9. PANAS Półmaraton Ślężański - okrążenie dolnośląskiego „wulkanu” [ZDJĘCIA]



Ślężański półmaraton ma niezwykły charakter. Kto startował w nim więcej niż raz ten wie, że pogoda może spłatać figla i z typowo wiosennej aura zmieni się na zimową. I tym razem nie mogliśmy mieć pewności co nas czeka, tym bardziej, że trasa prowadzi przez przełęcz położoną prawie dwieście metrów wyżej niż start.

Relacjonuje Adam Pawliński

Opinia jednego z trudniejszych „płaskich” półmaratonów w Polsce tak bardzo przyciąga uczestników. W tym roku aż 5000 wykupionych pakietów startowych zwiastowało istny armagedon na drogach i w samej Sobótce. Trzeba przyznać, że kto czytał komunikaty organizatora, ten mógł uniknąć zamieszania i bezproblemowo dotrzeć na miejsce, gdzie czuć już było atmosferę biegowego święta. Mimo tak dużej frekwencji wydawanie pakietów było bardzo sprawne.

Po pobraniu zestawu startowego - z tradycyjnym piwem i pełnoziarnistym batonem - czekała nas wspólna rozgrzewka na stadionie lekkoatletycznym, organizowana przez klub biegowy Pro-Run z Wrocławia. I już można było maszerować na miejsce start zlokalizowane tradycyjnie na sobóckim rynku.

Po drodze mijaliśmy tłumy rozgrzewających się i przygotowujących do startu biegaczy. Miało się wrażenie, że w miasteczku nie ma „normalnych” mieszkańców i wszyscy postanowili wystartować. Dotarliśmy na miejsce odpowiednio wcześnie aby znaleźć miejsce we właściwej strefie startowej.

Ruszyliśmy, zgodnie z tradycją biegu, po wystrzale z działa czterofuntowego o godz. 11.00. Od pierwszych metrów zaczęła się walka z wysokością. Po wybiegnięciu z Sobótki nie mogliśmy już liczyć na doping publiczności - to jedyny, moim zdaniem, minus tak dobranej trasy. W zamian za to towarzyszył nam helikopter jednego ze sponsorów.

Pogoda nam dopisała i wiatr nie dokuczał, jak to się zdarzało w poprzednich, więc jedynym przeciwnikiem było zwiększające się nachylenie drogi. Ponad dwukilometrowy podbieg do przełęczy Tąpadła, ulubionego miejsca wypadowego turystów zmierzających na Ślężę, dał się wszystkim we znaki. Dlatego wielka wrzawa jaka nas przywitała gdy przebiegaliśmy przez dwie bramy ustawione w najwyższym punkcie trasy była świetną nagrodą i motywacją na dalsze etapy biegu.

Kto myślał, że po przełęczy nie będzie żadnych trudności, ten mocno się zdziwił. Sam zbieg do ok. 11. kilometra trasy to również spore wyzwanie dla odczuwających zmęczenie mięśni nóg i stawów. Niektórzy potrafili osiągnąć na tym odcinku zawrotne prędkości i mogli poczuć się jak sprinterzy.

Niestety wspaniałe uczucie wiatru we włosach musiało się kiedyś skończyć i zaczęła się druga połowa dystansu gdzie nadal trzeba było żmudnie pokonywać kilometry. Na szczęście w pokonywaniu trasy pomagali nam ratownicy medyczni na rowerach, którzy rozdawali potrzebującym żele energetyczne. Nie spotkałem się z taką innowacją na innych biegach, a warto ten pomysł rozpropagować.

Dalsze kilometry mijały nam już nieco szybciej, bo trasa była bardziej nizinna, ale znów kto myślał, że nie czeka go już żaden podbieg, ten mocno się pomylił. Wbieganie na nawet mały pagórek na 18. kilometrze trasy, kiedy nasze myśli krążą już wokół piwa, które czeka na mecie, może być niezłym wyzwaniem.

W mijanych wioskach pojawiali się pojedynczy kibice aby wesprzeć nas w trudach walki, a ujadające w obejściach psy, dawały znaki żebyśmy jeszcze przyspieszyli, bo do mety coraz bliżej. Dobrze, że żaden z nich nie znalazł sposobu na wydostanie się poza ogrodzenie bo nasza motywacja mogłaby nagle dramatycznie wzrosnąć.


Polecamy również:


Podziel się: