Zimowy Półmaraton Gór Stołowych Ambasadora. „Czuwały nad nami Pasterskie Anioły”


Opublikowane w wt., 03/02/2015 - 09:18

Tak sobie myślałem jak to jest biegać zimą w górach. Ponad 7 lat startów i to doświadczenie wciąż było mi obce. Przecież to jak grzech biegacza!

Z Pasterki relacjonuje Marek Grund, Ambasador Festiwalu Biegowego (na zdjęciach w treści)

Informacje o Zimowym Półmaratonie Gór Stołowych znalazłem na ulotce, którą ktoś wręczył mi wręczył na Festiwalu Biegowym w Krynicy. Wiedziałem od razu, że pojadę do Pasterki.

Biegałem już dwa razy Maraton Gór Stołowych, więc trasę jaką przewidziano na zimową połówkę, dobrze już znałem. Żeby jednak było raźniej, udało mi się przekonać dwóch znajomych na wspólny wyjazd. Artur i Sebastian długo się nie zastanawiali i pozytywna odpowiedź była szybką formalnością. Zapisaliśmy się na start, zarezerwowaliśmy noclegi, więc nie zostało nic innego jak trenować…

W Góry Stołowe wyruszyliśmy w piątek po godz. 17. Na miejscu zameldowaliśmy się po 21. Trasa trochę się dłużyła ze względu na fatalne warunki pogodowe. Nihil novi. Zima.

Pakiety startowe odebraliśmy od jakże dobrze znanej mi grupy wolontariuszy. „Zweryfikowano” nas z mega uśmiechem. Później zameldowaliśmy się w pokoju. Tutaj poznaliśmy 2 osoby - Sandrę i Szymona, którzy dzielili z nami pokój. Długo gadaliśmy i wymienialiśmy doświadczenia, jak to zawsze bywa. W końcu przyszedł czas na sen.

Wstaliśmy jeszcze przed 7, bo w schronisku było już dość głośno. Śniadanie i poranna toaleta, rzecz oczywista dla każdego biegacza. Wyszykowanie ciuchów i sprzętu zakończone, można się jeszcze na chwile położyć aby złapać spokojny oddech. Godzina startu zbliżała się nieodwołalnie.

Ubraliśmy się w bojowy strój, w głowie zbierały się bojowe myśli. Część rozgrzewki przeprowadziłem jeszcze w środku schroniska, by niepotrzebnie nie wychładzać organizmu. Reszta rozgrzewki na zewnątrz i przemarsz na start. Termometr pokazywały -4 stopnie Celsjusza, a wiatr mocno dawał się we znaki.

Ustawiłem się w drugiej linii. Puściłem już muzykę i złapałem się za serce, biło równo.

W szumie usłyszałem odliczanie aż do momentu 3,2,1… I poszły konie po… śniegu.

Polecamy również:


Podziel się: