„Zapłonąć jaśniejszym płomieniem”. Mkon o bieganiu


Opublikowane w pt., 16/08/2019 - 10:30

Z naszym eksportowym triathlonistą Marcinem „Mkonem” Koniecznym rozmawiamy na Biegu Aleksandrowskim z okazji Święta Wojska Polskiego. Mistrz świata Ironman w kategorii M45-49 z Hawajów z 2017 roku przyjechał do Aleksandrowa na zaproszenie organizatora, również utytułowanego triathlonisty Arkadiusza Cicheckiego, i zwyciężył na dystansie półmaratonu.

Marcinie, gratuluję zwycięstwa! Jak Ci się podobała aleksandrowska trasa?

Marcin Konieczny: - Dotąd miałem swoje dwa ulubione półmaratony: Wiązowna, bo uwielbiam trasy, gdzie się biegnie tam i z powrotem, i Warszawski, lecz teraz chyba Aleksandrów do nich dołączy. Jest dobry asfalt, a trasa płaska i w dużej części ocieniona, w szpalerze drzew. Były trzy punkty odżywcze, a wodę dostawałem w butelkach, a nie w kubkach. Ogólnie świetna organizacja.

Pobiegłeś jednak „treningowo”... czy to zapowiedź kolejnej maratońskiej próby?

Jesienią, a dokładnie 27 października we Frankfurcie podejmuję następną próbę złamania 2h30. Dziś nie walczyłem o życiówkę (1:11:40 – red.), bo zalecenia treningowe były takie, żeby nie przekraczać pewnej prędkości. Natomiast jeśli by się zdarzyło, że ktoś by mnie naciskał do końca, to musiałbym się z tymi zaleceniami pożegnać! (śmiech) Na szczęście jednak końcówkę mogłem pobiec zgodnie z nimi.

Wróćmy do Twojego ostatniego maratonu. Jak to było z tymi brakującymi kilkoma sekundami do wymarzonego wyniku?

Zabrakło mi dokładnie czterech sekund. Ale prawdę mówiąc, nawet o nie nie walczyłem, bo po prostu nie patrzyłem na zegarek. W ogóle się tym nie przejmuję, ale jak już mówiłem, kolejna próba będzie. Gdybym wtedy spojrzał na stoper, to pewnie jeszcze zerwałbym się sprintem do mety. Ale niebezpieczeństwem zrobienia wyniku 2:29:59 byłoby to, że może pożegnałbym się z samym bieganiem i wrócił do triathlonu, więc na swój sposób lepiej, że tak wyszło. Bieganie zaczęło mnie tak kręcić, że ten powrót odłożyłem na kolejne pół roku.

Może podświadomie chciałeś dalej gonić króliczka! (śmiech) A jaki jest Twój ostateczny cel maratoński? „Tylko” złamać 2h30, czy jeszcze lepiej?

Chciałbym każde 5 km pobiec po 17:30. A to daje 2h27 z groszami.

Ostatnio chyba prawie nie startowałeś w triathlonach?

Brałem udział tylko w imprezach charytatywnych i sztafetach, i to raczej na dystansach sprinterskich. Przed Frankfurtem wystartuję w jeszcze jednej sztafecie, oczywiście jak zwykle na zmianie biegowej, i tylko treningowo.

Chcesz jeszcze wrócić na Hawaje?

Tak, jak najbardziej, ale to już w nowej kategorii wiekowej, z piątką z przodu. (śmiech) Moim nowym celem życiowym jest zostanie mistrzem świata w M50.

A jak już osiągniesz ten cel, to myślisz może o pójściu w ślady Roberta Karasia i spróbowaniu czegoś jeszcze dłuższego w triathlonie?

Nieee... Mam wielki szacunek dla ludzi, które się w takich konkurencjach specjalizują, ale mnie osobiście nie kręcą zawody, gdzie się nie śpi! Ultra triathlon to jest jak zupełnie inna dyscyplina, ja już nie chcę się wydłużać. Ironman to na moje możliwości najwięcej, co mogę zrobić i w nim się czuję najlepiej.

A jeśli chodzi o Ironmana, to jeszcze nie powiedziałeś ostatniego słowa, jeśli chodzi o Twój rozwój sportowy?

Bardzo bym chciał jeszcze w Ironmanie pobiec maraton poniżej trzech godzin...

Która z Twoich dwóch sportowych miłości jest większa – triathlon czy bieganie?

Teraz zdecydowanie na pierwszym miejscu jest u mnie bieganie. Jak mówią, świeca przed zgaśnięciem płonie przez chwilę jaśniejszym płomieniem. Nie robię się coraz młodszy i chciałbym tę chwilę wykorzystać, póki mogę. Zrobić wynik w maratonie, pobiec dychę w okolicach 32 minut... A do triathlonu zawsze mogę wrócić.

Rozmawiał Kamil Weinberg


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce