrace. Na ostatnich metrach wolontariusz wskazuje mi pozornie trudniejszą litą skałę obok osypującego się piarżyska. – Tak, wolę skałę – potwierdzam, szybko na nią włażąc. – Widzę, że jesteś skalnym wspinaczem – mówi. – Bardzo zmęczonym wspinaczem! – odpowiadam ze słabym uśmiechem, wychodząc na przełęcz.

Bezimienny wierzchołek 3376 m jest od niej tuż na prawo. – Ty jesteś Polak, przyjaciel Olgi? – woła już z daleka dziewczyna obstawiająca lotny punkt, z którą wcześniej się poznaliśmy. – Świetnie ci idzie! Olga jest najszybsza z kobiet i szósta w generalce! Powodzenia!

Życiowa dziesiątka

Czas 8h51. 40. miejsce, czyli 13 w górę od MTA – ale o tym teraz nie wiem. Wiem za to, do czego służą zbiegi, choćbym był nie wiem jak wykończony. Poloneza czas zacząć! Na stromym odcinku błyskawicznie zmniejszam dystans do widocznych w dole zawodników. Dopadam ich stopniowo na niewielkim podejściu w połowie stoku. Jeszcze bardziej szalonym zbiegiem po piargu spadam do lotnego punktu z namiotem na dnie doliny. Tam ponownie wyprzedzam Güller i jeszcze jakiegoś biegacza.

Już na szczycie wiedziałem, że jak dobrze przycisnę, to mogę złamać 11 godzin – jeśli ostatnie 14 km pokonam w dwie godziny i kilka minut. Stąd mam już tylko równą dychę. Chyba tylko w dół. Z 2800 na 1600 metrów. Trzeba sobie zrobić życiową dziesiątkę. Prawie jak w Krynicy...

Trasa prowadzi ścieżką w dolinie. Gdzie się da, mimo zmęczenia biegnę dosyć żwawo. Na podejściach i kamienistych odcinkach muszę przejść do marszu. Przed ostatnim bufetem jeszcze kogoś wyprzedzam. Na Teke Pinari (40 km) jestem w 10h02 – 35. miejsce. W łydkach łapią mnie pierwsze skurcze, ale nie mają tu magnezu, więc szybko łykam arbuzy i colę i ruszam robić wynik.

Dolina zwęża się do wąskiego skalnego wąwozu. Nie wbiegamy jednak w jego gardziel, lecz musimy wyjść z niego po stromych skałach na krawędź. Z drugiej strony zbiegamy ścieżką, a potem kamienistą drogą. Jednego po drugim wyprzedzam dwóch współzawodników. Jeszcze jeden trzyma się cały czas jakieś trzysta metrów przede mną. By go dorwać, musiałbym mieć kawałek technicznego zbiegu. Na taki się chyba jednak nie zanosi, choć zegarek pokazuje, że zostało ponad 700 pionowych metrów w dół. Mijamy namiot z ostatnim pomiarem czasu na 3 km przed metą. Międzyczas 10h22 (33. miejsce), a więc złamanie jedenastki mam w kieszeni.

Nisko w dole widać wieś Demirkazık z bazą zawodów. Wyskakuję przed następną grupkę. Nagle bez wcześniejszej zapowiedzi czerwona chorągiewka pokazuje... skręt w prawo w dół stromego stoku bez żadnej ścieżki. Dogonienie Turka w białej koszulce zajmuje mi kilkadziesiąt sekund.

– Merhaba! – wołam – Którędy dalej? Obaj się chwilę rozglądamy, bo na totalnym bezdrożu nie od razu widać następną chorągiewkę. Dostrzegam ją pierwszy w dole głęboko wciętego jaru i wyskakuję przed niego. Obie łydki i dwójki mam na granicy skurczu, więc lecę może na 90 procent – i tak bardzo szybko. Pruję prosto przez wysokie osty, nie zważając na kolce i wypatrując oznaczeń. Rywal pędzi trzy kroki za mną. W płucach czuję ogień.

Przed samą wsią wyprzedzamy jeszcze dwójkę biegaczy, w tym dziewczynę. Szuter, potem asfalt w dół, ostatnie 200 metrów obok schroniska. Póki jest w dół, Turek jest kilka metrów za mną. Serce chce wyskoczyć do gardła, ale nie odpuszczam. Zakręt w prawo, ostatnia setka to płaski asfalt. Choćbym się skichał, rywal ma lepszy sprint. Łyka mnie z lewej i wpada na kreskę przede mną.

Ale jakie to ma znaczenie. Obaj daliśmy z siebie więcej niż wszystko i na ostatnich 3 km przesunęliśmy się o 8 miejsc w górę. Mój wynik to 10h42:22 i 25. miejsce w generalce. Jakieś półtorej godziny lepiej od przewidywanego. Czy to się dzieje naprawdę?

Zbieram się z gleby. Selman i ja przybijamy piątkę i dziękujemy sobie za walkę. Przez cały bieg wcześniej się nie spotkaliśmy, choć na punktach dzieliła nas różnica od niecałych sześciu minut do kilkudziesięciu sekund. Napieraliśmy więc jak bliźniacy. A może jak bracia krwi. Bo w tej chwili obaj właśnie wyciągamy sobie kolce ostów z rąk i nóg. W czasie naszej wariackiej gonitwy nawet nie zwracaliśmy na nie uwagi.

* * * * *

Na poszczególnych pomiarach przesuwałem się na następujące miejsca: 64-49-53-40-35-33-25. Choć to jeden z najtrudniejszych biegów w życiu, wyszedł mi jeden z najlepszych. Taktycznie nie mogłem tego lepiej rozegrać. Strome podejścia robiłem mocno, ale z zapasem. Na łagodniejszych odcinkach, gdzie się dało, biegłem. Na maksa wykorzystałem swoją najsilniejszą stronę: zbieganie. Starzy górale mówią, że biegi górskie wygrywa się na zbiegach.

Bieg o sumie podejść prawie 4000 m na 47 km nie zdarza się często. A jeśli połowa trasy przebiega powyżej 3000 metrów n.p.m., to już wymaga specjalnego przygotowania. Nasza aklimatyzacja, o której wcześniej wspomniałem, była zrobiona całkowicie na czuja. Jak widać, zagrała znakomicie.

Aladağlar Sky Trail jest mało znany poza Turcją, ale w swoim kraju cieszy się zasłużonym prestiżem wśród górskich biegaczy. Organizuje go doświadczona ekipa – ta sama, co słynny Cappadocia Ultra-Trail, wchodzący w skład cyklu UTWT. Może za rok na te ekstremalne skyrunningowe zawody przyjedzie większa mocna grupa z Polski? Myślę, że naprawdę warto się wybrać.

* * * * *

Demirkazık, 1610 m n.p.m., 11 sierpnia, 15:30. Ciągle wykończony, podchodzę do namiotu z pomiarem czasu i pytam o wynik Olgi. Dowiaduję się, że na mecie była w 8h10:02. Zdecydowanie pierwsza z kobiet, przed nią tylko czterech facetów. Rekord trasy Francuzki Nathalie Mauclair – zwyciężczyni UTMB i dwukrotnej mistrzyni świata w górskim biegu ultra federacji IAU – pobiła o 35 minut. Z jej wyniku cieszę się bardziej, niż ze swojego. Mimo, że mi też wyszedł bieg życia.

Wir stoßen an mit jedem Glas
Auf alle, die draufgegangen sind

Pamięci Wojtka Czarnego

* * * * *

Wkrótce na naszym portalu rozmowa z Aydınem Güneyem, współorganizatorem Aladağlar Sky Trail i Cappadocia Ultra-Trail.

Kamil Weinberg

Zdjęcia z wyjść aklimatyzacyjnych i biegu: fot. Olga Łyjak, Kamil Weinberg i Aladağlar Sky Trail


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce